30 grudnia 2008

zamrożona huśtawka

W ciszy mojej mdłej, Twój głos zamajaczył na smutno
i rozbił się w moich uszach falą wątpliwości.
Powiedziałeś, że będziesz na chwilę, a ja ubrałam się
i wyszłam. Nabrałam w płuca mroźnego powietrza i spojrzałam
na oszronioną huśtawkę. Dotknęłam jej ręką i spojrzałam na czarny
odcisk mojej dłoni, rozmyty pośród zastygłej wody.
Po chwili palce zlały się w jedno, a ja myślałam tylko o tym,
jak ona rozpływa się pod subtelnym naciskiem Twoich ust i dłoni.
Nie lubię huśtawek, bo marzną za szybko.

29 grudnia 2008

on ona i on

Ty zalewasz herbatę wodą, a on podaje cukier.
Ty zakładasz jej buty, a on je sznuruje.
Ty się śmiejesz, a on się uśmiecha tylko.
Ty czytasz, on nie wie nic o tym.
Ty ukrywasz myśli w słowach, on pokazuje
je nawet niemym oddechem.
Ty bierzesz, on daje. Czerpiesz zachłannie
i analizujesz w milczeniu i cieple jej skóry.
Zna całą Twoją mapę żył i wodzi po niej palcem,
kiedy śpisz. Na jego ciele, bez namysłu
nie trafi palcem nawet w pieprzyk na policzku.
Ty czasem nią gardzisz i karcisz ją,
on szeptem ucisza jej furię.
Przy Tobie jest delikatna, czuła i boi się,
że jej dziwna poza pęknie jak bańka mydlana,
kiedy ktoś palcem sprawdzi czy jest prawdziwa.
Przy nim jest oschła i agresywna.
Sama gubi się w swoich dwóch "ja",
rozdziera się jak suchy papier i nie potrafi się
skleić na powrót. Nie wie kim jest, dla kogo jest
i być powinna i chciałaby być.
Ty jesteś daleko, nie całujesz jej, nie dotykasz,
on robi to wszystko i dwa razy więcej. Jest szczęśliwa,
ale kiedy patrzy na Twoje pożółkłe i pogniecione zdjęcie wie,
że jej szczęście też pożółkło i pogniotło się w czasie,
że wolałaby wypić herbatę bez cukru, chodzić w rozsznurowanych
butach i palcem przeskakiwać przez pulsującą aortę, albo
nożem, jeśli nie.

25 grudnia 2008

opowieść wigilijna

Zasiedli całą rodziną przy białym stole.
Ktoś kaszlał, ktoś się śmiał, ktoś szeptem bluźnił
zasłaniając usta dłonią.
Gospodarz wstał, przełamał opłatek i wznosząc toast,
rozpoczął ucztę. Pokój wypełniał się zapachem grzybów,
choinki i pierników. Gęstniał coraz bardziej
i w cieple rodzinnej atmosfery, rozpływał się uśmiechem
na twarzach przybyłych.
Nagle w drzwiach, stanął człowiek i otrzepując śnieg
z łachmanów, wszedł do środka. Zionął odrażającym smrodem-
zakrzepłą krwią i brudem, pomieszanymi ze świeżym moczem i potem.
W milczeniu i towarzystwie zdziwionych spojrzeń, zajął puste
miejsce przy stole, wziął w brudną dłoń srebrny widelec
i wbił go w rybę. Po chwili, gospodarz uniósł się ze
swojego krzesła i powiedział:
- Panie, to jest miejsce dla bliskich, których w tym roku
zabrakło przy stole wigilijnym, a nie dla pana.
Jak pan tu wlazłeś w ogóle?

- Drzwi były otwarte.- odparł ten, przeżuwając kęs pieczonej
ryby.

- Ale panie, u nas jest taki zwyczaj po prostu, że zawsze jest
puste miejsce przy stole. Wyjdź pan. - kontynuował poirytowany
gospodarz

- Aha, w takim razie przepraszam.- powiedział przybysz,
upuszczając z brzękiem srebrny widelec i ułamując tym samym,
ucho od porcelanowej filiżanki.

Wyszedł. Gospodarz usiadł jeszcze trochę poruszony
i odetchnął głęboko. Nagle coś odezwało się w jego głowie
i w nim samym:

Człowieku, a może to Bóg zaszedł właśnie pod Twój dach?

- Serio? O kurwa...


A to dla złagodzenia wydźwięku:

http://www.youtube.com/watch?v=McMsyPddKpQ

22 grudnia 2008

**

Dotknęłam tego wczoraj. Wróciło jak bumerang. Trafiło prosto
w głowę i wbiło się w serce. Nie umiałam tego poukładać jakoś.
Myślałam co mam mówić. Zastanawiałam się i zagryzałam usta.
Starałam się zębami zedrzeć z nich spierzchnięta skórę.
W końcu skupiłam się na tym bardziej, niż na samym myśleniu,
a kiedy wróciłam do myślenia, miałam do krwi pogryzione wargi.
Może właśnie o tym Ci powiem. Może razem z krwią, wypłyną
mi z ust słowa, które chcę powiedzieć.
Boli mnie.
No to powiedziałam.
Powiedział nie.
Usłyszałam to chwilę później.
Później jechaliśmy razem tramwajem.
Coś myślał i wiem, że mówił dokładnie to samo.
Pożegnaliśmy się bezsensu. Zaczął padać deszcz.
Poszłam dalej sama, przed siebie.
Kiedy szłam wzdłuż torów, usłyszałam nad głową
krzyk dzikich gęsi. Trzaskały skrzydłami
o chmury i wrzeszczały coś do siebie.
Nie rozumiałam, a może wiedziałabym coś więcej teraz.
Przed domem, na wietrze, bujała się mokra huśtawka.
Usiadłam na niej, ale przestała się huśtać.
Wstałam więc, zapaliłam papierosa i patrzyłam jak sama
buja się dalej.
Spojrzałam w górę. Niebo zasnute smołą, już dawno
pogrzebało słońce. Tęczy nie będzie, nie dzisiaj,
ale życzę Ci tego, siostro, na to lub
późniejsze jutro.

*

Rozpoznaję ich.
Mijają mnie, mówią coś, szepczą, krzyczą, jęczą.
Kiedy pytam-milczą, odchodzą, zapominają, nie myślą.
Rozpoznaję ich. Nie wiem skąd ich znam, skąd pochodzą,
kim są. Rozpoznaję ich. Mówię, a oni milczą.
Nic nie pamiętam ostatnio.

21 grudnia 2008

nie rozumiem

Tak bardzo Cię nie rozumiem. Staram się, słucham, patrzę,
analizuję. Nie rozumiem. Stoisz obok, mówisz do mnie,
a ja nie słyszę. Słyszę dźwięk, nie słyszę słów.
Nie widzę Ciebie koło mnie, nie ma Ciebie w Twoich słowach.
Otwierasz oczy i patrzysz na mnie, ale tylko patrzysz,
nie przyglądasz się. Nie wiem nawet, czy mnie widzisz.
Słucham Cię uważnie, pocałunkiem spijam z Twoich ust
każde słowo, zanim zdąży z nich wylecieć.
Nie chcę, żeby mi umknęło. Ucho i tak go nie usłyszy,
więc niech to słowo zapadnie się we mnie, niech zostanie tam.
Ucho nie zrozumie, ja też nie rozumiem, ale każde Twoje
słowo, przechowuję w sobie na wypadek gdyby.
Powiedz do mnie czysto, albo nic nie mów.
Bądź, a nie przebywaj, a najlepiej spierdalaj.

poniedziałek w środę

Środa. Późne, wiosenne popołudnie.
Ona, leżała na kanapie, przed telewizorem i oglądała
jakąś durną komedię amerykańską.
On, przyszedł zmęczony do domu, usiadł obok,
spojrzał na nią i zastanawiał się dlaczego się nie śmieje.
Nawet się nie odezwała, kiedy zaczął ją całować i rozbierać.
Od dawna nic do niej nie czuł, poza pożądaniem.
W trakcie tej, zawężonej do minimum, gry wstępnej,
zobaczył, że ma na stopach skarpetki z Gwiazdorem,
z zeszłego roku. Jego zapał nieco ostygł,
ale i tak kontynuował. Jej skóra była delikatna
i słodko pachniała, odgarniał jej włosy z twarzy
i namiętnie całował-po twarzy, szyi, dekolcie,
piersiach, brzuchu. Zaczął rozpinać jej rozporek
i patrzył, jak jej ciało coraz szybciej unosi się
w podnieceniu i opada . Kiedy zobaczył, że na jej majtkach,
widnieje napis "MONDAY", ubrał się i wyszedł z myślą,
że może wróci w poniedziałek.

19 grudnia 2008

bębenek

Wsiadła w pośpiechu do tramwaju. Była zdyszana, zziębnięta,
miała potargane włosy i rozpiętą kurtkę. Barwą zlewała się
z uśpionym tłumem, który już tkwił w wagonach. Nie była ładna,
ani zgrabna i pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi,
gdyby nie jeden szczegół. Przez ramię, przewieszony miała
mały bębenek, który bezwładnie opierał się na jej biodrach.
Patrzyłam na niego i różne myśli tłukły się w mojej czaszce.
Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego muzyka, zaklęta w nim,
milczy. Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego ta dziewczyna,
nie zagra na nim, gdzie jedzie, po co i dlaczego z bębenkiem.
Przypomniałam sobie Cyganów, którzy czasem wsiadają
z akordeonami do tramwaju i zbierają pieniądze.
Nie lubię wpychania muzyki na siłę, ale teraz,
naprawdę chciałam, żeby ona zagrała dla wszystkich,
żeby coraz mocniejszym, miarowym uderzeniem palców,
wydobyła dźwięk z bębenka.
Żeby może ktoś inny, wyciągnął saksofon lub harmonijkę,
skrzypce, marakasy, cokolwiek...?
Nikt nie pstryknął nawet palcami, nikt nawet nie zagwizdał
ustami, a ona nawet nie musnęła instrumentu, popękanymi od
mrozu palcami. Cały tramwaj, bujał się na torach jak wahadło
zegara i wystukiwał kołami, jakieś nieskładne trzaski,
na szynach. Cały czas czekałam, aż choć raz ona
uderzy w bębenek, aż może ktoś, choć przez chwilę
coś zanuci, ale nic takiego się nie stało.
Czekałam na muzykę, czekałam już nawet na Cygana
z akordeonem i kubkiem na drobne, czekałam na
werbel, na skrzypce i bębenek.
Czekałam, pewnie dlatego, że siadła mi bateria w mp3.

17 grudnia 2008

herbata

Wrzasnął, że jest dziwką i uderzył ją w twarz tak mocno,
że wpadła na stół i przewracając wazon, upadła na ziemię,
wśród połamanych kwiatów. Długo bolała ją głowa,
krew sączyła się nieśmiało z rozdartej wargi,
dziąseł i kącików ust, w uszach długo brzmiało jeszcze echo uderzenia.
Wróciła do domu, wzięła gorący prysznic i poszła do kuchni
zrobić sobie ciepłą herbatę. Napełniła wrzątkiem kubek
i anemicznie mieszała łyżeczką cukier na jego dnie.
Rozpłakała się. Nawet nie wiedziała kiedy.
Wtedy weszła do kuchni jej matka.
Spojrzała na nią z troską i zapytała co się stało.
Ona spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała.
Matka pogłaskała ją po głowie i powiedziała:
-Znowu? Nie martw się, przejdzie Ci.
Zamykając za sobą drzwi wyszła, człapiąc kapciami po schodach,
na górę. Ona wciąż siedziała w tym samym miejscu.
Przestała mieszać herbatę, spuściła głowę tak, że włosy
zakryły jej twarz i powiedziała:
-Jasne. A jak się nażrę kwasów i trochę poskaczę,
to ciąża też mi przejdzie.

16 grudnia 2008

oczekiwanie na

Idę wolnym krokiem przez miasto.
Coraz zimniej i głębiej dotyka mnie szarość dnia i bloków.
Czuję na ramionach ciężar ołowianych chmur i lawiny deszczu.
Prawie nic nie widzę. Idę przed siebie.
Znam drogę na pamięć, doszłabym tam nawet z zamkniętymi oczami.
Intuicyjnie, kątem oka, liczę wszystkie drzewa, ławki, znaki drogowe.
Wiem, na której ławce, wydrapane jest wyznanie miłosne z zeszłych
wakacji i jaką ma treść. Wiem, że wcześniej ta ławka była zielona,
wiem, kto na niej siada najczęściej. Wiem, kto na sąsiednim
do niej bloku, nabazgrał jakieś marne tagi, wiem, kto wybił
okno na pierwszym piętrze, w mieszkaniu tej staruszki,
co chodzi ciągle w tym samym, żółtym swetrze.
Na końcu drogi, jest mur. Często tam chodzę.
Idę, żeby popatrzeć na niego. Jest kilka razy wyższy ode mnie,
nawet nie wiem, co jest za nim i czy, w ogóle coś jest.
Stoi niewzruszony, nieskalany żadną farbą, ptasim gównem,
ani zębem czasu. Stoi wciąż taki sam, od kiedy tylko pamiętam.
Stoję tak i patrzę. Przywołuję w myślach graffiti Banksy'ego
na ścianach Izraela. Czekam aż ściana pęknie i chociaż
przez maleńką szczelinę, będę mogła zobaczyć raj, po drugiej stronie.
Czekam, aż chociaż przyjdzie ktoś z pędzlem i namaluje dla mnie
taką szczelinę. Od lat, nie przychodzi tu nikt, poza mną.
Ja przychodzę i czekam cierpliwie. Zawsze, kiedy tu stoję,
przypomina mi się nasza rozmowa. Kiedyś myślałeś,
że kolor to też wynalazek człowieka, że wcześniej ludzie
żyli tylko w mieszance czerni i bieli. Powiedziałeś mi o tym
zresztą, kiedy oglądaliśmy czarno-biały film.
Kiedy tak stoję i patrzę na ten mur, zastanawiam się,
kiedy tutaj, ktoś wymyśli kolor, kiedy pęknie ściana,
a cegły w chmurach kurzu upadną i odsłonią utopię.
Ty już widzisz ten kolor, a ja czasem mam wrażenie,
że deszcz go wypłukał, że spłynął i rozpuścił się jak cukier
w gorącej herbacie. A kiedy spadnie śnieg,
znowu poczuję się jak bohater kolorowanki i będę czekać,
aż wiosna wypełni kontury słońcem. Postaram się wtedy,
nie chodzić już po liniach, a na razie czekam na kolor.



Dla Adamo, w podzięce za kolor, rzucony słowem na czerń i biel.


link do Banksy'ego, dla niekumatych:

http://news.bbc.co.uk/2/hi/entertainment/4748063.stm

9 grudnia 2008

prezent

Opakowałam Cię szczelnie w świąteczny papier.
Przewiązałam czerwoną kokardą i nożyczkami zakręciłam
serpentyny na jej końcach. Zakleiłam taśmą miejsca,
w których papier nie przylegał do spodniej warstwy.
(Ostatecznie zużyłam prawie całą rolkę.)
Co chwilę poprawiałam papier, bo marszczył się,
podwijał, darł. Odwijałam i zawijałam Cię w niego na powrót.
Nie miałam jeszcze w domu choinki (był dopiero początek
grudnia), więc położyłam Cię pod kaloryferem, gdzie wkrótce
miała stanąć. Było Ci gorąco, a nie mogłeś się ruszyć,
ani nawet zacząć krzyczeć. Zakneblowałam Ci usta,
zasłoniłam przepaską oczy i tylko na nos wycięłam
w papierze mały otwór, żebyś się nie udusił.
Miałeś tak leżeć do Wigilii. Wtedy miałam Cię odpakować
i w euforii, wydobyć spod góry papieru.
Leżałeś tak cztery dni. Wychodziłam z domu, wracałam,
a Ty wciąż czekałeś na mnie w tym samym miejscu.
W końcu kupiłam choinkę, żebyś wyglądał efektowniej.
Faktycznie, mieszkanie jeszcze bardziej wypełniło się
bożonarodzeniową atmosferą, a Ty wyglądałeś bardziej odświętnie.
Wieczorem usiadłam w fotelu, zapaliłam papierosa,
wypełniłam kieliszek półsłodkim, czerwonym winem
i włączyłam film. Zacząłeś się szamotać,
szeleścić papierem i skrzypieć taśmą o kaloryfer.
Uciszałam Cię, mówiłam, że oglądam film i że niedługo święta.
Ciągle jednak wiłeś się po podłodze. Zrobiłam głośniej
telewizor, ale nadal nie dawałeś za wygraną. Jęczałeś coś,
charczałeś i wyłeś-starałeś się coś powiedzieć, chyba.
Poszłam do kuchni po nóż, żeby rozciąć szmatkę,
którą miałeś w ustach. Kiedy sięgnęłam po niego do szuflady,
naszła mnie myśl,że przecież nie lubię świąt,
nie od dzisiaj, że ich nienawidzę-wręczania i otrzymywania
prezentów, dekorowania choinki, przygotowywania potraw,
pasterki, księdza, składania życzeń, łamania się opłatkiem,
kłamstwa, że porozmawiam ze swoim psem, wymuszonych uśmiechów,
odświętnego stroju i całej tej szopki-nienawidzę.
Ciebie też, zatem. Jesteś moim prezentem, sama go sobie
wymyśliłam, sama zapakowałam.
Zacisnęłam palce na rączce noża
i nachyliłam się nad Tobą. Zsunęłam Ci z oczu opaskę.
Zamrugałeś nerwowo, a kiedy światło nagiej żarówki
stanęło na ostrzu, zmarszczyłeś brwi i dotknąłeś ich rzęsami.
Przesunęłam nóż po Twoich spierzchniętych ustach.
Zatoczyłam łuk od ich kącika, do kącika oka.
Coraz bardziej drżałeś, mocno zaciągałeś się powietrzem i wyłeś.
Przycisnęłam ostrze do Twojej szyi. Jeszcze szerzej otworzyłeś
oczy i wtedy właśnie zobaczyłam to, co powinnam zobaczyć wcześniej.
Szmaragd i szczypta nieba okolone kręgiem granatu.
W samym jego środku, najczarniejsza czerń i głębia.
Falujące pośpiesznie wachlarze. Przypomniało mi się,
jak zawsze na mnie patrzyłeś, jak Twój wzrok szedł za mną
jak cień, nawet kiedy zgasło światło. Zakochałam się w tych oczach.
Nie chciałam nic więcej, uwielbiałam tylko to, jak na mnie patrzysz.
Wydłubałam Ci oczy nożem, ale spłynęły krwistą mazią po moich dłoniach.
Wyglądały jak rozbite na patelni jajko.
Trzeba umieć wybierać sobie prezenty.
Teraz nie mam żadnego-tym bardziej nie lubię świąt.

7 grudnia 2008

tęcza

Usiadłam na zrębie dachu i spojrzałam przed siebie.
Nareszcie nikt i nic nie zasłaniało mi nieba.
Był pochmurny, jesienny dzień. Spoglądałam to w dal, to w dół
i obserwowałam jak grafitowe niebo miesza się z burą ziemią.
Z wysokości tych kilkunastu pięter, nie mogłam ocenić gdzie
się co kończy, a gdzie zaczyna. Zawieszona gdzieś ponad tym wszystkim,
byłam jak ptak, który przysiadł na chwilę, żeby złapać oddech
i wysuszyć pióra. Z czarnej wełny nad moją głową, coraz częściej
spadały krągłe krople deszczu. Odbijało się w nich blade światło,
uwięzione gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Czasami lubię deszcz,
a to był właśnie jeden z takich momentów.
Z kieszeni kurtki wyjęłam paczkę papierosów i sfatygowaną zapalniczkę.
Wypuszczając dym z ust i patrząc jak dryfuje coraz dalej, by później
rozmyć się zupełnie, myślałam o tym, że teraz choć na chwilę mam
swój własny obłok. W zimnym powietrzu dym był jeszcze gęstszy-
zagęszczony moim ciepłym oddechem. Mogłam utopić w nim dłonie
i przepuszczać go przez palce tak, jak przepuszczam czas na co dzień.
Później, wędrował gdzieś dalej i znikał dołączając się może do innych.
Nagle z pomiędzy chmur, zaczęło nieśmiało przebijać się przygaszone
słońce. Gdzieś dalej rozpięła się tęcza. Podobno po potopie,
Bóg, w geście przymierza z ludźmi, oparł swój łuk na chmurach
i tak powstała tęcza. Czy to prawda-nie wiem, zbyt wydumane
i rozpoetyzowane jak dla mnie.
Wstałam, spojrzałam przed siebie i zrobiłam krok w dół. Może pójdę
po tęczy i znajdę garnek złota na końcu. Nie wiem, na razie spadam w dół.

5 grudnia 2008

przepraszam książka

Upiłam się gorzkim wspomnieniem.
Telefon. Przeciągły dźwięk zmącił ciszę.
Nie chciałam wiedzieć, że jest po drugiej stronie.
Co czytasz?
Potoczyła się opowieść. Tak oderwana od rzeczywistości.
Krótki śmiech, wymiana pozdrowień.
Przeszłość to gorsza siostra przyszłości,
która ciągle podkłada jej nogę. Śmieje się i drwi.
Więzów krwi nie przetnie żadna deklaracja.
Nie pytaj o książki, powiedz przepraszam.
Najlepiej jednak, spierdalaj i zabierz wszystkie książki.
Nie chcę, żeby rozmawiała o nich z tOBĄ. Nigdy.
O niczym. Zostaw to już.

4 grudnia 2008

nowe buty

Wiesz jak to jest?
Przykleiła sie do mnie i nie chce puścić.
Staram się nie myśleć, zapomnieć, ale wraca do mnie,
kiedy zamknę oczy. Zaplątałam się w nią, jak martwa mucha
w sieć pająka i nie potrafię się od niej odciąć.
Nie potrafię.
Podarowano mi nowe buty. Są za ciężkie i za ciasne.
Nie umiem w nich chodzić. Ranią moje stopy, powodują odciski
i obtarcia. W nowych butach nie jestem wcale inna.
Idąc w nich, wciąż wdeptuję w stare, ale wciąż świeże, błoto,
w kałuże, koleiny. Potykam się i przewracam. Grzęznę po kolana
w tym, co niby jest już za mną. Nie da się inaczej,
nie mogę iść inną drogą.
Ci, którzy wiedzą, w co wdeptuję, do czego tak niechętnie,
ale wciąż, wracam i tak nie rozumieją. Nikomu już o tym nie mówię,
nie potrafię. Nie pytaj. Nie powiem, bo nie chcę.
Tak bardzo boję się życia. Boję się, że zrujnuję sobą innych,
tych, których jeszcze nie ma. Nie chcę o nich myśleć nawet.
Boję się. Nie wiem, w jakich butach musieliby chodzić.

o blondynkach

Jakoś nigdy nie gustował w blondynkach i nawet, kiedy miał
przed sobą naprawdę piękną ich przedstawicielkę, poza przymiotami
fizycznymi, nie dostrzegał nic więcej. Błyskawicznie też,
przychodziły mu na myśl, krytyczne dowcipy, dotyczące głupoty
i prostactwa tych kobiet. Nawet nie próbował się przemóc,
żeby to zmienić, blondynki zawsze kojarzyły mu się więc
z naiwnością, ułomnym postrzeganiem rzeczywistości i wyuzdaniem.
Na nią patrzył dokładnie w ten sam sposób.
Była atrakcyjna, dość bystra, taktowna, zabawna
i czuła, przede wszystkim jednak-namiętna.
Jednego wieczoru, obydwoje upojeni już alkoholem, wracali z pubu,
radośnie zataczając się uliczkami parku. W pewnym momencie on,
przyparł ją do drzewa i oparł się silnie na jej biodrach.
Zaczął namiętnie całować ją po twarzy, szyi i dekolcie,
szczypiąc jej twarde sutki. Bezczelnie wpychał ręce do
jej stanika i majtek, pieszcząc ją tak, że aż piszczała.
Ona w ekstazie, podniesionym szeptem, rzucała sprośne komentarze,
zachęcając go do dalszej gry. W końcu, rzucił ją na ziemię,
szarpnął jej sukienkę, rozdarł rajstopy, opuścił jej majtki
i wszedł w nią głęboko. Kołysał się na niej przez chwilę,
pchając się szybko, po czym spuścił się jej do środka i lekko westchnął.
Wyszedł z niej, wytarł fiuta o brzeg kurtki, wstał i zapiął rozporek.
Odchodząc, tylko raz obrócił się przez ramię. Uśmiechnął się patrząc,
jak po omacku szuka majtek w mokrej trawie.

29 listopada 2008

pielgrzymka w pokoju

Stanęłam w kącie pokoju i oparłam się spoconymi plecami o chłodną
ścianę. Pokój był pusty i zimny-od dawna nikogo w nim nie było.
Mnie jednak było w nim tak duszno, jakby przed chwilą,
przewędrowała przez niego cała pielgrzymka na Jasną Górę,
zabierając przy okazji cały tlen. Oddychałam szybko i ciężko,
śledząc każde tchnienie, które siwizną przecinało powietrze.
Moje myśli krążyły wokół mnie jak sępy nad cuchnącymi zwłokami,
rozdrapując całość na mozaikę ran i symetrycznych cięć pazurów.
Wygryzały moją głowę od środka, wydziobywały oczy, szarpały nos i uszy,
czyniąc z twarzy wielką, krwawą ranę. Odpędzałam je resztką sił,
krzyczałam i niewidząc nic prócz purpury, drżałam jak liść rzucony
na wzburzone morze. Do krwi rwałam garściami włosy z głowy,
rozdrapywałam sobie oczy i policzki, nie pamiętając o bólu.
Nożem poharatałam sobie piersi, żeby złapać oddech, żeby orzeźwiające
powietrze, wpadło wprost do płuc i chlupiąc gęstą krwią,
tchnęło we mnie trochę życia. Nie mogłam już, nie chciałam już,
nie miałam siły i jak pluszowy pajacyk osunęłam się po ścianie w dół.
Wtedy wszedłeś ty, przywitałeś się beznamiętnie,
omiotłeś wzrokiem pokój, usiadłeś na kanapie i włączyłeś telewizor.

27 listopada 2008

mój film

Nawijam swoje wspomnienia na słup milowy jak papier toaletowy na rolkę.
Mało romantyczne, ale dość obrazowe, więc niech będzie.
Zwijam je powoli jak kliszę-klatka po klatce. Przyglądam się im z uwagą
i jakąś, co chwilę inną, emocją. Staram się, żeby niechcący nie uszkodzić
ich biegu, ani struktury, żeby żadna zagubiona linia papilarna nie wżarła
się w mój film, nieproszona. Przesuwam delikatnie palce po ramach czasu
i nieuchronnie zbliżam się do końca.

Ostatni klaps, gasną światła, a reżyser, składa swoje rybackie krzesełko
i odchodzi z planu odpalając papierosa. Za nim jak kukły,
telepią się pozostali bohaterowie, styliści, statyści i cała reszta.

Zostałam sama, wypuszczam z rąk scenariusz i patrzę w czerń przede mną.
Nie wiem nawet, czy jest sens tu stać, czy jutro przyjdą tu znowu,
albo kiedykolwiek w ogóle. Siadam na brzegu sceny i machając nogami,
zastanawiam się, czy będzie ciąg dalszy i mam tylko nadzieję,
że moja klisza się nie prześwietliła, bo wtedy, nawet jeśli nie będzie
drugiej części, będę mogła wrócić do pierwszej i żując ciepły popcorn,
odwinąć kawałek filmu i pomyśleć, choć mówiłeś, żebym tego nie robiła.

23 listopada 2008

oddech

Pomyśl, że jesteś w próżni i nie możesz złapać oddechu.
Twoje tętnice powiększyły się do rozmiarów węża ogrodowego,
a oczy i głowa nabiegły krwią, która dusi się razem z Tobą.
Nagle zjawiam się ja-z arsenałem tlenu w płucach i we krwi-myślisz.
Nie wiesz co robić, boisz się, za chwilę już obydwoje
będziemy się dusić, ale w tej chwili, to ja mam przewagę.
Co robisz, więc?
Patrzę na Ciebie i wstrzymuję oddech. Ty wtapiasz się wzrokiem
w mój własny i wiem, co Ci chodzi po głowie. Nic nie mówisz,
bo każde tchnienie zabiera Ci cząstkę świadomości. Ja też milczę,
bo jeśli zacznę gadać, to nie zobaczę, jak umierasz.
Pozwalam Ci jednak zabawić się w Boga, zadecydować kto zginie,
a kto przetrwa o kilka oddechów dłużej.
Podchodzę do Ciebie i muskając zaledwie suche i nagie wargi,
napełniam Twoje usta ciepłym powietrzem. Rozcinam, klamrą do włosów,
żyły na nadgarstkach i kapię gorącą krwią na Twoje słone powieki.
Powiększają Ci się źrenice, przeszywasz mnie na wylot pytającym wzrokiem.
Nic nie mówisz. Słaniając się wciąż na wątłych nogach, krztusisz się i kaszlesz.
Stoję niewzruszona i spoglądam na Ciebie z góry, nawijając loki na palec.
Wijesz się w agonii, plując krwią i dysząc okropnie.
Po całej twarzy spływają Ci łzy, a sól wyżera policzki.
Po chwili, padasz przede mną jak ptak rażony piorunem i z otwartymi oczami,
składasz u moich stóp ostatnie tchnienie.
Chciałam, żebyś zaciągnął się mną jak powietrzem, żebyś może był
mi wdzięczny lub coś na ten kształt. Twoje ostatnie spojrzenie,
było dowodem na to, że zwęszyłeś podstęp-po czasie, niestety.
Wcześniej nie wiedziałeś, że w moich płucach tkwi gaz łzawiący,
a w żyłach choć płynie krew, to zagęszczona napalmem.
Nie zaciągaj się mną, bo stracisz oddech.

21 listopada 2008

w klatce

Otwieram srebrną klatkę. Wkładam do niej świeże mięso,
zmieniam wodę na świeżą i czystą.
Wczorajsza porcja pokarmu wciąż nietknięta.
Nic nie jesz i nie pijesz.
Jesteś taki piękny, jakby silny-piękny bezsiłą jednak.
Nie rozmawiasz ze mną i nie patrzysz na mnie.
Nie myślisz i nie mówisz o mnie.
Dbam o Ciebie ciągle, otaczam Cię troską i ciepłem.
Staram się, by było Ci najlepiej.
Pokryty gęstym, biało-beżowym puchem i strojny w pióra,
wyglądasz tak dostojnie. Patrzę na Ciebie godzinami,
głaszcząc Twoją kształtną głowę i szepcąc do Ciebie uspokojeniem.
Masz złamane skrzydła, skręcony kark, połamane nogi
i dziurę w brzuchu z zakrzepłą krwią na brzegach.
Ktoś głupotą ściągnął Cię z błękitu i tak, "ideał sięgnął bruku" znowu.
Przypominasz mi Sokoła Boccaccia,
nikt jednak nie ofiarował Cię w imię czegokolwiek.
Nie jesteś dowodem miłości, jej owocem, ani nagrodą,
ani pocieszeniem. Głupia śmierć.
Ja trzymam Cię w tej klatce jako dowód, że złamane skrzydła
przestają krwawić po pewnym czasie, że ze wszystkimi
ułomościami nadal można istnieć, bo przecież jesteś-
nieobecny i beznamiętny, ale jesteś.
Nie polecisz już, a co ze mną nie wiem.
Kto jest głupi, a kto głupszy?

w nieutopii

Otwarte drzwi niezawsze oznaczają, że trzeba w nie wejść i że dzięki nim
wejdzie się w światło. Trzeba umieć widzieć to światło,
ale pamiętać również,że gdyby nie ono, nie byłoby cienia.

Spojrzałam przed siebie i jak Alicja w krainie Czarów,
stojąc na wielkiej szachownicy, zastanawiałam się, którą klamkę nacisnąć.
Jedna z nich była ładna, wyświecona i wyślizgana od dotyku innych.
Podeszłam bliżej i spojrzałam przez dziurkę od klucza.
Zamknięta w centymetrze kwadratowym utopia.
Zbyt proste i zbyt banalne, zbyt niemożliwie namacalne.
Drugie drzwi były wielkie i ciężkie jak wrota gnieźnieńskie,
a klamka mosiężna, lecz od lat nie muśnięta nawet ludzką ręką.
Dziurka od klucza, choć osnuta gęstą pajęczyną,
subtelnie zdradzała drugą stronę.
Droga przez las, gęste, ołowiane chmury, ani śladu utopii,
ludzkiej stopy, czy nawet echa zagubionego oddechu.
Nacisnęłam klamkę i z całej siły popchnęłam drzwi.
Z jęczącym skrzypnieniem, kapiąc rdzą jak krwią, otworzyły się.
Weszłam do środka, poczułam przeciąg na plecach i ułyszałam
huk zatrzaskiwanych drzwi. Odwróciłam się tylko,
nie chiałam wracać- poszłam przed siebie.

Siedzę w kinie w ostatnim rzędzie i nie śledząc fabuły,
męczę w palcach bilet z ostatniego seansu.
Nie wiem nic i mam tylko ochotę, leżąc obok, porozmawiać z tobą
o niczym, albo tylko patrzeć w sufit i choć kątem oka,
widzieć, jak ciepły cień wylewa się z twoich ust,
popychany przyśpieszonym oddechem.
Uśmiecham się do tej myśli i przypominam słowa:

"I jak ten głupiec u mądrości wrót stoję
i tyle wiem co wprzód"



Faust
J.W.Goethe

19 listopada 2008

zakurzone skrzypce

Odgruzowuję w bibliotece mej pamięci obrazy z przeszłości.
Są stare jak ja, oprószone kurzem jak głowy starców siwizną
i czasem mokną. Część przywołuję stęsknionym uśmiechem,
część grzebię na prędce w komórce "Nie wspominać",
część analizuję dogłębnie, nieświadomnie marszcząc brwi
jak zafrasowany matematyk.
Większość jednak z tych wspomnień, spływa po mnie bolesnymi
ciarkami. Wiem co to oznacza, wtedy chyba nic nie myślę.
Skrywane skrupulatnie pokłady wrażliwości,
wylewają się porami skóry na powierzchnię
i zdają się krzyczeć do mnie.
Tę wrażliwość, często budzi muzyka-tak, jak dzisiaj.
Wstaję rano, jest jeszcze ciemno-gdyby nie zegarek
i moja świadomość-powiedziałabym, że jest noc.
Czarny jak ziemia dywan cienia, wlewa się przez drzwi balkonowe
do mieszkania.
Zaparzam wodę w czajniku, choć i tak nie wypiję herbaty-
lubię po prostu sam szum. Nie uważam, żeby to było dziwne.
Kiedyś, często odrabiałam lekcję siedząc na kafelkach łazienki
i opierając się o pracująca pralkę. Jakoś lepiej mi się myślało.
Przy czajniku nie było sensu-choćbym nie wiem jak się uparła,
to tempo wrzenia i tak zawsze było większe od mojego pisania
i myślenia przede wszystkim, chyba.
Woda się zagotowała, co właśnie oznajmił mi pstryczek od czajnika.
Nie ma sensu włączać go ponownie, bo woda jest za gorąca.
Podchodzę więc do wieży i włączam "Epitaph" Fingathing.
Refleksyjny kawałek-odpowiedni jak na ponury, ciemny, jesienny poranek.
Muzyka sączy się z głośnika pełnią harmonii i trafia niczym niezmącona
do moich uszu. W chwili bezruchu, dopadają mnie dźwięki skrzypiec
i coraz głębiej wdrążają się w moją głowę. Czuję jak ciśnienie rośnie,
ale wiem, że towarzyszy temu również niezmordowany koncert Eustachiusza,
więc niczym się nie martwię.
Otwieram komórkę "Nie wspominać", a raczej pokątną jakąś-
"Lepiej nie wspominać". W myślach staje obraz sprzed wielu lat.
Mieszkanie babci, pachnące starymi książkami, suszonymi grzybami
i lawendą, która-choć zamknięta w szafie-snuje się dykretnie
po wszystkich pokojach i rzekomo, odstrasza mole. Mam może sześć,
może siedem lat-trudo ocenić. Bręcząc i męcząc dziadków,
w końcu udaje się mnie i mojej siostrze namówić babcię,
by otworzyła futerał. Jest czarny, skórzany, ma starte,
metalowe zatrzaski i zawiasy. Jest już lekko sfatygowany i-
jak to się mówi-nadgryziony zębem czasu.
W środku-puszysty, ciemnozielony welur, a na nim-przepiękne,
drewniane skrzypce, rzeźbione jakby ręką mistrza.
Wytarte struny prężą się nadludzko, naciągnięte na lśniące,
srebrne klucze. Skrzypce przypominają mi kobietę.
Mają lekkie, zmysłowe, gruszkowate kształty.
Główka, zakręcona finezyjnie, wygląda jak starannie spięty kok,
tylko te cięcia na pudle jakoś nie pasują...
Obok skrzypiec, wdzięcznie i bezwałdnie, spoczywa smyczek z końskiego włosia.
Kilka włosków plącze się gdzieś obok, przyklejając się elektrycznością
do wszystkiego.
Wyciągam skrzypce jako pierwsza. Babcia pokazuje mi, jak powinnam je trzymać.
Są jakby za duże na drobne ręce i ciężko leżą na słabym ramieniu.
Smyszek zdecydowanie za długi i nie daje się uprosić,
żeby wylądował na strunach.
Dziadek wstaje z kanapy i wrażliwym, pełnym ciepła i troski ruchem,
dotyka mojej dłoni. Smyczek posłusznie trafia na swoje miejsce,
a później, fałszem spływa w dół.
Ogromne rozczarowanie, śmiech pozostałych. Chcę spróbować jeszcze raz,
ale kolej na siostrę. Podbudowałam się, kiedy jej też się nie
udało, zwłaszcza, że była większa ode mnie
i łatwiej uchwyciła prawidłowe ułożnie rąk i głowy.
Po chwili, zdegustowana, oddała i mi skrzypce.
Spróbowałam ponownie obudzić w instrumencie duszę-swoją, albo jego.
Nie udało się. Ostatecznie, poirytowana babcia,
schowała skrzypce do futerału i znaczącym trzaskiem wieka,
zabrała mi muzykę. Pamiętam jak powiedziała, że skrzypce
nie służą do zabawy, ale do gry na nich.
Nigdy jej nie powiedziałam, że potraktowałam to wydarzenie naprawdę poważnie.
Nigdy nie nauczyłam się grać na skrzypcach. Najbardziej jednak zabolało
mnie to, że po latach, babcia sprzedała je Akademii Muzycznej.
Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak się stało.
Ciekawe, co by powiedział pradziadek, bo przecież do niego należały,
a ona nigdy nie umiała wydobyć z nich żadnej, poprawnej nuty.
Nie lubię o tym myśleć. W imaginacji wylewam naftę na te obrazy i zapalam
zapałkę. Odchodzę gdzieś, ciagnąc za sobą swój cień na łańcuchu jak żałobny kir.

16 listopada 2008

skafander

Przystanął na chwilę w momencie, w którym akurat próbowałam wyjść z siebie.
Spojrzał na mnie z nieskrywanym zainteresowaniem, uniósł brwi
w niedowierzaniu i lekko rozchylił usta.
Wsunął ręce do kieszeni wytartych dżinsów i przechylając głowę,
wciąż mi się przyglądał.
Ubrana w ciasny skafander ze skóry i tłuszczu, brudny od fekaliów dnia
codziennego, pocięty prozą życia, poobklejany spojrzeniami
i wyzwiskami bezpłciowych postaci i wreszcie, połatany niedbale
dobrymi radami niedoświadczonych i głupich, wyglądałam raczej dość
dziwacznie. Wzrok pomyleńca i grymasy skazańca, zaklasyfikowały mnie
w jego oczach do grupy zjawisk ciekawych.
Kiedy rwałam włosy z głowy i paznokciami usiłowałam zedrzeć
z siebie palącą skórę, zawodząc przy tym i mamrocząc jakieś bzdury,
zbliżył się do mnie na odległość kroku. Wyciągnął do mnie rękę.
- Pomogę.-powiedział.
Zupełnie zbita z tropu, spojrzałam na niego z obłędem w oczach.
- Idź stąd.
Podszedł bliżej i dotknął mojej głowy. Wzdrygnęłam się, jakby mnie
prąd kopnął.
- To z tym masz problem.-stwierdził, bez cienia wątpliwości.
- Gówno cię to obchodzi, człowieku. Spierdalaj.
Zbliżył się do mnie i dotknął ciepłymi wargami moich.
Zdecydowanie przytrzymał mnie jedną ręką w pasie,
a drugą rozchylił moje usta. Dotknął językiem mojego podniebienia
i zaciągnął się silnie moim oddechem.
Zrobiło mi się słabo i upadłam w bezsile na ziemię,
a on nawet nie starał się mnie przytrzymać.
- Teraz możesz rozpiąć swój skafander-powiedział z cwaniackim uśmiechem.
Wstałam i poczułam się dziwnie lekka, nie było to jednak błogie uczucie.
Byłam pusta jak wydmuszka i miałam wrażenie, że wszystko
zapada się we mnie do środka. Skafander spłynął po mnie do stóp
jak kropla wody po szybie. W głowie miałam chaos,
serce tłukło się w piersi jak rozpędzony pociąg po torach,
a to, co ze mnie zostało, było mdłe i bez wyrazu.
- Co mi zrobiłeś?-wyszeptałam załamującym się głosem.
- Dzięki mnie, jesteś teraz lżejsza o dwadzieścia jeden gramów.-
odpowiedział, z tym samym, co wcześniej uśmiechem.
Łzy spłynęły mi po policzkach, a on odszedł wsuwając moją duszę do kieszeni.
Pozbyłam się skafandra, ale stałam się przez to pusta i nietrwała
jak bańka mydlana-w zabawie, wypuszczona przez okno w nieznane.
Pękłam za rogiem, kiedy ktoś dotknął mojego nieopakowanego wnętrza.

14 listopada 2008

o skrzydłach

Ogarnął mnie zły nastrój. Najpierw przysiadł na moim ramieniu,
jak brudny i gruby gołąb, później usiadł na głowie
i powoli wydrążył się do środka. Dziobał moją głowę tak długo
i tak mocno, aż miałam wrażenie, że posiądzie mój mózg,
jak rozpłodowy ogier podsuniętą klacz.
Obiad przez dwie godziny stał na podłodze. Pies czekał,
aż w końcu pójdzie na spacer, a ja oglądałam francuski,
czarno-biały film. Nie znałam tytułu, reżysera, roku produkcji,
a w ciągu kilkudziesięciu minut oglądania, pojawił się tylko jeden aktor
i też nie wiem jak się nazywał..
Ostatecznie, do pokoju wpadła mama i po ostrej wymianie zdań,
w przypływie furii, wyrwała z telewizora kabel od kablówki.
Nie ruszyłam się. Przez dobrych piętnaście minut,
siedziałam w tym samym miejscu patrząc, jak śnieży.
Włączyłam komputer i Snowgoons'ów-na cały regulator.
Bezmyślnie klikałam po kolei we wszystkie foldery na pulpicie.
W końcu ubrałam się, wzięłam aparat i wyszłam.
Spacerowałam po torach jak linoskoczek.
(Nie, linoskoczek wskoczyłby wyżej.)
W każdym razie, szłam po torach i zastanawiałam się co zrobię,
jeśli usłyszę pociąg.
Nieważne,szłam dalej. Co jakiś czas zeskakiwałam z szyny
i stąpałam po podkładach kolejowych.
(Te tramwajowe są z Kutna, a kolejowe gdzie się, kurwa, robi? Nieważne też.)
W końcu zobaczyłam światła pociągu. Toczył się wolno po torach.
Wiedziałam już, że to towarowy i nie ma sensu się pod niego rzucać.
Taka prędkość to żadne wyzwanie.
Zeszłam z torów, wypieprzyłam się o dzikie jeżyny, wstałam i poszłam dalej.
Poszłam na opuszczoną budowę. Od dawna nie było tam nikogo, poza
okolicznymi gówniarzami i menelami.
Weszłam na ostatnie piętro, spojrzałam w dół.
Zakręciło mi się w głowie.
Przypomniałam sobie tę rozmowę o lataniu.
Przypomniałam sobie "Złamane skrzydła".
Spojrzałam w dół raz jeszcze.
Skoro codzienność podcina nam skrzydła, to znaczy, że jednak je mamy.

"Jednym krokiem sprawię, że hukiem przerwę ciszę."

Jednym krokiem zeszłam zatem na dół. Leciałam, ale w dół, tylko w dół.
Nikt mi nigdy nie powiedział, że ze złamanymi skrzydłami nie mogę nawet
poszybować. Spadłam na dół jak tona nieszczęścia, roztrzaskując się
o chodnik jak statek o skałę w czasie sztormu.
Człowiek nie umie latać. Lot w dół, to tylko spadanie.
Takie skrzydła, to se mogę w dupę wsadzić.

13 listopada 2008

niemy list

Palcem na moim ciele, napisałeś bardzo długi list, kiedy spałam.
Obudziłam się nad ranem. Zimne powietrze pływało po moich plecach,
sącząc się wciąż obficie przez otwarte okno.
Z zamkniętymi oczami, uśmiechając się, powiedziałam Ci "dzień dobry"
i poprosiłam, żebyś zamknął okno.
Nie odpowiedziałeś.
Ślepa dłoń zaczęła Cię szukać w pościeli, ale nie znalazła.
Otworzyły się zatem oczy-nie widziały Cię.
Głowa obróciła się w prawo, w lewo, ale oczy nadal Cię nie widziały.
Nogi zeszły z łóżka i poprowadziły ręce i oczy, do pokoju obok-
nie było Cię tam. Nie było Cię również w łazience,
ani w kuchni, ani na balkonie.
Telefon milczał. Nie wiem czyj bardziej-Twój, czy mój
(jeśli cisze w ogóle można do siebie porównywać, jeśli
cisze w ogóle się różnią...) .
Ogarnięta myślą, poszłam do łazienki, wziąć prysznic.
Rozebrałam się i stojąc przed szkłem kabiny,
zobaczyłam swoje odbicie w lustrze.
Całe plecy zapisane były namacalną pretensją.
Starałam się jakoś ogarnąć treść, ale nie potrafiłam.
Czytając wspak, traciłam rezon i ogarniała mnie
jeszcze większa panika. Nie mogłam rozczytać Twojego pisma.
Musiałeś być zdenerwowany, skoro te litery-tak mi zawsze bliskie
i znajome-nagle stały się obce i zupełnie poza moim zasięgiem.
Denerwowałam się i płakałam, bo wykrzywiały się jeszcze bardziej
i znikały pod skórą, kiedy wyginałam się nienaturalnie,
żeby przeczytać całość i zrozumieć.
Zrezygnowana, odwróciłam się twarzą do lustra.
Zobaczyłam brzydką, rozczochraną, smutną i spuchniętą dziewczynę.
Czułam jak łzy spadały na barki i spływały po nagich piersiach.
Uderzyłam rękami w taflę lustra. Pękła krwawą pajęczyną,
roztrzaskała się srebrem i purpurą.
Zakrwawioną dłonią wyjęłam z umywalki większy kawałek szkła.
Był długi i zaostrzony jak nóż.
Wyciągnęłam rękę za siebie i ostrzem przecięłam skórę na plecach,
wzdłuż kręgosłupa. Bolało cholernie, a krew lała się soczyście.
Chwyciłam szkło pewiej, przecinając palce i zadałam kolejne cięcie,
prostopadłe do poprzedniego. Zabolało jeszcze bardziej, piekło
i parzyło jak ogień. Pękło szkło w mojej ręce. Trójkąt skóry,
zwisał z moich pleców, wciąż spływając krwią na białe kafelki.
Nie miałam już siły. Czułam się tak, jakby razem z krwią,
uszło ze mnie życie.
Nie mogłam przeczytać Twojego listu.
Nie mogłam nawet go zdjąć z siebie, wziąć do rąk i przeczytać,
jak każdy inny. Czułam, że te litery palą całe moje ciało
jak żarzący się węgiel. Odcisnęły się piętnem nie tylko na
ciele, ale i na duszy. Płynęły żyłami do mózgu, do serca,
kierowały ruchami rąk i nóg. Sprawiały, że mokra sól
wychylała się bezradnie spod wachlarza rzęs.
Część z tych liter, wciąż płynęła na posadzkę.
Nie mogłam przeczytać Twojego listu, bo tak naprawdę
wcale tego nie chciałeś. Spod mojej ręki, wyszedł ból
płynący gorącą krwią, spod Twojej jednak,
wyszedł ból o wiele większy, bezkrwawy, ale sączący
się jadem i nienawiścią.
Nie pisz do mnie więcej listów.
Nie umiem i nie chcę ich czytać.

12 listopada 2008

trzy słowa

Pomyślałeś kiedyś o ludziach, którzy żebrzą na ulicach?
Przeczytałeś kiedykolwiek od początku do końca to,
co trzymają w wyciągniętych rękach?
Mijasz ich automatycznie, zupełnie obojętnie.
Wiesz, że są. Ty stoisz, oni klęczą-każdy zna swoje miejsce
na drabinie bytów. Ty jesz schabowego z ziemniakami,
oni czasem wyżebrzą na frytki z McDonald'sa.
Nie wiesz kim są, ani kim byli, gdzie mieszkają,
ani czy mają rodzinę.
Czasem rzucisz im jakąś monetę. Nie patrząc na nich, idziesz dalej,
a ich "dziękuję" obchodzi Cię tyle, co zeszłoroczny śnieg.
Oddajesz im drobne-akt miłosierdzia, ale zachowujesz
się tak, jakbyś wyrzucał zużytą chusteczkę do śmietnika.
Po prostu-pozbywasz się drobnych.
Dzisiaj, ja zajmuję miejsce pod starą kamienicą w centrum.
Zawieszam sobie na szyi tekturkę z prośbą.
Siadam na poduszce i czekam.
Bezczelnie patrzę na ludzi. Siedzę wyprostowana i wyławiam
z tłumu zmieszane spojrzenia.
Co jakiś czas, z brzękiem spadają przede mną monety.
Nie mam na nie żadnego kapelusza, ani nawet pudełka po margarynie.
Po siedmiu godzinach klęczenia, setkach ludzi, którzy mnie minęli,
wstałam z klęczek, otrzepałam się, wzięłam poduszkę pod pachę,
schyliłam się po monety i zaczęłam je liczyć.
Trzy złote i siedemnaście groszy.

Wiele lat temu, w Polsce zlikwidowano doszczętnie analfabetyzm,
a jednak dzisiaj, przez siedem godzin, nie spojrzał na mnie nikt,
kto umiałby przeczytać moje słowa. Znaleźli się natomiast ci,
którzy przez leniwą ułomność, rzucali mi pod stopy pieniądze.
Nikt nie przeczytał trzech słów, napisanych grubym markerem.
"Zaadoptuj moją duszę."
Rzucacie drobne, bo w gruncie rzeczy są nic niewarte,
tak samo, jak moja dusza. Odbija się ona od innych,
jak nędzny grosz od chodnika. Upada gdzieś, gdzie nikt
i tak nie spojrzy, a nawet jeśli spojrzy, to nie schyli się,
by podnieść. Leży tak bezpłodnie, niezauważona, warta
trzy złote i siedemnaście groszy.

11 listopada 2008

rysunki

Stanęła nade mną w momencie, kiedy wyobrażałam sobie
spacer na liniach trakcyjnych.
Podeszła z kartką papieru w jednej i ołówkiem w drugiej ręce.
2B-jakaś mini rekompensata za wtargnięcie rzeczywistością
w moją wytęsknioną imaginację.
Powiedziała: "Narysuj siebie na świecie."
Zacisnęłam palce na ołówku i dusząc grafitem kartkę,
narysowałam kulę ziemską i siebie z boku, pod chmurą.
Poleciła: "Narysuj siebie w przyszłości."
Odwróciłam kartkę i poprawiłam przebijające kontury poprzedniego
rysunku.
Podała mi zdjęcie. Stadion wypełniony po brzegi ludźmi.
Dodała: "Narysuj krzyżyk tam, gdzie byś się znalazła."
Skreśliłam krzyżyk na telebimie.
Spojrzała na mnie z troską i szczerym zainteresowaniem i zapytała:
"Jesteś samotna?"
Podeszłam do fontanny, włożyłam do niej głowę, nabrałam wody w usta
i spojrzałam jej kpiąco prosto w oczy.
Powiedziała: "Rozumiem. Nie chcesz mówić."
Podeszłam do niej, oplułam ją brudną wodą z fontanny i odpowiedziałam:
"Nie chce mi się już rysować."

taniec na cmentarzu

Szósta na tarczy. Siedzę przed lustrem i z namaszczeniem maluję
usta, czerwoną jak dojrzały pomidor szminką. Czarną kredką obrysowuję
oczy dookoła. Doczepiam sztuczne rzęsy i proszkiem do pieczenia
wybielam zęby. Gryzie kurwa w dziąsła, ale trudno.
Zakładam szpilki dwunastki i małą czarną z dużym dekoltem.
Stopy męczą się strasznie w drastycznym wygięciu.
Znowu spuchną mi kostki.
Wkładam na głowę filcowy kapelusz i osłaniam twarz czarnym woalem.
Wyglądam jak tania dziwka w żałobie.
Wychodzę z domu i idę na cmentarz.
Siadam na ławce, wkładam do ust papierosa. Od dawna nie palę,
więc tylko anemicznie żuję filtr.
W końcu, podnoszę się energicznie i staję na płycie nagrobnej.
Zaczynam nucić jakąś sprośną piosenkę, a w takt melodii,
tańczę i rozbieram się. Zadzieram lubieżnie sukienkę,
choć już wcześniej, zbyt wiele nie zasłaniała. Po chwili zsuwam
ją z ramion, a później z bioder.
Ściągam majtki i sikam na złote litery. Zapalam papierosa i wbijam
go w doniczkę z kwiatami. Zapalam go dla Ciebie, zamiast znicza.
Nawet po śmierci muszę Cię kusić i doprowadzać do szału.
Wiem, że dławiłbyś się teraz złością i nie mieściłbyś się w spodniach.

Wszystko dzieje się w mojej głowie. Sama Cię pogrzebałam na cmentarzu
mej pamięci, ale jeśli kiedyś dostąpię spełnienia i stanę nad Twoim
grobem, to tak właśnie się zachowam. Tymczasem, czerwoną szminką,
piszę na płycie epitafium:
"Niech Ci ziemia mokrą będzie. Spoczywaj w podnieceniu, skurwysynie."

9 listopada 2008

kwiat na dywanie

Wkurwiam się. Zbiegam szybko po schodach pod Kaponierę.
Widzę pod stopami ślady krwi. Czuję zapach potu, krwi właśnie
i brudnego, rozkładającego się ciała.
Podziemia ronda, to raczej małoprawdopodobne miejsce zbrodni.
Chociaż, kto wie... W końcu "te dzisiejsze czasy", no i
"ta dzisiejsza młodzież"... Mam to w dupie, właściwie.
Drażni mnie, kurwa, ten smród, ale w końcu jeszcze kawałek
i wychodzę na powierzchnię. W uszach niezniszczalny "Ghostwriter"
RJD2. Wpadam w trans i nawet jeśli pod Kaponierą, odbywałaby się teraz
rzeź niewiniątek, albo chociaż kolejne zdjęcia "Piły",
miałabym to w dupie. Po prostu idę dalej.
Krew coraz gęściej rozlewa się po ziemi, zupełnie jakby ktoś
rozwijał przede mną czerwony dywan. Tylko czemu, kurwa,
ten pierdolony dywan ujebał mi moje najki? Reklamacja,cholera.
Nie mogę już wytrzymać smrodu, daje jak z ubojni.
Obiad podchodzi mi do gardła i ciśnie się niesmakiem na język.
Przysypieszam. Wbiegam na schody spryskane krwią
jak drzwi Egipcjan, bojących się plagi zarazy.
U szczytu schodów, w kałuży krwi, leży mała główka.
Piękny widok, jak z portfolio.
Wychodzę z podziemia i idę na przystanek. Po prawej,
widzę kloszarda na ławce, z rozwalonym, rozkładającym
się kolanem. Krew tryska jak fontanna przed Operą.
I ten zapach,oblecha.
Wsiadam do autobusu i myślę o porzuconej główce.
Jak ktoś, mógł urwać główkę róży?
Pozbawił ją kolców tak bezceremonialnie
i bezczelnie rzucił w tą brudną krew męczennika.
Przypominają mi się słowa Nick'a Cave'a z piosenki
"Where The Wild Roses Grow":

"...all beauty must die..."

I tak wolę żółte tulipany.

8 listopada 2008

krótko o czarno-białym

Zmęczona kładę się na łóżku z kubkiem ciepłej herbaty w ręce
i oglądam program artystyczny z roku '69 pod reżyserią
Olgi Lipińskiej na TVP KULTURA. Kłobuszewski, Łazuka, Pokora,
Sienkiewicz, Kłosowski, Pluciński, niezniszczalny, uczuciowy
wizjoner i poeta-Grechuta... i jeszcze parę,
charakterystycznych postaci z tych czasów. Czarno-biały obraz,
mami mnie jak wesołe miasteczko łakome oczy dziecka.
Jak w hipnozie śledzę akcję-słucham, patrzę, śmieję się.
Niesamowite, jak tak prosty spektakl, przeplatany zabawnymi
piosenkami, okraszony subtelnym poczuciem humoru,
może tak bardzo pogrążyć widza w uwadze i dobrym nastroju.
Godzina mija, w takt muzyki płyną z góry ekranu napisy końcowe.
Z niechęcia wracam do mojej codzienności.
Jest szara, ale to nie to samo, co czarno-biały film, czy kabaret.
Za mało polskości, za mało tego, co indywidualne, nieodtwórcze, nasze.
Tamte czasy, to już niestety pieśń przeszłości, dzisiejsza natomiast
brzmi w moich uszach jak chaotyczna kakofonia.

7 listopada 2008

zimny prezent

Wciąż pamiętam historię o szczeniaku, który w podziurawionym,
kartonowym pudełku, w samochodzie pocztowym, przemierzał kraj,
żeby ucieszyć jakiegoś smarkacza w dzień urodzin.
Nie doczekał się, pewnie nawet nie wiedział gdzie jedzie.
Musiało być mu duszno, ciasno i ciemno. Wielki wysiłek dla tak
małego serduszka sprawił, że wkrótce przestało pracować.
Oderwany od ciepłego mleka matki, potraktowany jak rzecz,
jak prezent, ale widać nie dość wartościowy, by wręczyć go osobiście,
umarł w samotności, stał się tak martwy, jak pozostałe paczki kuriera.
Taki mały, zimy pies, już nikogo nie ucieszy. Nie pomerda ogonem,
nie poliże po ręce, ani po twarzy, nie ogrzeje bosych stóp,
nie ucieszy się, kiedy właściciel wróci do domu, nie obszczeka
nieprzyjaciela, nie pójdzie ochoczo na spacer i nawet nikogo już
nie pokocha, bo głupi człowiek przez swoje lenistwo, ignorancję,
chamstwo i okrucieństwo, odebrał mu taką szansę.
Nie rozumiem. Nienawidzę. Debilizm. Oczyśćmy świat z takich ludzi.

5 listopada 2008

tramwajem do Barcelony

Zdyszana wbiegam do tramwaju. To pierwszy przystanek,
więc jestem sama w wagonie. Wyjmuję książkę i zaczynam
czytać czternasty rozdział. Miarowe stukanie kół, powoli
wprowadza mnie w świat średniowiecznej Hiszpanii.
Jest wcześnie. Wiem, że wszyscy spieszą się do pracy,
że miasto jest zatłoczone i że zaraz do tramwaju,
drzwiami i oknami, zaczną wdzierać się rozwrzeszczane
dzieciaki i ospali dorośli. Nie odrywam wzroku od kartek.
Staram się zamknąć uszy i w ciszy spacerować uliczkami
Barcelony, kilka kroków za moimi bohaterami.

Przystanek pierwszy.

Do mojego wagonu, wsiadają z siatami pełnymi zniczy,
spóźnieni goście sztywnych bliskich.
Część z nich to hadlarze.
Bez paniki-wysiadają na następnym, a ja czytam dalej.

Przystanki drugi i trzeci można opuścić,
bo wsiada na nich zaledwie kilka osób,
a handlarze i goście wysiadają.

Przystanek czwarty.

Zaczyna się. Obok przystanku jest hotel. Stoi między blokami,
rozsianymi tak gęsto, jak trawa na pastwisku.
Wsiadają dzieciaki, które krzyczą coś do siebie przeżuwając
resztki śniadania. Wsiadają też dorośli, którzy zapatrzeni
w jeden punkt, zdają się kontynuować przerwany już sen.
Wsiadają też studenci. Uczepieni jak małpy na uchwytach
tuż pod dachem, czytają poranną gazetę lub przeglądają notatki.
Jeszcze inni-mniej rozwinięci chyba-z zapartym tchem wpatrują
się w wyświetlacze komórek.
Robi się tłoczno. Moja Barcelona, co jakiś czas przestaje
istnieć. Ktoś kaszle, ktoś gada jak najęty przez telefon,
ktoś słucha muzki tak głośno, że cały wagon w myślach nuci
tandetny kawałek i nie zdziwiłabym się, gdyby za chwilę
motorniczy tupał nogą do rytmu.

Przystanki od piątego do dwunastego.

Mam wrażenie, że od początku trasy, wysiadły może cztery osoby.
Jest duszno. Może to tylko ja się duszę. Uwięziona w szczelnej puszce
sunącej po torach, staram się wrócić do Barcelony.
Pojawiam sie tam na chwilę, by za moment wyrwał mnie stamtąd płacz dziecka,
kichnięcie emeryta, albo kaszlnięcie kloszarda.

Przystanek trzynasty.

Żegnam się z Barceloną. Wysiadam. Zaciągam się powietrzem
i znowu mam w głowie jedną myśl..Tramwaj numer trzynaście,
przystanek numer trzynaście i tak codziennie, tam i z powrotem,
czasem po kilka razy. Czy naprawdę niemożliwe jest, żeby tramwajem
dojechać do Barcelony?

31 października 2008

martwy dialog

Wiesz, chyba powinniśmy się rozstać.

(cisza)

Nie rozumiesz mnie. Nie umiesz ze mną rozmawiać.

(cisza)

Ciągle mówisz mi, że jestem kapryśna jak mała dziewczynka,
a tymczasem to Ty, kiedy rozmawiamy, rzucasz wszystkim
jak sfrustrowany chłopczyk kredkami i krzyczysz na mnie.

(cisza)

No i dlaczego nawet teraz milczysz? Przecież do Ciebie mówię.
To nie jest mój kolejny wymysł, to jest nasz wspólny problem.
Nie umiemy ze sobą rozmawiać.

(cisza)

Twoja obojętność jest szczytem bezczelności. 

(cisza)

Może powiesz mi w końcu co Ci we mnie nie pasuje?
To jak wyglądam? Ciągle mówisz, że jestem gruba.

(cisza)

To jak mówię, jak przeklinam?

(cisza)


To, że zapominam, że wstawiłam ryż
i kipi jak porąbany, tak samo z resztą jak Ty swoją złością..?


(cisza)


Mów do cholery!


(cisza)



Wiem, że śpisz. Nie czułeś nawet jak szepcącym pocałunkiem, mówiłam Ci dobranoc.
Ćwiczyłam tylko mowę. Ty i tak nic nie słyszysz. Nawet jeśli wjechałabym do sypialni
czołgiem i darła się do Ciebie przez megafon, to nie usłyszałbyś mnie.
Nie umiesz mnie już słuchać, nie chcesz po prostu. Tylko dlaczego?
Już na początku powiedziałam Ci, że zniosę wszystko poza brakiem szacunku.
Możesz mnie nie kochać, nienawidzić, przeklinać, ale mnie szanuj.

Ubieram się i wychodzę, zostawiając Cię w ciepłej pościeli.

zepsuta głowa

Popsuła mi się dzisiaj głowa. Zdenerwowałam się, bo nie mogę przecież
wyjść do ludzi z popsutą głową. Moja głowa jest jak szklarnia, 
jak nielegalna plantacja marichuany gdzieś na odludziu.
Nikt nie wie, co tak naprawdę w sobie kryje, jak do niej dotrzeć,
jak pomóc. Oświetlam moją szklarnię światłem idei,
ogrzewam codziennie rano suszarką, dbam o nią i pielegnuję
jak niemowlaka, żeby nie wylać się potokiem myśli, całą sobą
gdzieś na chodniku biegnąc na tramwaj.
Niepokoi mnie, że nie mogę zamknąć uszu, ani nosa.
Głupie myśli znajdą każdy otwór, żeby się nim wydostać
na światło dzienne i wykrzyczeć moje tajemnice. 
Oczy mogę zamknąć, ale na jak długo?
Przecież nie dojdę nigdzie z zamkniętymi oczami.
Będę rozbijać się o wszystko jak mucha o szybę w samochodzie.
Dzisiaj popsuła mi się głowa. Coś w niej pękło,
myśli zaczęły się sączyć z nieznanego otworu.
Uciekały tak szybko jak powietrze z przekłutego balonu.
Starałam się rękami zatamować strumień.
Płakałam, bo ręce bolały, ciśnienie zbyt duże, myśli
tryskały z głowy jak gorąca krew z przeciętej tętnicy.
Byłam już na ulicy, płakałam i wiłam się na chodniku jak ranne zwierzę.
Ludzie mijali mnie patrząc jak walczę na przegranej już pozycji.
Pan w kapeluszu, spiesząc się do pracy, kopnął gdzieś
wielką kulę moich myśli. Nadepnął ją i pękła. Jeknęłam.
Dziewczynka na skakance, naskoczyła z impetem na inny kłębek myśli.
Rozpadł się na piasek jak porcelanowa laleczka. Jakaś staruszka,
człapiąc rozpadającymi się butami, nadepnęła na kolejny kłębek.
Przykleił się do jej podeszwy i odszedł razem z nią, gdzieś poza punkt mojego widzenia.
Większość myśli przepadła, skompromitowały mnie przed przechodniami. 
Marną resztkę zaczęłam zbierać do torebki.
Zdeptaliście i zabiliście butami moje myśli i uczucia.
Może ten Pan wracając z pracy, odnajdzie w trawie kłębek mojej wiary.
Może dziewczynka, pojawi się znowu na tej ulicy i odda mi moją nadzieję.
Może staruszka, zdejmując buty, odklei od podeszwy zarodek miłości.
Nie mogę przecież chodzić z popsutą głową.

30 października 2008

o pszczołach

Idę do pracy. Element mojej codziennej, nudnej, zastałej, śmierdzącej rutyny.
To nie stabilizacja, ani spełnienie-po prostu nuda.
Czuję się uwiązana. Uwiązana na smyczy mojego czarującego kierownika.
Mam swój numerek, kartę szczepień i swoje miejsce w szeregu.
Napędzam maszynę. Jestem małym trybikiem, który kręcąc się
i pracując w pocie czoła, jak pszczoła w ulu, rzekomo spełnia swoje zadanie
i przyczynia się do rozwoju firmy. Jestem zatem niezbędna i jeśli ja się przewrócę,
to wszyscy inni przewrócą się również, jak klocki domino. Na pewno?
Może nie, ale nawet jeśli nie, to będąc nawet tą pierdoloną pszczołą-jedną z tysięcy,
w tym pierdolonym ulu, napierdalając ten jebany miód, chyba zasługuję na szacunek?
Będąc najmniejszym nawet trybikiem?
Dlaczego zatem przychodzi  Pani do sklepu i traktuje mnie jak plebs?
Dlaczego durnie pyta się Pani czy jestem z obsługi, skoro na plecach i na ramieniu
mam wyjebane logo?
Dlaczego zachowuje się Pani jak słoń w składzie porcelany,
wpierdalając się z torebką we wszystkie półki? 
I dlaczego przeprasza Pani za to od niechcenia, jakby zaraz miała się Pani zerzygać
tym przypływem kultury osobistej, który i tak do Pani nie pasuje?
Dlaczego potrzebuje Pani pomocy, kiedy akurat  tańczę na drabinie?
Dlaczego jest Pani taka niecierpliwa, upierdliwa, sapiąca i z pretensją?
Trybiki są cierpliwe, pszczoły też dużo zniosą. Pracują, żeby nie obudzić
lawiny domino. Niech Pani sobie nie myśli jednak, że może mnie Pani 
traktować jak popychadło. Niech szanuje Pani kurwa wszystkie trybiki
i pszczoły, bo bez nas, takie trutnie jak Pani, srałyby pod siebie i dzięki dwóm,
lewym rączkom, umarłyby z głodu. Szanuj kurwa trybiki i pszczoły, babo
i powiedz to też temu kutasowi obok.    

27 października 2008

ratio vs faith

Po kolejnej, ostrej wymianie zdań, nie mogłeś zrozumieć jak to możliwe,
że jestem aż taką irracjonalistką. Przypomniało mi się, jak szliśmy w nocy
do domu z centrum miasta. Patrzyliśmy na gwiazdy. Pokazałeś mi wtedy
Kasjopeję i Strzelca. Rozmawialiśmy o astrologii i numerologii.
Śmiałeś się ze mnie, że wierzę w te bzdury, a ja powiedziałam Ci wtedy,
że nie wszystko da się poznać rozumem i że, choć byś się uparł, 
to nie wymyślisz wzoru na spadające gwiazdy. Na chwilę zamilkłeś-
nie przypuszczałeś, że to powiem.
Dzisiaj zamknąłeś się ze złością w swoim pokoju i zabroniłeś mi wchodzić.
Siedziałeś przy biurku. Przed sobą miałeś arkusz papieru w kratkę,
a w ręce ołówek. Nie wychodziłeś przez kilka godzin.
Starałeś się mnie obliczyć. Układałeś wzory, wyciągałeś pierwiastki,
obliczałeś średnie, sumowałeś, mnożyłeś i podnosiłeś do kwadratu
moje cechy charakteru.
W końcu wyszedłeś i powiedziałeś, że z matematyką mam tylko tyle
wspólnego, że ciągle się zaokrąglam.
Oboje wiedzieliśmy jednak, że to ja miałam rację, bo na osobnej kartce, 
starałeś się wyprowadzić wzór na spadające gwiazdy i Ci się nie udało.

naleśniki

Zadzwoniłeś i powiedziałeś, że będziesz za niecałą godzinę,
że jesteś głodny i marzysz tylko o moich naleśnikach z musem jabłkowym.
Pociągnąłeś za sznurki i Twoja marionetka,
posłusznie zeszła więc po schodach do kuchni.
Wyciągnęłam z szafki puszkę z mąką, wzięłam jeszcze cukier, sól.
Podeszłam do lodówki i wzięłam mleko i jajka.
Schyliłam się jeszcze po miskę.
Sięgnęłam po mąkę i zamyślona, wysypałam ją na podłogę. 
Spojrzałam na dół. Jakieś dwa kilogramy mąki, leżały sobie
jak gdyby nigdy nic na kafelkach. Ukucnęłam.
Jedną ręką wygładziłam lekko mąkę. Potem zanurzyłam w niej
jeden palec i formując kształtne litery, napisałam "Kocham Cię".
Wstałam, wytarłam ręce o dżinsy i poszłam spać.
Kiedy się obudziłam, było już ciemno.
Usiadłam na łóżku, zapaliłam światło, później zeszłam na dół.
W kuchni nadal ten sam bałagan, bo oczywiście nie mogłeś posprzątać.
Wzięłam więc mleko i jajka, podeszłam do lodówki i odstawiłam je
na swoje miejsce. Zamykając lodówkę, zobaczyłam na kartoniku od mleka
Twoje pismo, ubrane w czarny flamaster. Odwróciłam kartonik.
"Kochasz? To powinnaś wiedzieć, że nie lubię mąki z podłogi".
Wbiegłam po schodach na piętro, szarpnięciem otworzyłam szafę.
Nie było Twoich rzeczy, Twojej walizki, a w łazience na półce
brak Twoich kosmetyków.
Może masz rację, że dwa kilo mąki to wystarczający argument.

25 października 2008

ars amatoria

Akt I
Scena I

W lewym rogu sceny, na niskim, drewianym stoliku,
stoi zapalona lampa (koniecznie z mlecznym kloszem, żarówka 20 wat).
Zupełnie z prawej strony szezlong-kolor burgundu, atłasowe obicie.
Po jednej stronie, przy poduszkach-blaszane, srebrne pudełko.
Obok, na podłodze, rzucona niedbale, książka-otwarta, grzbietem do sufitu.
Za szezlongiem, wieszak drewniany, a na nim czarny melonik z aksamitną wstążką.
Na scenę energicznym krokiem wchodzi Kobieta. Czerwone usta, wytuszowane rzęsy,
łukowate, cienkie brwi, kasztanowe włosy zwinięte w ciasny kok.
Ubrana w satynowe, czarne spodnie 3/4, na czerwonych szelkach,
dopasowana czarna koszula,  kabaretki, wysokie, czerwone, zamszowe szpilki.
Wchodzi zatem, układa się na szezlongu w pozycji półleżącej,
bierze do ręki srebrne pudełko. Otwiera je, wyciąga z niego lufkę,
wkłada do niej papierosa Lucky Strike i szybkim ruchem odpala go zapałką.
Siedzi w ciszy. Dym z papierosa plącze się w półmroku nad jej głową.
Po chwili Kobieta siada, spogląda na książkę. Ars amatoria. Wstaje,
spogląda znowu na książkę, patrzy w drugą stronę,
wypuszcza dym z ust, kopie książkę. 


Kobieta:

-Jebany teoretyk. Pies kurwa jebał wszystkich facetów!

Podchodzi do wieszaka, nasuwa melonik na oczy i wychodzi.  
Kurtyna opada .

24 października 2008

spotkanie przy ławce

Ubiorę się w promienie porannego słońca.
Na głowę założę koronę drzewa i będę królową.
Na uszach pozawieszam sosnowe szyszki.
Chcę dzisiaj wirować w górze razem z liśćmi, które unosi wiatr.
Stanę więc na ławce, zamknę oczy, rozłożę ramiona i poczekam.
Poczekam, aż jakiś podmuch uniesie mnie nad ławkę i posadzi chociaż na latarni. 
Spojrzę wtedy w górę i uśmiechnę się, że jestem bliżej nieba.
Więc stoję na ławce i czekam. To nic, że mijają mnie pokpiewające głosy.
Czekam.
A jeśli nie wiatr, to może chociaż Ty mnie stąd zabierzesz?
Czekam.
Zaszło słońce. Jest jeszcze zimniej.
Korona spadła z łoskotem i rozbiła się bolesnym hałasem na mnóstwo kawałków.
Wiatr jakoś ustał nie martwiąc się o mnie, a każdy liść leniwie usnął pod drzewem.
Czekam jeszcze chwilę.
Otwieram oczy i patrzę w prawo.
Patrzę w lewo i widzę Ciebie.
Odchodzisz ze spuszczoną głową i już wiem, co myślisz.
Znowu się wygłupiam.

Nigdy nie miałeś w sobie nic z dziecka.
Może miałeś, ale nie umiałeś się tym cieszyć.
Zeskakuję z ławki i idę w prawo, kopiąc szyszki mokrym butem.

znów o jesieni

Jesień to pora zadumy. Ciekawe, że miarowe stukanie kropli o blaszaną rynnę,
ulice uśpione mgłą, blado oświetlone mętnym światłem latarni,
szybka i zimna ciemność, chwilowa śmierć natury,
mogą i zawsze wprowadzają nas w taki stan. Niewielu jest tych,
którzy lubią tę porę roku, a jednak każdy popada wtedy w jakąś chandrę,
jesienną depresję, albo inny, rzekomo pejoratywny psychostan.
Ale skoro wszyscy płyniemy tym samym nurtem,
to chyba jednak mamy w sercu jakiś element wszechobecnego
marazmu i stagnacji. Kiedy Twoje okna znowu spływają niebem,
naturalne, że nie chce Ci się nigdzie wychodzić. Zostajesz więc w domu,
być może siadasz w miękkim fotelu, z lampką czerwonego wina w dłoni,
patrzysz naprzemiennie w załzawione okna i myślisz.
I jeśli nagle podejdzie do Ciebie Twój pies, lekko oprze swoją głowę
na Twoim ramieniu i przypadkowo wytrąci Ci kieliszek z ręki, 
to nie wyrwie Cię to z odrętwienia. Być może pogłaszczesz go tylko po głowie,
spojrzysz w kochające oczy, uśmiechniesz się, a on,
bezszelestnym merdnięciem ogona-odwzajemni uśmiech.
Ciche porozumienie, że wszystko jest w porządku. 
Budzi się w Tobie jesień. Po prostu.

22 października 2008

pranie

Dzisiaj wyjdę  na balkon i porozwieszam swoje smutki na sznurku.
Porozwieszam je jak pranie, bo zupełnie zmokły od łez.
Zatrzasnę na nich klamerki, żeby nie spłynęły i nie uciekły.
Jeśli wyschną, to nie będą mi już zaprzątać głowy.
Wysuszę je więc, poskładam równo w kostkę i schowam na dno szafy.
Rozciągam sznurek. Wyciągam z miski każdy smutek po kolei
i ściskam go klamerką. Kiedy miska jest już pusta,
wchodzę do mieszkania i zamykam  za sobą drzwi.
Idę po schodach do swojego pokoju, siadam na łóżku
i bujam się jak wahadło. Patrzę w sufit. Wkurzam się,
że zasłania mi niebo. Uderzam nerwowo palcami w kolana. 
Wybijam jakiś nieskomplikowany rytm, ciągle go gubię. 
Nie wiem jak długo tak siedziałam bezmyślnie.
Wstałam nagle i szybkim krokiem zeszłam na dół.
Otworzyłam balkonowe drzwi, spojrzałam na suszarkę.
Smutki zniknęły.  
Kiedy tak siedziałam bezczynnie, zaczął padać deszcz.
Nieświadoma, wybijałam jego rytm palcami.
To on oszukał moje smutki i kazał im płakać ze sobą.
Nie odróżnię już na kafelkach łez od kropli deszczu.
Zgubiłam moje smutki.
Wrócą w najmniej oczekiwanym momencie.
Zawsze tak jest, a ja nadal nie mogę się nauczyć,
że nawet jednej łzy, nie da się zatrzymać klamerką.

19 października 2008

pogadanka o niczym

Idę przed siebie. Mijam osiedlowy sklep monopolowy,
uśmiechem i lekkim skinieniem głowy, pozdrawiam tutejszych
degustatorów win, z niższej półki. Została godzina do południa,
a dwóch z nich już leży na glebie i w wielkim skupieniu szepczą coś
sami do siebie. Niewiadomo czy to przekleństwa, czy modły, ale dla mnie
to nieistotne. Przyspieszam. W takich monetach nie lubię bloków,
w ogóle ich nie lubię w pewnym sensie. Duszę się, nie mogę patrzeć na odrapane
mury i marne tagi pseudo grafficiarzy. Irytują mnie osikane bramy, 
w których całodobowo sterczą obywatele-sportowcy. Browar w łapie
i tani papieros w ustach, z których  dodatkowo, co chwilę tryska porcja śliny,
służąca chyba oznakowaniu terytorium. No i te panny-kolczyk z Bema w pępku
świeci jak latarnia morska. Lato, zima, trzydzieści na plusie, czy na minusie-
bez różnicy-światło z latarni obecne jest zawsze, na wierzchu,
dostępne dla wszystkich. Irytują mnie też zasiedziałe stare baby,
które z poduszką pod łokciem i dzielnym, utuczonym, krótkonogim psem,
okiem reportera patrolują ulicę. Taka darmowa telewizja. Reality show,
świeże newsy z dzielnicy.
Mam wrażenie, że ta szarość zaraz mnie połknie,
a techno atakujące mnie z maluchów, co mają cztery rury wydechowe,
przyciemniane szyby i ryk lwa przy stracie, rozpieprzy doszczętnie
moje membrany. I znowu zastanawiam się, jak ktoś
(kto pewnie jest człowiekiem), mógł wymyślić coś takiego, powiedzieć,
że to muzyka i dać to ludziom? Ale fenomen tego zjawiska polega na tym,
że im się to podoba. Rozumiem, ze człowiek jest w stanie przyzwyczaić się
do wszystkiego, ale żeby świadomie zaprzyjaźnić się z jakąś,
niepełnosprawną i daleką krewną muzyki?
Idę coraz szybciej w stronę rzeki. 
Denerwują mnie mijający mnie ludzie. Patrzą pod nogi,
nie sprawiają wrażenia myślących, ani wrażliwych, są beznamiętni.
Takie sobie mięso po prostu, jakby to mógł powiedzieć Grochowiak.
Znajduję wreszcie miejsce, gdzie nie ma nikogo. Siadam na trawie. Milczę.
Po chwili spoglądam w górę. Patrzę jak chmury leniwie płyną po niebie, 
zmieniają kształty, zlewają się w jedno. Biała jak mleko bita śmietana,
tuż nad moją moją głową. Patrzę na wodę i widzę, jak obłoki tańczą i toną
w niej razem z promieniami słońca. Czubkami palców stąpaja lekko po falach
i znikają mi z oczu. Słyszę krzyk ptaków i szelest motylich skrzydeł. 
Znowu patrzę w niebo i zastanawiam się tylko, czemu człowiek,
choć większy, silniejszy i mądrzejszy od motyla, nie ma skrzydeł?
Ktoś kiedyś zapytał mnie po co mi skrzydła, skoro nie potrafię latać,
odpowiedziałam, że do nauki latania. Właściwie to trudno rozwinąć
skrzydła, kiedy podcina Ci je codzienność. Dzisiaj nie polecę na pewno,
idę do domu.

17 października 2008

sweter

Obudziłam się rano. Lunatycznie usiadłam na łóżku
i wsunęłam stopy do miękkich kapci.
To wszystko, resztę zrobiłeś Ty.
Najpierw narzuciłeś mi na ramiona sweter utkany ze smutku.
Staranie pozapinałeś każdy guzik.
Później, powoli i starannie włożyłeś mi na głowę czapkę pełną wątpliwości.
Owinąłeś szyję gryzącym szalem wyrzutów sumienia.
Wreszcie założyłeś mi buty, które nie wiedziały gdzie iść. 
Nie wytrzymałam, kiedy kazałeś mi wyjść z domu i zamknąłeś drzwi.
Stanęłam na werandzie. Swoim zwyczajem wsunęłam dłonie do kieszeni swetra.
Pod opuszkami prawej dłoni, poczułam zwitek papieru.
Rozwinęłam go. Był pusty, po prostu biały i pachniał końcem.

16 października 2008

o klaskaniu

Umówiliście się, że to głupie, że to tchórzostwo. Umówiliście się, że jestem młoda,
że to bezsensu. Mieliście rację, ale ja miałam swoją rację.
Jak Eleonora z Tanga Mrożka, chciałam  położyć się na katafalku
i umrzeć. Gdybym tak naprawdę mogła wybrać ten moment. 
Połóż się, zamknij oczy i klaśnij dwa razy, żeby umrzeć,
raz, jeśli się rozmyśliłeś.
Raz. Dwa.
Nie wyszło. Jednak żyję. Pozbierałam się jakoś.
Pod schodami chrapie pies. Jestem sama w domu.
Dzisiaj znowu chce mi się klaskać.
Schodzę na dół, żeby zgasić światło i po raz ostatni idę po schodach.
Jeszcze jedna lampka się świeci. Podchodzę i gaszę ją.
Raz. Dwa.
Wiem, że oświetla ramkę ze zdjęciami.
Zapalam ją jeszcze raz. Widzę siebie i siostrę.
Mam może dwa, trzy lata, ona o dwa więcej.
Leżymy w dużym łóżku obok siebie i pod kątem prostym
do małych usteczek, trzymamy butelki napełnione ciepłym mlekiem.
Nad tym zdjęciem, na innym, uśmiecha się dziadek. Takiego go pamiętam.
Raz.
Ty wiesz, jak porozwieszać zdjęcia, mamo.

po prostu

Poznałam je wszystkie jesienią, rok, albo dwa lata temu.
Nie wyglądały interesująco. Kaśka była trzydziestoletnią matką
i chodziła w takiej żółtej piżamie. Pamiętam, że salowe,
śmiały się, że wygląda jak wielkanocny kurczak. Później
zmieniła ją na czerwoną. Na to, już nikt nie miał jakoś
komentarza.
Sandra miała piętnaście lat. Była zaniedbana-miała wiecznie
tłuste włosy i brudną, przepoconą piżamę, a do tego obgryzione
i brudne paznokcie. Nie lubię takich ludzi, brzydzę się nimi.
Nie wiem jak dziewczyna może się doprowadzić do takiego stanu.
Patrycja przyszła ostatnia, nawet się nie przywitała. Od razu
poszła do łóżka i odwróciła się twarzą do ściany. Przez chwilę
płakała. Miała kolczyk w nosie i tlenione włosy.
Nie rozmawiałyśmy ze sobą na początku. Czułam się tam tak,
jakbym była naga. One patrzyły na mnie znad gazet, książek
i wyświetlaczy komórek. Ja patrzyłam na nie i irytowało mnie,
że tam są. W końcu każda się przyznała, co wzięła, co się takiego
działo w ich życiu, że nie mogły juz dalej iść. Pootwierały się 
jak książki. Każda z nich, miała w sobie zapisaną inną historię
i tajemnicę.
Kasia wzięła paracetamol z jakimiś gratisami-końska dawka-wiedziała,
że to rozwali jej już słabą wątrobę. Ledwo ją odratowali.
Leżała na OIOM'ie pod dwiema kroplówkami na raz,
a pielęgniarz cucił ją klaśnięciem o nieprzytomny policzek. 
Sandra pomieszała z czymś  relanium. Też leżała na "intensywnej".
Rekordzistka. Była tam już chyba czwarty raz. Piętnaście lat
gówniara. Umiała mistrzowsko zwracać na siebie uwagę. Wysługiwała
się każdym. Mistrzyni gry na szpitalnym korytarzu.
Patrycja też nie była tu pierwszy raz. I znowu relanium.
Tym razem, dawka wystarczająca, żeby nie obudzić się przez
tydzień. Dodała coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Ja nie powedziałam co wzięłam, bo brałam wszystko.
Starannie odmierzyłam sto tabletek. Miały różne kolory.
Nie interesowało mnie co leczą, co niszczą. Siedząc na łóżku,
układałam je w różnych kobinacjach. Żółta do żółtej, a może do
niebieskiej? Zbierałam je przez kilka dni. Zastanawiałam się,
ile powinno ich być. Sto to taka piękna, okrągła liczba.
Mówi się sto lat, a jak w kasie płacisz banknotem o tym nominale,
to jesteś kimś, dla tego pierdzącego w stołek, zaściankowego 
palanta, po drugiej stronie lady. Na chwilę zwątpiłam.
Krótki film mojego życia. Głównie czarno-biały, kolory wyblakły
około ósmego roku życia. Na chwilę zastanowiłam się, która szala
przeważy, czy ta z kolorem, czy ta bez niego. Wygrały odcienie
szarości, bo to przecież one rządzą naszym życiem. Poporcjowałam
mój posiłek na kilka garści i tak, jedna po drugiej, łykałam 
bez zastanownienia, popijając wodą. Najpierw zwariowało moje serce.
Kołatało i szarpało się w piersi tak, jakby chciało wyszkoczyć
i zotawić mnie już na tym etapie. Pompowało jednak dalej zatrutą
krew, która przepływała przez cały mój organizm i powoli, zachłannie
odbierała mi siły. Poźniej wyrzygałam się pod prysznicem.
Jeden, niekontrolowany paw, prosto na moje nagie i mokre stopy. 
Rano, jak gdyby nigdy nic, wstałam i poszłam do szkoły. Nie miałam
siły, serce wolno pracowało, wszystkie mięśnie bolały, nogi nie
chciały nieść. Każdy krok, każdy schodek, był dla mnie wyzwaniem
na miarę Mont Everestu. Poźniej trafiłam tutaj. Nie powiedziałam
dziewczynom, co wzięłam i dlaczego, bo ani tego, ani tego-nie
wiedziałam. Są takie momenty, że stoisz na rozdrożu, że probujesz
otworzyć drzwi, by iść dalej, a wszystkie z nich są zamknięte.
Dookoła nie ma nikogo.Czujesz się tak, jakby nagle, podczas
Twojej pracy na wieży Babel, Bóg pomieszał języki, kiedy Ty
akurat potrzebujesz pomocy. W takim momencie każde, nawet
najmniejsze potknięcie, jest dla Ciebie gwoździem do trumny,
ostatnim strzałem prosto w serce. Czujesz się tak, jakby nagle
zabrakło Ci tlenu, jakby będąc na pustyni, nigdzie nie było wody,
ale nie jest Ci to potrzebne. Nie potrzebujesz ani wody, ani tlenu.
Nie chcesz pić, choć umierasz z pragnienia, nie chesz oddychać,
chociaż juz tracisz przytomność. Po prostu stoisz przed tymi
zamkniętymi drzwiami i sam łamiesz sobie kark. Po prostu będąc
na wieży, rzucasz się z niej na oczach tysięcy bezrozumnych.
Po prostu czołgasz się po gorącym piasku i nawet jeśli jakiś beduin
nagle pojawi się przed Tobą, to odtrącasz jego rękę z bukłakiem wody.
Każda z  nas wyszła stamtąd i zaczęła nowe życie.
Kasia wróciła do męża i ukochanej córki.
Patrycja zeszła się ze swoim chłopakiem i wróciła do szkoły.
Sandra pogodziła się z matką.
Ja też wyszłam inna. Na jakiś czas, nie brakowało mi tlenu,
nie brakowało wody, ani języka w gębie. Na jakiś czas, 
wszystkie drzwi były otwarte, a drogi rozplątały się zupełnie.
Czasem chcę tam wrócić, bo mój zapas tlenu i wody już się kończy,
a na mojej wieży, jest co raz więcej obcokrajowców.

rzeka

Chyba znowu muszę to zrobić. Znowu chce mi się krzyczeć,
ale nie chcę, żeby ktoś usłyszał mój głos.
Chcę krzyczeć szeptem. Niech umkną ze mnie
same emocje, bezdźwięcznie,tak,
żeby nikt nie słyszał,o czym krzyczę.
Stoję tu sama.
Godzina ósma rano. Półwiejska.
Wszyscy spieszą się do pracy, na uczelnię,
gdziekolwiek. Wszyscy, poza mną.
Stoję tu sama, pośrodku tłumu.
Dla mnie, nie ma tutaj nikogo.
Ja dla innych też, jestem tylko
szarą cząstką płynącej ulicą, rzeki istnień.
Nawet gdybym krzyczała, nikt by mnie nie usłyszał.
Ktoś wytknąłby mnie palcem i zasłaniając usta, szeptał
podnieconym głosem jakieś idiotyzmy na mój temat.
Ktoś, spojrzałby na mnie tylko, unosząc w niedowierzaniu
krzaczaste brwi i wykrzywiając usta w pokpiewającym grymasie,
burknąłby coś obraźliwego pod nosem.
A ja tak stoję i już nie chce mi się krzyczeć.
Krzyczeć na Was, krzyczeć o Was, krzyczeć do Was
i na pewno nie dla Was.
Stoję, już nie krzyczę, ale stoję,
bo nie umiem płynąć Waszą rzeką,
a nikt nie chce podać mi nawet złamanego wiosła.




dla Soul to Squeeze
w geście podzięki za niedokończoną rozmowę.

15 października 2008

puszka Pandory

Obudziłam się rano i spojrzałam na Ciebie. Nie wierzyłam,
że leżysz koło mnie i trzymasz mnie w ramionach.
Spojrzałam raz jeszcze. Pocałowałam Cię w rękę
i poczułam na ustach ciepło Twojego śpiącego ciała.
Położyłam brodę na Twoim ramieniu i patrzyłam
na Twoją spokojną twarz.  Nie spałam, a jednak 
powinnam się wtedy obudzić. Teraz jest już
za późno, a ja otwieram swoją głowę jak Panodra
puszkę i posyłam wszystkie myśli i słowa na śmierć.
Niech umierają szybko i bezboleśnie, niech zabiorą
ze sobą swoich synów i córki, a moja głowa niech zostanie
pusta i niech wreszcie zabrzmi utęsknionym, martwym echem.

źródło

Kobiety są bezwartościowe. Chyba jednak nie ma się co oszukiwać,
nie ma się co silić na bycie fajną, ambitną, piękną, inteligentną i na taką,
bez której świat by nie istniał. Istaniałby i miałby się na pewno bardzo dobrze.
Kobiety chyba naprawdę są po to, żeby tylko dawać przyjemność i ewentualnie
ładnie wyglądać. Nikos Kazantzakis napisał, że kobieta jest jak źródło.
Spragniony mężczyzna, przychodzi do takiego źródła, by się napić.
Pije i pije łapczywie, a poźniej przychodzi następny, bo jemu też chce się pić.
No i pije, bo kobieta jest jak źródło. Możesz przychodzić do niej
i pić zachłannie i bezustannie.
Muszę nauczyć się być takim źródłem,ale tylko źródłem i nic poza tym.

...

Zastanawiałam się co Ci powiedzieć. Stwierdziłam jednak,
że to bez znaczenia, bo kiedy układasz sobie coś w głowie,
to kiedy chcesz to powiedzieć, wychodzi zupełnie coś innego.
Coś pominiesz, albo powiesz o jedno słowo za dużo.
Zastanawiałam się, co Ci powiedzieć i nie wiedziałam.
Wiedziałam za to, co Ty powiesz.
Siedziałeś na ławce i choć nie patrzyłeś na mnie,
wiedziałam jakie mogłoby to być spojrzenie.
Nie miałeś kurtki, wiedziałam, że jest Ci zimno.
Zapytałam dla formalności, a Ty przytaknąłeś.
Zastanawiałam się, co Ci powiedzieć, ale bałam się tych słów.
Pozwoliłam Tobie mówić, choć wiedziałam, co usłyszę.
Po tych słowach, odeszłam, zostawiając koło Ciebie wolne miejsce na ławce.
Nie wiem, czy ktoś się dosiadł, czy za rogiem, ktoś już na Ciebie czekał.
Nie wiem. Zastanawiałam się tylko, co Ci powiedzieć, ale Ty powiedziałeś już wszystko.
Pamiętam, że śmiałeś się, że nie masz przygotowanej mowy, odpowiedziałam,
że ja też nie. Zastanawiałam się tylko, co Ci powiedzieć, ale zupełnie bezsensu.

bajka

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żyła sobie księżniczka.
Była zjawiskowo piękna, ale bardzo samotna.
Codziennie wylewała morze łez, siedząc w pałacowej komnacie.
Na nic nie miała ochoty, nie jadła, nie piła, nie czytała, 
tylko płakała. Aż pewnego dnia-jak to w bajkach często bywa-
przybył na śnieżnobiałym rumaku przystojny kiążę i porwał
księżniczkę do swojego zamku. Co noc tulił ją tysiącem uścisków,
kładł spać tysiącem orgazmów i żegnał tysiącem pocałunków.
Co dzień witał ją tysiąsem pocałunków, karmił tysiącem komplementów, 
obsypywał tysiącem płatków róż jej maleńkie stopy. 
Księżniczka nareszcie nauczyła się uśmiechać,
zaczęła normalnie jeść, a każdy problem, który się pojawił,
rozwiązywała wspólnie ze swoim ukochanym księciem.
I żyliby tak pewnie długo i szczęśliwie, z gromadką dzieci,
bo tak przecież w bajce być powinno,
ale pewnego dnia wszystko chuj strzelił.
Książę rzucił księżniczkę, bo go zdradzała z kim popadnie.
On z resztą nie był lepszy-zapylił połowę swojego królestwa.
W efekcie ona popełniła samobójstwo,
a on popadł w głęboką depresję.
Morał z bajki jest taki, że happy end'y to pedał,
a bajki kurwa nie istnieją.
i chuj.

monotonia

Nie lubił poranków. Nie lubił budzić się w na pozór białej, przepoconej od nocnych
wysiłków pościeli, ale nade wszystko, nie lubił patrzeć na nią.
Miała bladą cerę i podpuchnięte oczy. Z rozmazanym makijażem,
potarganymi włosami nie wyglądała zbyt zachęcająco.
Od czasu do czasu, z trudem unosiła sklejona powiekę, by zobaczyć,
czy już się obudził. Wtedy prędko odwracał policzek w stronę okna
i trzepotał szybko rzęsami, jak kobieta przyłapana na kłamstwie.
Patrzył na nią ze wstrętem. Co ranek, powtarzał sobie,
że już nigdy więcej się nie zobaczą, ale co noc do niej wracał.
Ta chora monotonia wdarła się do jego życia i właściwie,
nie przeszkadzałaby mu, gdyby nie to poranne obrzydzenie.
Przecież czerpał z tego same korzyści. Przychodził pod wieczór,
zmęczony po pracy i relaksował się w objęciach jej nagich ud i ramion.
Nad ranem pokój napełniał się zapachem świeżo parzonej kawy,
a kiedy wreszcie, walcząc z samym sobą, wstał z łóżka,
uśmiechem zapraszała go do nakrytego stołu. Nigdy nie było na nim zbyt wiele.
Dzisiaj, z roztargnienia, wziął bardzo duży łyk kawy,
poparzył sobie język i podniebienie. Kiedy kawa ostygła w jego ustach
i przełknął ją, coś go zafrapowało. Nagle, odkrył sekret ich dziwnej znajomości.
Dotarło do niego, dlaczego wciąż do niej wraca, ciągle wchodzi do jej łóżka,
ciągle się z nią kocha namiętnie, ciągle siada przy jej stole, je śniadanie i pije kawę..
To proste, robiła najlepszą kawę, jakiej miał okazję w życiu spróbować.  

13 października 2008

krótko o wenie

Wena jest czasem złudna. Nie należy się sugerować, że to, co wpada do głowy, to akurat wena. To jest pomysł, często głupi. Ostatnio chodziła za mną jedna myśl, a weną nie była-parówka,a wcale nie byłam głodna.

lekcja muzyki

subtelnie obydwiema rękami zetrzyj najpierw kurz z moich bioder
podniesiony nad głowę nadgarstek lewej ręki posłuży za gryf
złóż na nim delikatne palce
przekręć trochę w lewo klucz od struny "a"
często brzmi fałczywie
oprzyj smyczek na moim brzuchu
a teraz połóż podbrudek na moich stopach
nie mów że jestem za duża
niecały metr siedzemdziesiąt
po prostu graj
zagraj na mnie jak na skrzypcach
niech Twoje palce tańczą na moich żyłach
tak żeby tętno było szybsze
pozwól mi poczuć jak gorąca krew rozsadza tętnice
smyczek niech tnie skórę na brzuchu żebym krzyczała z bólu
czasem szarpnij ostrym paznokciem za jedną strunę
niech drży bezradnie dłużej niż inne
niech majaczy dziwnym jękiem i wypełnia szare echo
graj szybko żebym poczuła krople potu na nagich ramionach
zakończ zdecydowanym akordem na szyi
niech posoka obryzga Twoją białą koszulę i zaleje posadzkę

powiedz czy teraz nie wyglądam jak kantata?
czy nie smakuję jak symfonia?
czy dotykając mnie nie czujesz muzyki?
tylko nie mów że nie wiesz co to synestezja

10 października 2008

noc

   Lubię, kiedy noc otwiera swój czarny parasol nad miastem,
kiedy wysypuje z fartucha morze gwiazd.
I ta cisza, ta przeogromna cisza, która wdziera się do mózgu
i koi zmysły. Tylko nocą lubię ciszę. Często patrzę w niebo,
patrzę i myślę i uśmiecham się, tak w środku, a chwilę później
ten uśmiech wylewa się z wnętrza i zakwita na ustach.
Stoję w milczeniu, kontempluję ciszę i powoli odpalam papierosa.
   Nad ranem, noc na powrót chowa wszystkie gwiazdy do fartuszka,
zamyka parasol, opiera go o ramię, po czym rozmywa się bezszelestnie
siwą mgłą, tak, by nikt jej nie zauważył. Idąc wolnym krokiem,
nuci jakąś prostą melodię. Przystaje na chwilę, zapala papierosa,
spogląda w górę i uśmiecha się, po czym idzie dalej. Już nie nuci,
tylko dyskretnie wsłuchuje się w ciszę i co jakiś czas patrzy w niebo.
Wie, że dzisiaj też tu będzie.
Ja też.

4 października 2008

inauguracja roku 'o8/'o9

policjantka
aktorka
piosenkarka
cyrkowiec
biegaczka
pilot
przewodnik turystyczny
pracownik Parku Narodowego w Kenii
hipoterapeuta
taternik
spadochroniarz
tancerka
ratownik medyczny
mim
prawnik
tłumacz
misjonarka w Afryce
weterynarz
ortodonta
pracownik oceanarium
językoznawca ze specjalizacją filologia nowogrecka
śpiewaczka operowa
architekt


Pewnie było coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Od dzisiaj dziennikarka. Zobaczymy na jak długo...

3 października 2008

Magdmoiselle

No sam popatrz.
Mam za krótką i za grubą szyję, żeby nosić kolię.
Nogi to samo-nie nadają się do sukienek i eleganckich szpilek.
Brak biustu kategorycznie dyskwalifikuje głębokie dekolty.
Od ponad dwudziestu lat, przez myśl mi nie przeszło, żeby przekłuć sobie uszy,
więc perły na nich nie zawisną. Twarz upstrzona piegami-wyglądam z nimi
jak ciasto z bakaliami. Nie lubię bakalii, więc nie jestem apetyczna.
Do tego ta cera, różowa jak świnka. Świnka z bakaliami. Mniam, delicje.
Małe, jakoś skąpo wykrojone usta, nie wyglądają dobrze, kiedy są w kolorze.
Nieśmiertelna fałdka na brzuchu, kiepsko się czuje w obcisłych bluzkach. ..
No i ten charakter-nijak się ma do bycia damą. Cięty język, brak cierpliwości,
skłonność do krzyku przy byle okazji, a przy tym siedzenie w rozkroku,
przygarbione plecy i wystające łopatki. Garbata dama z diabłem w oczach,
ropuchami i żmijami w pysku. 
Powiesz, że to kompleksy, że każda baba to ma, że nawet miss świata,
w swoich oczach odbiega od ideału o przynajmniej sto osiemdziesiąt stopni.
Ja uważam, że to samokrytyka, choć może nie w towarzystwie pełnej samoakceptacji.
Nie jestem damą i nie chcę nią być. Zawsze można wyglądać lepiej,
ale można też wcale nie wyglądać. Jestem ładna, potrafię być miła,
ale nie zadręczaj mnie etykietą towarzyską, armią sztućców wokół talerza,
bo jak się wkurwię, to i tak wbiję ci widelec w czoło i nie będę się zastanawiać,
czy jest do mięsa, czy do ciasta.  Nie rozpłynę się przy kawiorze,
nie zatańczę walca i nie ubiorę sukienki. Nie wymagaj rzeczy niemożliwych.
Po prostu wejdź ze mną na drzewo, porzucaj jarzębiną w przechodniów,
a jeśli wpadnie mi kamyk do buta, to powiedz mu, żeby spierdalał. 

2 października 2008

wrzosowa sukienka

Upij mnie do bezpamięci
przytul mnie aż do bezdechu
a bezsensem tak objęci
przekrzykujmy się w bezechu

Niemy krzyk rozrywa piersi, płonie w środku jak pochodnia. Myśli jakoś nie mieszczą
mi się w głowie. Kłębią się strasznie, wirują, przybierają dziwne kształty,
ulatują w górę, by znów opaść bezszelestnie na dół.
I tak często pojawia się ona. Sunie wolno nad powierzchnią,
spowita w czarne jak skrzydło kruka sukno, w sękatej dłoni trzyma zardzewiałą
od krwi i krzyku kosę. Nie mówi nic, tylko przystaje czasem i wabi moje myśli.
Biegną jak oszalałe, tłuką się w powietrzu, tracą oddech,
ale mimo to, wciąż pędzą na złamanie karku.
Może nawet dosłownie?
Ja też tam idę, nie spieszę się, ale idę.
Senne słońce obudziło nowy dzień,  ptak zaśpiewał o tym w kilku nutach.
Jakoś smutno, jakby jedna struna pękła w jego drobnym gardle.
Nie idź rano przez wrzosowiska. Zapomnij o bosym spacerze po miękkim
i mokrym mchu. Nie patrz przed siebie, nie wąchaj lawendy dzisiaj.
Jutro też nie. Lepiej nie.
Pośród skąpanych rosą wrzosowych bukietów,
możesz nie dostrzec fioletowej sukienki.
Zbroczona krwią koronka. Poszarpana, wygnieciona i brudna
od świeżego błota. Kobieta.
Czarne pukle włosów spływają bezwiednie po ramionach,
wchodzą w uszy, oczy i do nosa, przyklejają sie do czoła.
Już teraz jej nie drażnią. Jeszcze wczoraj ze wściekłością
i pianą na ustach zrywałaby je z twarzy.
Dzisiaj już jej wszystko jedno.
Jeśli przejdziesz obok, możesz na nią splunąć,
możesz wziąć co chcesz-ciało, sukienkę.
Najedz się nią lub jej zapachem.
Jeszcze pachnie kobietą.
I nie czuj się winnym.
Popatrz-a więc umiem dawać siebie innym.

pamiętnik; wpis z 22.01.2007 cz.2

Pośrodku krzyku przegranych spraw, mogę usłyszeć cichy szept,
wyodrębnić każde słowo. Podczas deszczu, usłyszeć każda spadającą kroplę,
czuć jak kolejne jej siostry uderzają o ziemię; wyciągnać dłonie do nieba
i w szalonym tańcu wirować ku górze tak, by wydawało się to niewyobrażalną
nieskończonością czasu. A przecież tacy zwykli ludzie, w zwykłej rzeczywistości, zmieniają sekundy w nieskończoności. Każda myślą i każdym oddechem dzielić się z Tobą będę.
Czerp ze mnie zachłannie, z wyczuciem, delikatnie, nieustannie...
Nie odchodź...
Ja będę.

pamiętnik; wpis z 22.01.2007 godz. 00.30

Chaos. Chwila, moment, zaledwie mgnienie oka, a po uśmiechu nie ma śladu.
Jedna myśl i wszystko rozpada się jak domek z kart przy lekkim podmuchu wiatru.
To tak niewiele. Tak niewiele rządzi naszym życiem, każdym dniem, każda chwilą,
minutą, sekundą..
Słońce przestaje świecić, ptaki przestają śpiewać, muzyka nagle cichnie. Wszystko traci sens,
wszystko jest bezsensem, gdy panuje Chwila. Jak niewiele potrzeba, by sie zagubić,
stracić sens i grunt pod nogami. Tak często napotykasz rozstaje dróg w czasie wędrowki.
A gdzie Bóg?
Człowiek zaginął w Bogu, zaginął obok Boga, zaginął daleko od Niego.
Zachłysnął się swoją wolnością. Wolnością, którą tak naprawdę stracił. To Bóg jest Wolnością.
Gdy czujesz bezsens, skieruj swe kroki do świątyni, klęknij przed Nim i nie mów nic-
On wie już wszystko. Poznaj w ciszy samego siebie, zapomnij o smutku, radości, goryczy..
Zapomnij o wszystkim i zamilknij na moment. Niech ucichną usta, oczy, nos,
niech mówi serce.
Widzisz? Słyszysz? Czujesz?
To On.

22 września 2008

pamiętam

A pamiętasz jak to było kiedyś? Pamiętasz jak brałaś mnie za rękę, a bałaś się bardziej ode mnie? 
Jak szłaś ze mną do garażu i nie mogłyśmy znaleźć kontaktu? To ja szłam pierwsza,
ale ściskałaś moją dłoń tak mocno, że krew odpływała mi z palców. Oczy niewidzące, 
nogi niepewne-ciężko iść po omacku ciągnąc za sobą tego 'odważniejszego'.
A pamiętasz jak wychodziłyśmy w piżamach przez okno, bo rodzice
gdzieś wyszli?Dawno powinnyśmy już spać, bo przecież tata dawno już opowiedział nam
bajkę na dobranoc, ale Ty nagle się obudziłaś i kazałaś mi pomóc Ci ich szukać.
Drzwi były zamknięte od zewnątrz, więc pozostało okno w kuchni. Płacząc,
błądziłyśmy po naszej ulicy i gdyby nie sąsiedzi, to nie wiem gdzie kazałabyś mi iść,
ale szłam... A pamiętasz jak robiłyśmy pączki z błota i posypywałyśmy je suchym
piaskiem jak lukrem? Albo jak robiłyśmy sobie korale z czerwonej jak karmin jarzębiny
i kolczyki z wiśni, ludziki z kasztanów i żołędzi? No i ten nieszczęsny wyścig przez
dziury na naszej, wtedy jeszcze niewybrukowanej, ulicy? Wpadłaś wtedy chyba
do tej największej, bo nie było widać nawet czubka Twojej głowy.
Śmiałyśmy się z Magdą do rozpuku, a Tobie-hipochondryczce,
jak zwykle wydawało się, że skręciłaś kostkę i przez pół dnia chodziłaś obrażona. 
Pamiętam jak wciągnęłam Ci odkurzaczem wiórki z drewnianych kredek.
Chciałaś z nich zrobić jakiś obrazek, ale mnie się nie spodobał ten pomysł,
poza tym położyłaś je na moim krzesełku.
Pamiętam jak uczyłaś mnie sznurować buty, bo tata już nie miał cierpliwości
i jak na tarasie starałaś mi się na sucho wytłumaczyć jak się pływa żabką.
Leżałam na kafelkach i nie umiałam skoordynować ruchów nóg z rękami... Do dzisiaj średnio
mi to wychodzi, szczerze mówiąc.
Pamiętam jak czekałam, aż wyrośniesz z tej błękitno-białej
sukienki z paskiem, no i z tych lakierowanych, czerwonych pantofelków z kokardką.
Nawet niedawno śmiałyśmy się, że na jednym zdjęciu miałaś do tego dres, chyba z Królem Lwem.
Nigdy nie umiałaś gwizdać i do dzisiaj nie potrafisz, tak śmiesznie przy tym wciągasz policzki
i tylko czasem świśnie Ci strzęp powietrza między zębami,a  potem nie możesz złapać oddechu.
Nigdy nie zapomnę, jak poszłyśmy do kuchni na wyżerkę i zamiast kopczatej
łyżki cukru pudru, dałaś mi krupczatkę...  Były w takich samych pojemnikach, opisane
i dobrze wiedziałaś, co mi dajesz. Świnia.
Szkoda, że część tych historii znam tylko z opowiadań. Szkoda, że nie można się cofnąć 
do tamtych czasów, chociaż na jedną godzinę. Za tą krupczatkę na pewno skopałabym Ci tyłek,
w zamian poczęstowałabym Cię pączkiem z błotka i powiedziałabym Ci, że lakierków nie nosi się do dresu.
 

Magdmoiselle vol. 2

Nie mam diademu i złotej sukni, jedwabnej wstążki we włosach,
ani szklanych bucików rozmiar 36.
Nie mam alabastrowej cery, ani smukłej talii.
Nie bywam na salonach, nie jeżdżę Astonem Martinem
i nie ubieram się u Prady. Nie noszę biżuterii, nawet nie mam
przekłutych uszu i mam za krótką szyję, żeby nosić kolię.
Nie umiem chodzić w szpilkach dłużej niż dziesięć minut.
Nie umiem siedzieć jak dama. Nie zachwycam się kawiorem
i nie umiem z gracją przeskoczyć przez kałużę.
Nie znam etykiety towarzyskiej, wpadam w panikę,
kiedy widzę obok swojego talerza więcejniż jeden widelec.
Nie śmieję się perliście z inteligentnych żartów i nie zasłaniam przy tym
ust dłonią w małej rękawiczce. Nie jestem księżniczką. Dlatego nie szukam księcia.
Bajkę mogę napisać sama, a on i tak nie przyjedzie, 
bo jego biały rumak ma złamaną nogę, albo książę akurat dostał kataru,
albo ktoś mu znowu rzucił rękawicę,a honor nie pozwolił mu na to,
by jej nie podnieść. Cóż, książęta tak mają chyba.
Nie jestem księżniczką, ale jakoś mnie to nie rusza.  
Dlatego chcę, żebyś wszedł ze mną na drzewo i rzucał szyszkami w przechodniów,
żebyś tak jak ja, próbował nadepnąć gołębiom na ogon, kiedy drepczą chodnikiem w nadziei,
że złowią resztki twojego śniadania. Obrzydliwe, brudne grubasy. Są tylko po to,
żeby się nażreć i nasrać na świeżo wypraną kurtkę.
Chcę, żebyś wszedł ze mną w nocy na dach i pokazał mi kasjopeję.
Chcę, żebyś położył się ze mną na trawie i kłócił się ze mną o to,
co przypominają ci chmury. Pójdź ze mną na rynek i ukradnij dla mnie
pachnące jabłko, a jeśli wpadnie mi do buta kamień,  
to powiedz mu, żeby spierdalał.

19 września 2008

jesień

Nie lubię jesieni. Nie lubię patrzeć jak liście żółkną i czerwienieją, by później opaść cichym szeptem na jałową ziemię, pozostawiając drzewa zupełnie nagie i bezsilne . Nagle ptaki milkną, świersze chowają swoje skrzypce, bociany odlatują, by wygrzewać mokre i zmęczone podróżą skrzydła w promieniach południowego słońca. Wreszcie krzykliwe dzieciaki z zawsze przeładowanymi i gruchoczącymi tornistrami powolnie i bez entuzjazmu idą do szkoły, ciągnąc za sobą worki z tenisówkami.
Nie lubię dzieci, a najbardziej tych w wieku podstwówkowo-gimnazjalnym. Straszne zarozumialce. Szorują nosami o sufit i chwalą się tupiąc markowym bucikiem. Dzieci zawsze były okrutne, nawet ja to pamiętam. Napiętnowany był każdy, kto czymś odstawał, czymś nie pasował do 'wybitnej reszty'. Pamiętam jak w czwartej, albo piątej klasie Anka wyśmiała Piotrka, kiedy zimą przyszedł w za dużych butach. Razem z Kają biegały na przerwie po korytarzu i krzyczały: "Piotrek dostał w spadku buty po pradziadku!" Śmiali się nieliczni. Może i nas by to śmieszyło, gdyby nie to, że dobrze wiedziliśmy jak komu się w domu układa. Tata Anki był piłkarzem, a Kai-prawnikiem, więc co tu dużo gadać. Najciekawsze jest jednak to, że później obie były w nim wielce zakochane...Cóż, życie pisze w końcu różne scenariusze.
Jesień jest nudna i do dupy, choć dla kogoś, kto na codzień nie uśmiecha się do nowego dnia, zaokienny stan rzeczy nie powinien właściwie stanowić istotnej różnicy, czyli na pewno nie takiej, która ma większy wpływ na jego samopoczucie. A jednak. Powiew zimnego, jesiennego wiatru, nie wywołuje już we mnie ciepłych wspomnień z tegorocznego rejsu, słońce jest już za daleko i nie potrafi ogrzać zmarzniętego nosa, no i ten świerszcz spod balkonu... Przez całe lato tak pięknie grał na skrzypcach wieczorne koncerty...Jak to jest ze świerszczami-zapadają w sen jak niedźwiedzie, czy po prostu umierają w ciszy? Nie znam się na owadach, na niewielu rzeczach się znam, ale jeśli umierają, to czy ten przyszłoroczny będzie grał tę samą melodię? I dlaczego jest tak, że jesienią herbata z cytryną smakuje inaczej? Lepiej? 
I deszczu nie lubię. Nie lubię. Nie znoszę parasoli. Parasol-przydatna rzecz w końcu, ale w ręce człowieka staje się niebezpiecznym narzędziem. Rzeka ludzi płynie ulicą, każdy trzyma w ręce parasol, każdy na odpowiadającej do jego wzorstu wysokości i w końcu niewiadomo, czy są one po to, żeby chronić od deszczu, czy od innych parasoli... A najgorsze, kiedy jakaś zaaferowana pani składając broń przed wejściem do autobusu, "sprzeda" ci lodowatą kroplę prosto za kołnierz, na cieplutką szyję...
Nie lubię jesieni, bo mokną huśtawki, a ja lubię huśtawki. Czasem tak mam, że wsiadam na huśtawkę, moją huśtawkę i nie robię nic, tylko się huśtam. Na mokre huśtawki nie przychodzą już dzieci po szkole, dobrze.
I tak by nie przyszły, bo to moja huśtawka nastrojów, chociaż też moknie, kiedy nie mam parasola. 

5 maja 2008

wypierdalaj

Ze specjalną dedykacją dla wszystkich kurew-męskich, żeńskich i nijakich.
Wypierdalaj.
Dziewczynka już dawno bez zapałek, ale z torbą dynamitu.
Niewielka? Niepozorna? Ładna?
Głupia. Pusta. Nijaka. Niczyja.
Wypierdalaj.
Z uśmiechem na ustach-permanentny element codziennej maski.To ta na rano.
Wieczorem mam inną. Spływa już ze mnie ta codzienność. Widać ten prawdziwy syf już.
Wiesz, to zależy. Czasem się śmieję.Tak szczerze. Potrafię. Ale coraz rzadziej. Wolę udawać. Czasem chcę z tym skończyć, wiesz? Ale nie umiem.
Oni wolą jak się śmieję. Oni myślą, że jestem wesoła, otwarta, że mam dużo luzu,
że dystans mam. Nie bez powodu mówi się, że człowiek jest aktorem w teatrze świata,
więc ja też gram. Trzecioplanowo i tragicznie. Czasem patetycznie, ale bardziej utożsamiam się z turpizmem. Czasami napawam się tą brzydotą wewnętrzną.
Na zewnątrz też jestem brzydka, ale nie aż tak, niestety. Myślisz, że jestem próżna?-też.
Mam lustro,wiesz? Ty też masz? heh, no popatrz jaki zbieg okoliczności. Ale wiesz co?
Ja oprócz tego widzę, jak oni na mnie patrzą. Patrzą tak, że aż ciarki biegną mi po całym ciele. Lubię to, ale częściej mnie to irytuje jednak.
Nie patrz tak, proszę. Jestem brzydka, chcę taka być. I nie patrz mi w dekolt.
Nie patrz na tyłek. Nie mów, że mam ładne oczy, miłą skórę, że pachnę latem.
Zapomnij jak wyglądam. To nie ja, to moje ciało. Nie chcę go. Przecież ono nie jest moją zasługą.
To geny, pierdolę je. A może to złe słowo.
Gdyby nie to pierdolenie, nie byłoby mnie.
Szkoda, że to pierdolenie się odbyło. Kurwa.
Wypierdalaj.
Grzeczniej? Nie umiem grzeczniej chyba. Wypierdalaj, proszę?
Albo bezosobowo: proszę wypierdalać? Zobacz jaka jestem brzydka.
Nie dam Ci ciepła, nie będziesz moim przyjacielem. Zapomnę o Tobie.
Nudzę się ludźmi. Nie są mi potrzebni w zasadzie. Tylko na chwilę.
Na chwilę dam Ci rękę nawet, pocałuję w czoło, powiem, że Cię lubię, ale na chwilę.
Nie każ mi się z Tobą spotykać. Nie chce mi się. Nie lubię siebie, ale wolę być ze sobą,
bo tylko ja siebie rozumiem jakoś.
Z resztą i tak Cię nie posłucham. Chodzę swoimi ścieżkami, takimi,
którymi inni boją się chodzić.Nie idź za mną. Chcę być sama.
Wiesz jaki ból jest najlepszy? Ten, który sam sobie zadajesz. Mniej boli.
Odejście nadziei jest najgorsze.Powiesz,że ona umiera ostatnia, czy coś.
Wolę umrzeć przed nią i bez niej, sama. Ale wiesz, mnie ochodzi o tę nadzieję
w drugim człowieku. Ona odchodzi i jest trudno. Nie chcę już. Nie mam siły.
Zatem-wypierdalaj już, proszę.