9 grudnia 2009

plaża

Pierwszy raz zobaczyłam go na plaży koło falochronu.
Siedział zgarbiony i nagi, na gorącym, białym piasku
i patrzył w morze. Dookoła nie było nikogo,
tylko on, woda i ptaki krzyczące gdzieś tam wysoko
ponad głowami.
Miał piękną, smukłą twarz-niemłodą, pooraną czasem
jak nożem. Opadające na kark blond włosy,
przyprószone siwizną i solą jak śniegiem, układały się
w delikatne fale, a jasno niebieskie, wąskie oczy,
mrużyły się, kiedy niesforne pukle pląsały po spalonych
słońcem rzęsach. Chude plecy, z których kręgosłup wystawał
jak wrak statku z rozkrzyczanych fal, obsypane były
czekoladowymi piegami. Drżały, kiedy przebiegała po nich
poranna bryza.
Siedział tak bez ruchu, ze skrzyżowanymi nogami, splecionymi
na piersi rękami i patrzył. Pomyślałam, że lubi morze, że szum
go uspokaja, że tańczące rytmicznie fale mają dla niego jakieś
szczególne znaczenie, że coś przypominają. Czasami przychodziłam
tam sama, wiedząc, że go tam nie ma, żeby w końcu zobaczyć
lub usłyszeć to, do czego wciąż powraca.
Nie mogłam tego zrozumieć. Był w tym jakiś rodzaj mistycznego
romantyzmu, jakaś magia i zupełnie normalna naturalność, na którą
jednak niewielu by się zdobyło. To wszystko przyciągało mnie
do niego tak silnie, jak pszczoły do słodkich kwiatów akacji,
kota do ciepłych promieni słońca. Z dnia na dzień coraz
bardziej chciałam go poznać, usłyszeć jego głos, spojrzeć
w oczy i zrozumieć, wysłuchać.

***


- Często tu przychodzisz.-Powiedziałam, starając się znaleźć punkt
na morzu, w który właśnie był wpatrzony.

- Ja ciebie tutaj nigdy nie widziałem.-Odpowiedział, rzucając mi
kątem oka krótkie, badawcze spojrzenie.

Jego głos był niski i chrapliwy, choć ciepły, to jednak
pobrzmiewała w nim pewna nuta rezerwy. Nie patrzył na mnie.
Widział mnie po raz pierwszy i zupełnie nie interesowało go
to, jak wyglądam. Jego pierwsze i jedyne spojrzenie, było
jakby rodzajem upewnienia się, że jestem prawdziwa, że oto
siedzę obok niego, na parzącym piasku i, że jestem kobietą.
To wszystko. Nie wiedziałam już co powiedzieć i czy w ogóle
mówić dalej.

- Chcesz wiedzieć dlaczego, co?-Spytał, jakby z kpiną.
Zmieszałam się. Uświadomiłam sobie, że zdemaskował moją ciekawość,
że drwi ze mnie i moich intencji. Nie odpowiedziałam, tylko
spuściłam głowę i starałam się policzyć wszystkie kolory ziarenek
piasku.

- Nie umiem rozstać się z tym miejscem. I choćbym nawet chciał
uciec gdzieś i zacząć inne życie, to nie potrafię. Nie ma drugiej
takiej plaży, rozumiesz?
Wiedział, że nie rozumiem, że nie znam jego tajemnicy i że ta plaża
jest według mnie taka sama zarówno paręnaście kilometrów w prawo,
jak i w lewo. Przecież piasek jest wszędzie taki sam, falochrony
też, czasem tylko pojawia się więcej ludzi.
Zamilkł na chwilę, zagryzł usta i jeszcze bardziej zmarszczył brwi.

- Przychodzę tu od dawna. Nie ma dnia, żebym się tutaj nie zjawił
choć na chwilę.-Powiedział i na moment zawiesił głos.-Kiedyś
spotkałem tutaj kobietę. Siedziała w tym miejscu, co ja
i patrzyła w morze. Miała długie włosy, czarne jak gradowe chmury,
które powiewały za jej plecami przy każdym uderzeniu fali.
Później widywałem ją tutaj codziennie. Czasami spacerowała boso
po falochronie, czasami rysowała coś na mokrym piasku,
a czasem po prostu siedziała głęboko zamyślona
i spoglądała tęsknie w stronę morza.
Kiedyś podszedłem do niej tak, jak ty dzisiaj do mnie, usiadłem
obok i spojrzałem tam gdzie ona, żeby zrozumieć, co ona widzi
takiego, czego ja nie jestem w stanie zobaczyć, choć zdawałoby się,
że patrzymy na to samo. Nie umiałem. Rozmawialiśmy, ale ona większość
moich pytań zbywała milczeniem. Spędziłem z nią wiele godzin,
ale tak naprawdę nie wiedziałem o niej nic, nie znałem nawet
jej imienia. Nie wiem, czy kochała morze, ale przychodziła na plażę
codziennie, nawet w czasie sztormu. Kiedyś powiedziała mi,
że nie potrafi uciec z tego miejsca i, że nawet gdyby chciała
odejść stąd i zacząć gdzieś nowe życie, to nie jest w stanie.
Mówiła, że nie ma drugiej takiej plaży. Patrzyłem na nią wtedy
bezrozumnie i w żaden sposób nie potrafiłem pojąć o co jej chodzi.
Pewnego dnia nie pojawiła się na plaży. Pomyślałem, że może
przyjdzie później, ale ja już nie miałem czasu, żeby przyjść
tu po raz drugi. Następnego dnia, też jej nie spotkałem. Siedziałem
tu sam, ale jakoś brakowało mi tych naszych znikomych komunikatów,
które wysyłaliśmy do siebie, czasami tylko w postaci spojrzeń,
czy krótkich uśmiechów. Później starałem się przychodzić na plażę
o różnych porach. Liczyłem, że w końcu na nią trafię. Trwało to
parę dni, które z czasem zamieniły się w tygodnie, a te z kolei
w miesiące i lata. Nigdy więcej jej nie spotkałem. Wciąż przychodzę
tutaj każdego dnia, sam nie wiem dlaczego. Czasami o niej myślę
i podziwiam ją za to, że potrafiła stąd odejść.-Powiedział,
siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu, po czym wstał, otrzepał
nagie ciało z piasku i odszedł bez słowa.

***

Spotkaliśmy się znowu następnego dnia. Nic nie powiedział, kiedy
odgarnęłam stopą gorący piasek i usiadłam obok niego. Spojrzałam
na morze. Śnieżnobiała rybitwa pikowała właśnie w dół, schwyciła
wyskakującą z tafli rybę i klaszcząc skrzydłami o wodę odleciała.
Uśmiechnął się.

- A ty, po co tu przychodzisz?-Zapytał, jakby między dzisiaj
a wczoraj nie było żadnej różnicy, a nasza rozmowa trwała
nieprzerwanie. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Milczałam
licząc na to, że zrozumie i zacznie mówić dalej.-Nie martw
się. Może kiedyś to zrozumiesz i może wtedy to miejsce przestanie
mieć dla ciebie znaczenie.
Po tych słowach odszedł w milczeniu, jak poprzedniego dnia.
Nie zatrzymywałam go, nie miałoby to żadnego sensu.
Siedziałam tak, patrząc przed siebie, rozmyślając o tym,
co tak naprawdę mnie tu trzyma. Pomyślałam, ze gdyby nie on,
nigdy nie odkryłabym tego miejsca, a nawet jeśli, to nie
przystanęłabym nawet, bo przecież nie było w nim nic szczególnego.

***

Dzień później nie spotkałam go na plaży. Wiedziałam,
że coś zrozumiał, że dorósł i może ja mu w tym jakoś pomogłam.
Wiedziałam, że nie wróci, że odszedł, uciekł i zaczyna nowe
życie. Wiedziałam to wszystko, ale i tak wciąż chodziłam
na plażę każdego dnia. Łudziłam się, że go spotkam,
że pewnego dnia zobaczę jego chude, piegowate plecy
i będzie zdawało mi się, że słyszę jak jego wysuszona słońcem
skóra pęka. Trwało to parę dni, które z czasem zamieniły się
w tygodnie, a te z kolei w miesiące i lata. Nigdy więcej
go nie spotkałam. Wciąż przychodzę tutaj każdego dnia,
sama nie wiem dlaczego. Czasami o nim myślę i podziwiam go
za to, że potrafił stąd odejść.
Może kiedyś same też będę umiała to zrobić.