come on skinny love just last the year
pour a little salt we were never here
Dawno temu zaczęłam budować między nami mur.
Stawiałam cegłę, za cegłą, skrupulatnie wypełniałam
gliną każdą wolną szczelinę. Czas płynął wolno,
mur ociekał deszczem. Zimą skuwał go lód, a wiosną
ten sam lód go rozsadzał. Mur kruszył się pyląc
czerwonym kurzem, obsypując nasze twarze
krwistą ochrą. Nawet w największym wietrze,
w największym sztormie, w najpodlejszej ulewie,
zawinięta w szalik, z wełnianą czapką wciśniętą na oczy
dokładałam coraz więcej cegieł, żebyś tylko zniknął
z moich oczu. Mur, choć się przechylał i chwiał, cały czas rósł.
W ciemnościach wychodziłam przed dom i wspinając
się na palce patrzyłam, czy nadal pod nim stoisz.
Na początku obchodziłam mur dookoła, idąc długo
i cierpliwie na jego skraj. Wychylałam się zza niego
i gorzkim uśmiechem na spierzchniętych od mrozu
ustach cieszyłam się, że jesteś.
Opierałeś pochylone, zmarszczone czoło o mur,
bębniąc przy tym palcami o nierówne, tępe cegły.
Nuciłeś jakąś melodię, kopiąc co jakiś czas
pożółkłym trampkiem w pękniętą butelkę po piwie.
I tell my love to wreck it all
cut out all the ropes and let me fall
Nie umiałam przestać na ciebie patrzeć.
Nie umiałam przestać chcieć.
Ty nie potrafiłeś odejść.
Nie potrafiłeś zamknąć za sobą drzwi tak,
jak to robią inni; tak, jak to robi ten, kto nie chce,
żeby ktoś do niego wracał. Zostawiałeś zawsze małą szczelinę,
przez którą wdzierało się we mnie całe światło
mojego życia. Cały mój sens wyciekał wąskim strumieniem
spod twoich drzwi i obmywał moje nagie stopy błogim ciepłem.
Delikatnie wsuwałam się do środka czując, jak fala ciepła
wspina się po moich kostkach w stronę ud.
Przychodziłam nocami, przy zgaszonym świetle,
z potarganymi zimowym wiatrem włosami.
Przychodziłam, bo wiedziałeś jak lubię zasypiać.
I told you to be patient
I told you to be fine
I told you to be balanced
I told you to be kind…
Pogubiliśmy się w sobie. W tych zakamarkach mózgów,
serc i cieple kończyn, zgubiliśmy drogę do tlenu.
I znów zachciało nam się szczęścia z kulawymi nogami,
wlokącego nas za sobą za przeciwległe strony muru.
Jak przez dziurkę od klucza zerkaliśmy w swoje rozporki
i telefony. Patrzyliśmy na swoje dłonie pieszczące od niechcenia
inne ciała. Piliśmy kawę w ulubionej kawiarni czując pustkę
przewiercającą trzewia. Wtapialiśmy się w rzekę istnień
na ulicy odstając od niej jak zardzewiałe gwoździe od ściany.
Wciąż byliśmy, ale osobno, inaczej. Czyli nas nie było.
now all your love is wasted
then who the hell was I?
Nie wracamy już pod mur. Odeszliśmy od niego zapominając
drogę powrotną. Nikt nie rozsypał za nami okruchów chleba.
Odchodząc, zamknęliśmy oczy. Pod naszymi butami
rozległ się głuchy trzask łamanych serc.
In the morning I'll be with you
but it will be a different kind
Wracam do ciebie w myślach prosząc, żebyś ty nie wracał.
Wieczorami wpatruję się w sufit i leżąc pod zimną kołdrą,
zwinięta w kłębek jak kot, myślę o tym kiedy. Kiedy wpadłeś
w moje oczy po raz pierwszy, kiedy pierwszy raz objęłam
cię ramionami, a kiedy oplotłam wokół ciebie uda.
Kiedy stałeś się moją pełnoprawną częścią, kiedy połową,
a kiedy całym światem.
My my my my my my …
my my my my my ...
Bo to wszystko dobiegło końca, skręciło kark na prozie życia.
Dziwne uczucie zostawić cię i zniknąć w swoim nowym starym świecie.
Idę gdzieś i sama nie wiem czy idę w przód, czy może znów się cofam.
Zostawiam za sobą wszystkie wspólne chwile - słodkie i czułe,
pełne słońca, te gorzkie, cierpkie, niepotrzebne i te nie do zniesienia.
I tylko jedna myśl nie daje mi spokoju.
Who will love you? who will fight?
and who will fall far behind?
Come on skinny love...
Skinny love - Bon Iver
10 listopada 2011
jaskółki
Jechali samochodem szosą pełną mgieł i półcieni. Była chłodna, wiosenna noc.
On palił papierosa i patrzył przed siebie przez szybę pełną dymu. Ona, nucąc jakąś
dziecinną melodię, przesuwała w palcach sznur czarnych korali. Jeszcze kilka minut temu się kłócili, teraz już ze sobą nie rozmawiali. Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
- Wysiadaj.-powiedział sucho.
Podniosła głowę, oderwała wzrok od korali i spojrzała na niego mrużąc oczy od dymu.
- Nie zostawisz mnie tutaj.-Wyszeptała głosem tak kruchym, jak najcieńsza chińska porcelana.
- Wysiadaj, powiedziałem!
Ani drgnęła. Pochylił się nad jej udami i nacisnął na klamkę z jej strony. Drzwi skrzypnęły i powoli zaczęły się otwierać. Zimny wiatr wdarł się do środka. Kiedy cień spłynął, ich twarze
stały się wyraźne. Spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie zrobisz mi tego, do cholery!-Krzyknęła, przełykając łzy.
Wypchnął ją z samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, zostawiając ją samą na wilgotnym asfalcie.
- Głupia suka!- Wypluł ze złością. Pędził przed siebie nie patrząc w lusterka i nerwowo stukając palcami o kierownicę. W jego dłoniach rozbłysła zapałka. Dym papierosa wtopił się w mgłę i rozpłynął. On też zniknął.
Kucnęła na brzegu asfaltu i nadal bawiła się koralami. Owijała je wokół nadgarstków i kostek, przesuwała nad górną wargą, układając usta w dziubek. Czekała. Jej rodzice też się tak kłócili. Nieraz ojciec wyrzucał matkę z samochodu i kazał jej pieszo iść do domu. Po jakimś czasie wracał, a kiedy nie mógł jej znaleźć, bo poszła skrótem, albo ktoś ją podwiózł, darł się na nią później jeszcze bardziej. Krzyczał, że tak się martwił, że jak ona mogła. Ale zawsze wracał. On też wróci.
Jechał cały czas dalej zostawiając za sobą kilometry mokrego asfaltu. Obracał w palcach wilgotny filtr i co chwilę zaciągał się mocno marszcząc przy tym brwi. Nagle przypomniała mu się ich dawna rozmowa.
- Podobno mnie kochasz?-Pytał i spoglądał na nią kątem oka.
- Podobno ty mnie też.-Mówiła i uśmiechała się spuszczając wzrok.
- Kto ci takich głupot naopowiadał?
- Nie wiem. Obiło mi się o uszy.-Odpowiadała, a dołeczki w jej policzkach robiły się coraz wyraźniejsze.
Zatrzymał samochód, wysiadł i spojrzał za siebie. Mgła połknęła wszystko. Ją też. Wsiadł z powrotem do auta i zawrócił. Dusił mocno na pedał gazu i starał się ją odnaleźć we mgle. Zawsze tak robił. Zawsze wracał, a ona czekała. Zawsze się kłócili, a później wracali
do domu i bez słowa ogrzewał w dłoniach jej zmarznięte stopy. Znalazł ją w końcu, skuloną pod wielkim dębem, zziębniętą i drżącą. Obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi.
- Chodź.- Powiedział i pocałował ją w zroszone mgłą czoło. Odjechali. W końcu ona odezwała się zduszonym głosem.
- Wiesz, że jaskółki znów budują gniazdo pod naszym dachem?
- To dobrze...
Znów odetchnął z ulgą, że ją znalazł i powiedział sobie, że nigdy więcej. Znów.
-...To bardzo dobrze.
On palił papierosa i patrzył przed siebie przez szybę pełną dymu. Ona, nucąc jakąś
dziecinną melodię, przesuwała w palcach sznur czarnych korali. Jeszcze kilka minut temu się kłócili, teraz już ze sobą nie rozmawiali. Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
- Wysiadaj.-powiedział sucho.
Podniosła głowę, oderwała wzrok od korali i spojrzała na niego mrużąc oczy od dymu.
- Nie zostawisz mnie tutaj.-Wyszeptała głosem tak kruchym, jak najcieńsza chińska porcelana.
- Wysiadaj, powiedziałem!
Ani drgnęła. Pochylił się nad jej udami i nacisnął na klamkę z jej strony. Drzwi skrzypnęły i powoli zaczęły się otwierać. Zimny wiatr wdarł się do środka. Kiedy cień spłynął, ich twarze
stały się wyraźne. Spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie zrobisz mi tego, do cholery!-Krzyknęła, przełykając łzy.
Wypchnął ją z samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, zostawiając ją samą na wilgotnym asfalcie.
- Głupia suka!- Wypluł ze złością. Pędził przed siebie nie patrząc w lusterka i nerwowo stukając palcami o kierownicę. W jego dłoniach rozbłysła zapałka. Dym papierosa wtopił się w mgłę i rozpłynął. On też zniknął.
Kucnęła na brzegu asfaltu i nadal bawiła się koralami. Owijała je wokół nadgarstków i kostek, przesuwała nad górną wargą, układając usta w dziubek. Czekała. Jej rodzice też się tak kłócili. Nieraz ojciec wyrzucał matkę z samochodu i kazał jej pieszo iść do domu. Po jakimś czasie wracał, a kiedy nie mógł jej znaleźć, bo poszła skrótem, albo ktoś ją podwiózł, darł się na nią później jeszcze bardziej. Krzyczał, że tak się martwił, że jak ona mogła. Ale zawsze wracał. On też wróci.
Jechał cały czas dalej zostawiając za sobą kilometry mokrego asfaltu. Obracał w palcach wilgotny filtr i co chwilę zaciągał się mocno marszcząc przy tym brwi. Nagle przypomniała mu się ich dawna rozmowa.
- Podobno mnie kochasz?-Pytał i spoglądał na nią kątem oka.
- Podobno ty mnie też.-Mówiła i uśmiechała się spuszczając wzrok.
- Kto ci takich głupot naopowiadał?
- Nie wiem. Obiło mi się o uszy.-Odpowiadała, a dołeczki w jej policzkach robiły się coraz wyraźniejsze.
Zatrzymał samochód, wysiadł i spojrzał za siebie. Mgła połknęła wszystko. Ją też. Wsiadł z powrotem do auta i zawrócił. Dusił mocno na pedał gazu i starał się ją odnaleźć we mgle. Zawsze tak robił. Zawsze wracał, a ona czekała. Zawsze się kłócili, a później wracali
do domu i bez słowa ogrzewał w dłoniach jej zmarznięte stopy. Znalazł ją w końcu, skuloną pod wielkim dębem, zziębniętą i drżącą. Obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi.
- Chodź.- Powiedział i pocałował ją w zroszone mgłą czoło. Odjechali. W końcu ona odezwała się zduszonym głosem.
- Wiesz, że jaskółki znów budują gniazdo pod naszym dachem?
- To dobrze...
Znów odetchnął z ulgą, że ją znalazł i powiedział sobie, że nigdy więcej. Znów.
-...To bardzo dobrze.
29 września 2011
makaron i cukier
Do ust mnie nieś i dław zachłystuj się
wyjąkaj ten głód i jedz łapczywie znów
nim rozbełta ci spojrzenie dziwny wstyd
nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół *
No i stało się. Trzasnęły drzwi. Przez rozbite okno wdarł się
do mieszkania nieprzyjemny, nieuprzejmy chłód. Skruszył
się tynk nad naszym wspólnym zdjęciem. Drewniana ramka
zakołysała się na gwoździu, przekrzywiając się nienaturalnie
i zastygła. Jeszcze przez chwilę tłukły się o ściany
pojedyncze słowa, popychane pospiesznie ciepłym oddechem.
To lato jakoś szybko się skończyło. Wsiąknęło w drewnianą
podłogę, rozwiało się ze świszczącym wiatrem, pofrunęło z morskim
piaskiem w jakieś gdzieś. Jesień przemknęła niezauważona pod ścianą,
ciągnąc za śnieżny welon pieprzoną królową śniegu.
Nagle z sierpnia zrobił się grudzień. Chropowaty lód skuł wszystkie
lustra na niewidome obrazy, rozsadził słoiki z malinową konfiturą
skrywaną w mroku spiżarni. Woda kapiąca z rury w kuchni, formowała
coraz większe lodowisko.
Szafy opróżniły się po cichu, poopadały firanki, garnki i kubki zeszły
schodami na dół. Tylko na chwilę, bo zaraz miały przecież wrócić.
Zostały więc niepodlane kwiaty, niedokarmione gołębie i koty, cukier
i makaron w szafce obok piekarnika. Czekały. Zostały obietnice
wiążące nasze losy na gordyjski supeł. Nigdy niespełnione.
A my wyszliśmy na chwilę trzaskając drzwiami.
Kwiaty uschły zwieszając się smutno z wysokich tyczek.
Koty poszły paść brzuchy do innych .
Gołębie odleciały w jakąś nicość i zostawiły po sobie puste niebo,
a makaron i cukier nigdy się nie psują.
W łazience prowokujesz torsje
i twoje serce zwraca na posadzkę chłodną
podniecenie całą czułość uwielbienie
bulimiczne serce zwraca na posadzkę
całą moją miłość
myjesz palce *
* Kasia Nosowska – Nomada
wyjąkaj ten głód i jedz łapczywie znów
nim rozbełta ci spojrzenie dziwny wstyd
nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół *
No i stało się. Trzasnęły drzwi. Przez rozbite okno wdarł się
do mieszkania nieprzyjemny, nieuprzejmy chłód. Skruszył
się tynk nad naszym wspólnym zdjęciem. Drewniana ramka
zakołysała się na gwoździu, przekrzywiając się nienaturalnie
i zastygła. Jeszcze przez chwilę tłukły się o ściany
pojedyncze słowa, popychane pospiesznie ciepłym oddechem.
To lato jakoś szybko się skończyło. Wsiąknęło w drewnianą
podłogę, rozwiało się ze świszczącym wiatrem, pofrunęło z morskim
piaskiem w jakieś gdzieś. Jesień przemknęła niezauważona pod ścianą,
ciągnąc za śnieżny welon pieprzoną królową śniegu.
Nagle z sierpnia zrobił się grudzień. Chropowaty lód skuł wszystkie
lustra na niewidome obrazy, rozsadził słoiki z malinową konfiturą
skrywaną w mroku spiżarni. Woda kapiąca z rury w kuchni, formowała
coraz większe lodowisko.
Szafy opróżniły się po cichu, poopadały firanki, garnki i kubki zeszły
schodami na dół. Tylko na chwilę, bo zaraz miały przecież wrócić.
Zostały więc niepodlane kwiaty, niedokarmione gołębie i koty, cukier
i makaron w szafce obok piekarnika. Czekały. Zostały obietnice
wiążące nasze losy na gordyjski supeł. Nigdy niespełnione.
A my wyszliśmy na chwilę trzaskając drzwiami.
Kwiaty uschły zwieszając się smutno z wysokich tyczek.
Koty poszły paść brzuchy do innych .
Gołębie odleciały w jakąś nicość i zostawiły po sobie puste niebo,
a makaron i cukier nigdy się nie psują.
W łazience prowokujesz torsje
i twoje serce zwraca na posadzkę chłodną
podniecenie całą czułość uwielbienie
bulimiczne serce zwraca na posadzkę
całą moją miłość
myjesz palce *
* Kasia Nosowska – Nomada
20 września 2011
made in china
Nie była już pierwszej młodości, bladosiwe strąki włosów
opadały niedbale na pomarszczone czoło i drażniły zmęczone oczy.
Przygarbiona sylwetka, powykrzywiane wieloletnią pracą palce
i sękate kolana, drżące pod taflą plisowanej spódnicy.
Jej twarz wyglądała jak zmięta kartka papieru, nie tyle pomarszczona,
co po prostu zgnieciona w dłoni i uformowana w kulkę. Gdzieś
w tej głębi tliły się nieśmiało jasnozielone oczy, jakieś pożółkłe
i nieostre, jakby ktoś zmniejszył kontrast i rozmazał obraz.
Była filigranowej postury, maleńka jak miniatura człowieka,
jak obraz z niewłaściwej strony lupy; niepozorna postać,
zwyczajny, szary obywatel ubrany w spódnicę z marketowej promocji
i bluzkę z żabotem, z pobliskiego bazaru; uosobienie smutku,
kwintesencja społecznego niebytu, żywy pomnik oczekiwania
na śmierć.
Kiedyś to miasto było dla niej nadzieją, oczekiwaniem, krętą
drogą ku lepszemu, wygranym losem w loterii fantowej.
Pojechała tam jak inni – dla pieniędzy, które leżą na chodnikach
i wystarczy tylko się po nie schylić; dla miłości, która rozkwita
na drzewach wraz z radosnym przyjściem wiosny i dla pracy,
w której miała być czymś więcej, niż maszyną do zarabiania
pieniędzy.
Kiedy przyjechała, szybko okazało się, że po pieniądze z chodnika
sięgają tylko żebracy, że miłość to plastikowy wytwór
z metką MADE IN CHINA, a jeśli już kwitnie, to głównie
na wynaturzonych billboardach, wykorzenionych z rzeczywistości
przez kilkumetrowe słupy, a jeśli już tam nie chce ci się wdrapać,
to możesz zawsze skorzystać z przytulnej kabiny w którymś z sexshopów.
Żeby dostać pracę, trzeba mieć dwadzieścia pięć lat,
najlepiej pięć ukończonych fakultetów, biegłe trzy języki,
wymiary z photoshopa, dziesięć lat doświadczenia na podobnym
stanowisku i znajomości w euro parlamencie.
W końcu jednak znalazła pracę w saloniku prasowym, za najniższą
krajową pensję, a jej naiwne serce skradł sprzedawca włoskich
butów. Miłość jak z filmu – piękna, namiętna, gwałtowna i ślepa.
On przynosił jej stokrotki z trawnika przed sklepem, a ona gotowała
mu rosół na drobiowym udzie o niskim terminie ważności.
Czytali wspólnie nekrologi objadając się krówkami i rozwiązywali
krzyżówki w gazecie z programem TV, z nadzieją, że uda im się
wygrać czerwony ekspres do kawy. Ona cerowała mu włoskie
skarpetki, a on w podzięce naprawiał cieknący wciąż kran i wymieniał
baterie w sfatygowanym pilocie.
Nie lubiła tego miasta, czuła się w nim jak na raftingu w Kalifornii –
wieczny hałas i pęd, który przyprawiał ją o torsje. Miasto wsysało
ją zachłannie, przeżuwało jej kruchą psychikę i przegryzało
pulsujące nerwy. Coś w niej pękało, pruło się jak niesforna,
niezłapana nić, a im bardziej pękało, tym bardziej bolało,
dudniło i wyło. Chrzęściły w środku jej mięśnie i stawy,
żyły drżały dźwięcząc jak szklane kieliszki, trzewia chlupały
i chrobotały. Nauczyła się oswajać swoje wnętrze, tego intruza,
który wyżerał ją od strony serca; chwilami naprawę potrafiła
go ugłaskać. Jej ukochany sprzedawca pytał wciąż: „ Coś cię
boli, rybeńko? Jesteś jakaś blada. Może połóż się i weź jakąś
tabletkę?” Ona kwitowała to cichym pomrukiem i machnięciem
ręki, a on odpuszczał zapadając się w fotel i popołudniowy,
telewizyjny seans z piwem. W końcu przestała jeść regularnie.
Posiłki ograniczyła do jednego na wieczór, żeby szybciej zasnąć.
Jej ciało chudło stopniowo, oblekając się w łukowate cienie pod żebrami.
Piersi obwisły, jakby ktoś wyssał z nich cały tłuszcz razem z mięśniami.
Włosy zaczęły wypadać garściami, zęby coraz drapieżniej wystawały
z pociemniałych dziąseł. Rysy wyostrzyły się, a cera pobladła
nadając jej twarzy wampiryczny wygląd. Nie patrzyła więc w lustro,
kiedy stała naga w łazience. Makijaż robiła dopiero wtedy, gdy
była zapięta pod szyję. Skrzętnie maskowała sińce pod coraz
bardziej wyłupiastymi oczami. Gasła powoli unikając ludzi,
a potem sprzedawca butów porzucił ją dla cycatej blondyny
z solarium o intelekcie jedwabnika. Miasto mełło ją wciąż
w betonowej gębie, w końcu wypluło na bruk miażdżąc jej
twarz lusterkiem nadjeżdżającego samochodu. Mimika pogrzebała
się w nierównych fałdach skóry, oczy wcisnęły się głębiej,
a nieforemne wargi rozlały się niezgrabnie na lewym policzku.
Wnętrze pęknięte na pół pokruszył na pył jej eks kochanek,
zaczęło wyciekać z jej ust bezładnym potokiem słów,
niezrozumiałym wprost bełkotem.
Ktoś ją stamtąd zabrał, ni stąd ni zowąd spakował ją i zabrał.
Po tylu nieprzespanych nocach, niestrawionych posiłkach,
ułożyła się bezwładnie w walizce jak kot i głaskana po
głowie przez rękę Boga zasnęła.
Tego miasta już nie ma. Zburzono je. Zniknęło z powierzchni
ziemi. To była bomba. Ogromna. Japońska bomba. Zakopano
je głęboko. Pogrzebano nie stawiając żadnego krzyża.
Tam byli ludzie. Spali kiedy miasto zapadało się. Pod ziemię.
Nikt ich nie obudził. Nie obudzą się już nigdy. Zostaną tam
na zawsze. Musieli tam zostać. Musieli. Oni pilnują. Jest tam
mój sprzedawca. Włoskich butów – mówiła.
opadały niedbale na pomarszczone czoło i drażniły zmęczone oczy.
Przygarbiona sylwetka, powykrzywiane wieloletnią pracą palce
i sękate kolana, drżące pod taflą plisowanej spódnicy.
Jej twarz wyglądała jak zmięta kartka papieru, nie tyle pomarszczona,
co po prostu zgnieciona w dłoni i uformowana w kulkę. Gdzieś
w tej głębi tliły się nieśmiało jasnozielone oczy, jakieś pożółkłe
i nieostre, jakby ktoś zmniejszył kontrast i rozmazał obraz.
Była filigranowej postury, maleńka jak miniatura człowieka,
jak obraz z niewłaściwej strony lupy; niepozorna postać,
zwyczajny, szary obywatel ubrany w spódnicę z marketowej promocji
i bluzkę z żabotem, z pobliskiego bazaru; uosobienie smutku,
kwintesencja społecznego niebytu, żywy pomnik oczekiwania
na śmierć.
Kiedyś to miasto było dla niej nadzieją, oczekiwaniem, krętą
drogą ku lepszemu, wygranym losem w loterii fantowej.
Pojechała tam jak inni – dla pieniędzy, które leżą na chodnikach
i wystarczy tylko się po nie schylić; dla miłości, która rozkwita
na drzewach wraz z radosnym przyjściem wiosny i dla pracy,
w której miała być czymś więcej, niż maszyną do zarabiania
pieniędzy.
Kiedy przyjechała, szybko okazało się, że po pieniądze z chodnika
sięgają tylko żebracy, że miłość to plastikowy wytwór
z metką MADE IN CHINA, a jeśli już kwitnie, to głównie
na wynaturzonych billboardach, wykorzenionych z rzeczywistości
przez kilkumetrowe słupy, a jeśli już tam nie chce ci się wdrapać,
to możesz zawsze skorzystać z przytulnej kabiny w którymś z sexshopów.
Żeby dostać pracę, trzeba mieć dwadzieścia pięć lat,
najlepiej pięć ukończonych fakultetów, biegłe trzy języki,
wymiary z photoshopa, dziesięć lat doświadczenia na podobnym
stanowisku i znajomości w euro parlamencie.
W końcu jednak znalazła pracę w saloniku prasowym, za najniższą
krajową pensję, a jej naiwne serce skradł sprzedawca włoskich
butów. Miłość jak z filmu – piękna, namiętna, gwałtowna i ślepa.
On przynosił jej stokrotki z trawnika przed sklepem, a ona gotowała
mu rosół na drobiowym udzie o niskim terminie ważności.
Czytali wspólnie nekrologi objadając się krówkami i rozwiązywali
krzyżówki w gazecie z programem TV, z nadzieją, że uda im się
wygrać czerwony ekspres do kawy. Ona cerowała mu włoskie
skarpetki, a on w podzięce naprawiał cieknący wciąż kran i wymieniał
baterie w sfatygowanym pilocie.
Nie lubiła tego miasta, czuła się w nim jak na raftingu w Kalifornii –
wieczny hałas i pęd, który przyprawiał ją o torsje. Miasto wsysało
ją zachłannie, przeżuwało jej kruchą psychikę i przegryzało
pulsujące nerwy. Coś w niej pękało, pruło się jak niesforna,
niezłapana nić, a im bardziej pękało, tym bardziej bolało,
dudniło i wyło. Chrzęściły w środku jej mięśnie i stawy,
żyły drżały dźwięcząc jak szklane kieliszki, trzewia chlupały
i chrobotały. Nauczyła się oswajać swoje wnętrze, tego intruza,
który wyżerał ją od strony serca; chwilami naprawę potrafiła
go ugłaskać. Jej ukochany sprzedawca pytał wciąż: „ Coś cię
boli, rybeńko? Jesteś jakaś blada. Może połóż się i weź jakąś
tabletkę?” Ona kwitowała to cichym pomrukiem i machnięciem
ręki, a on odpuszczał zapadając się w fotel i popołudniowy,
telewizyjny seans z piwem. W końcu przestała jeść regularnie.
Posiłki ograniczyła do jednego na wieczór, żeby szybciej zasnąć.
Jej ciało chudło stopniowo, oblekając się w łukowate cienie pod żebrami.
Piersi obwisły, jakby ktoś wyssał z nich cały tłuszcz razem z mięśniami.
Włosy zaczęły wypadać garściami, zęby coraz drapieżniej wystawały
z pociemniałych dziąseł. Rysy wyostrzyły się, a cera pobladła
nadając jej twarzy wampiryczny wygląd. Nie patrzyła więc w lustro,
kiedy stała naga w łazience. Makijaż robiła dopiero wtedy, gdy
była zapięta pod szyję. Skrzętnie maskowała sińce pod coraz
bardziej wyłupiastymi oczami. Gasła powoli unikając ludzi,
a potem sprzedawca butów porzucił ją dla cycatej blondyny
z solarium o intelekcie jedwabnika. Miasto mełło ją wciąż
w betonowej gębie, w końcu wypluło na bruk miażdżąc jej
twarz lusterkiem nadjeżdżającego samochodu. Mimika pogrzebała
się w nierównych fałdach skóry, oczy wcisnęły się głębiej,
a nieforemne wargi rozlały się niezgrabnie na lewym policzku.
Wnętrze pęknięte na pół pokruszył na pył jej eks kochanek,
zaczęło wyciekać z jej ust bezładnym potokiem słów,
niezrozumiałym wprost bełkotem.
Ktoś ją stamtąd zabrał, ni stąd ni zowąd spakował ją i zabrał.
Po tylu nieprzespanych nocach, niestrawionych posiłkach,
ułożyła się bezwładnie w walizce jak kot i głaskana po
głowie przez rękę Boga zasnęła.
Tego miasta już nie ma. Zburzono je. Zniknęło z powierzchni
ziemi. To była bomba. Ogromna. Japońska bomba. Zakopano
je głęboko. Pogrzebano nie stawiając żadnego krzyża.
Tam byli ludzie. Spali kiedy miasto zapadało się. Pod ziemię.
Nikt ich nie obudził. Nie obudzą się już nigdy. Zostaną tam
na zawsze. Musieli tam zostać. Musieli. Oni pilnują. Jest tam
mój sprzedawca. Włoskich butów – mówiła.
28 sierpnia 2011
toxic
This time I've learned from my past falls
Old wounds might reopen soon
Burn them in alcohol
Sage Francis - Agony in her Body
W zachodzącym słońcu wylizujemy swoje rany.
Gdzieniegdzie sączy się krew; płynie leniwie w dół,
drażniąc zmęczoną skórę. Zaschnięte strupy pękają
w słońcu tryskając przezroczystą, gęstą ropą.
Poranionym ciałom dodają kolorytu wielobarwne sińce.
Leżymy zmęczeni w trawie, nasze klatki piersiowe coraz ciężej
unoszą się ku chmurom. Potem opadają ciężko, przygniecione
kilogramami niewypowiedzianych słów.
Pod powłoką skóry, siatką żył i rusztowaniem
z żeber, w mieszaninie krwi i tłuszczu, tłucze się
nieudolnie mięsień wielkości ludzkiej pięści.
Otaczający nas upał odbiera mu resztki sił.
Z mikrootworów naszych ćwierćzwłok
wylewa się zimnym potokiem słony pot.
Krew miesza się z solą, a my zagryzamy
wargi z bólu zaciskamy powieki tak mocno,
aż sklejają nam się rzęsy.
Zaczynają na nas siadać muchy. Maczają swoje
włochate, brudne odnóża w małych kałużach potu
grzejących się na naszych splotach słonecznych, w naszych pępkach
i tych słodkich zagłębieniach, tuż przy obojczykach.
Plączą się nam we włosach, spijają z nas wszystkie wydzieliny.
Zamykamy znów oczy, ale otwieramy usta, starając się zerwać
z nieba jakiś głębszy łyk powietrza, a muchy wędrują po naszych
wilgotnych powiekach i wargach chłepcąc zachłannie to,
co z nas wypływa. Brak nam sił, żeby je odgonić.
Nawet gdyby nam się to udało – i tak wrócą, kiedy przestaniemy
rozkładać się na niby, a zaczniemy tak na poważnie.
Brudnym paznokciem rozdrapujesz wyschnięty strup na ramieniu.
Swędzi cię tak bardzo, że nie możesz przestać. Skóra dookoła
coraz mocniej się czerwieni. Zawsze lubiłeś nowe blizny.
Zawsze ja je lubiłam. Tylko, że ty lubiłeś te na mnie, a ja te na tobie.
Mówiłeś ‘ładnie wyglądasz z tym podbitym okiem, jak gwiazda
filmu sensacyjnego’, a ja słuchałam cię głaszcząc kolejno
każde zadane ci kiedyś cięcie nożem.
Krwawa skorupa z każdą chwilą bardziej odstaje od skóry.
Czołgam się w twoją stronę po omacku i z całej siły ją odrywam,
uśmiecham się błogo opadając na miękką trawę.
Jęknąłeś z bólu.
Nie spuszczam wzroku z twojego ciała. Idealnie krągły balon krwi
napełnia się rozrastając się na boki i po chwili pęka, rozlewając się
po twojej skórze wiśniową kałużą. Śmiejesz się.
Widzisz? Widzisz co z nas zostało? Jakieś suche wspomnienia,
które bez sensu jest wskrzeszać na okrągło jak pokruszoną, sfatygowaną
kliszę. Bez sensu jest odgrzewać ten film pt. „My razem” jak stary kotlet
w mikrofalówce, żeby potem znowu go zamrozić i udawać, że jeszcze
się nie zepsuł, że jeszcze nie śmierdzi.
Staramy się przyciągnąć siebie nawzajem wymachując sobie
przed nosem tymi wspólnymi latami, litrami alkoholu i pełnymi
popielniczkami fajek, którymi razem się truliśmy; nieprzestanymi
wspólnie nocami, w które wyliczaliśmy miejsca na świecie,
które razem zdobędziemy na stopa i tym parzącym seksem,
który w nas wybuchał chwilę później, gdy chwytałeś mnie
za udo i mówiłeś „niech już będzie lato”.
Staram się przykleić cię znów do siebie tekstami „a pamiętasz, jak…?”
Wciąż odbierasz moje popółnocne telefony, kiedy krzyczę, że cię nie ma
i proszę, żebyś był choć na jeden łyk porannej kawy. Tłumaczysz się
kilometrami, brakiem samochodu, mówisz, że to koniec i że po następnym
moim telefonie spuścisz swój w kiblu. Bełkoczę wtedy o śmierci,
o miękkim kaftanie ze szpitala dla czubków, a ty odpowiadasz, że będziesz
u mnie za pół godziny. Potem przychodzisz i waląc pięścią w ścianę płaczesz
i błagasz, żebym zniknęła, że nie zniesiesz już tego ani chwili dłużej.
Głaszczę cię po głowie i przytulam swój policzek do twojego. Czuję
delikatne ukłucia zarostu. Jak zwykle nie miałeś czasu się ogolić.
Kiedyś to się skończy. Kiedyś któreś z nas odejdzie. Może to będę ja?
Przestanę wreszcie kłaść się ołowianym cieniem na twoim
kruchym życiu. Może to ty odejdziesz rozwalając mi wcześniej łeb
o futrynę drzwi. Zostawisz mnie połamaną i martwą
wychodząc przez okno mojego mieszkania
na czwartym piętrze.
Dla Tripa, żeby otwierał szerzej oczy,
kiedy rozmawia z kobietami.
25 czerwca 2011
playground
Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca...
Stan Borys - Jaskółka uwięziona
Mam ochotę upić się z tobą i pogadać chwilę, pomilczeć i z uśmiechów zbudować jakiś sens. Wiesz, to jakaś ironia losu, że jestem taka stara. Jakiś gorzki żart czasu. Dzieciństwo pluje mi w twarz. Może kiedyś mnie tam jeszcze zabierzesz. Na moment, na sekundę. Wejdziemy do piaskownicy bez dowodów osobistych, nikt nie spojrzy już na nas jak na wariatów. Poczujemy znowu w głowach tą samą fantazję, nieskalaną syfem tego świata. Każdy błysk mlecznych zębów będzie znowu szczery i czysty, a dotyk nieskrępowany i ciepły.
Mam problem z tą całą dorosłością. Odwlekam ją w nieskończoność. Kurczowo trzymam się tu i teraz. Nie chcę myśleć o jutrze i o potem. Mam na sobie skafander, obleczony tak ciasno jak zwoje mumii, a dusza lekka jak jaskółka wciąż wyrywa się do światła, w górę, w górę do słońca i mlecznych chmur.
- Co mogę dla ciebie zrobić?
- Po prostu mnie stąd zabierz i bądź. Tak bardzo tęsknię do jutra..
- Spakowałem je dla ciebie w twoje drewniane pudełka z decoupage’u.
Uśmiechnę się do ciebie, zabierzemy butelkę wina. Schowamy się w szałasie w środku lasu, nad jeziorem i będziemy palić papierosy udając, że jesteśmy tacy dorośli. Nakarmię cię poziomkami ociekającymi słodką rosą, dotknę palcem twoich piegów. Rozpalisz dla mnie ognisko i będziemy tańczyć dookoła niego nago, kalecząc stopy o skostniałe szyszki.
- Oszalej ze mną, niech to wróci.
- Niech wróci i zostanę dopóki nie dorośniesz.
Masz czas, żeby ze mną wypić wino?
Stan Borys - Jaskółka uwięziona
Mam ochotę upić się z tobą i pogadać chwilę, pomilczeć i z uśmiechów zbudować jakiś sens. Wiesz, to jakaś ironia losu, że jestem taka stara. Jakiś gorzki żart czasu. Dzieciństwo pluje mi w twarz. Może kiedyś mnie tam jeszcze zabierzesz. Na moment, na sekundę. Wejdziemy do piaskownicy bez dowodów osobistych, nikt nie spojrzy już na nas jak na wariatów. Poczujemy znowu w głowach tą samą fantazję, nieskalaną syfem tego świata. Każdy błysk mlecznych zębów będzie znowu szczery i czysty, a dotyk nieskrępowany i ciepły.
Mam problem z tą całą dorosłością. Odwlekam ją w nieskończoność. Kurczowo trzymam się tu i teraz. Nie chcę myśleć o jutrze i o potem. Mam na sobie skafander, obleczony tak ciasno jak zwoje mumii, a dusza lekka jak jaskółka wciąż wyrywa się do światła, w górę, w górę do słońca i mlecznych chmur.
- Co mogę dla ciebie zrobić?
- Po prostu mnie stąd zabierz i bądź. Tak bardzo tęsknię do jutra..
- Spakowałem je dla ciebie w twoje drewniane pudełka z decoupage’u.
Uśmiechnę się do ciebie, zabierzemy butelkę wina. Schowamy się w szałasie w środku lasu, nad jeziorem i będziemy palić papierosy udając, że jesteśmy tacy dorośli. Nakarmię cię poziomkami ociekającymi słodką rosą, dotknę palcem twoich piegów. Rozpalisz dla mnie ognisko i będziemy tańczyć dookoła niego nago, kalecząc stopy o skostniałe szyszki.
- Oszalej ze mną, niech to wróci.
- Niech wróci i zostanę dopóki nie dorośniesz.
Masz czas, żeby ze mną wypić wino?
20 czerwca 2011
nightlife
An every single week
Come lets bring light
To the night of need
Bonobo – Nightlife (feat. Bajka)
Z słuchawki sączy się twój głos, ciepły i gęsty jak czekolada, która dopiero co rozpuściła się w słońcu. Usiłuję złapać cię za strzępy niewypowiedzianych myśli, za te półmilczenia i ćwierćoddechy. Noc chłodzi nagie ramiona, które czekają za snem i ciepłem wspólnej kołdry. Popijam w tych pauzach Ballantine’sa z colą. Przy każdym łyku kostki lodu rozbijają się o zaparowane szkło. W myślach świdruję cię wzrokiem jak francuska kochanka pachnąca elegancją perfum Madame Charmant. Trzepoczę pospiesznie rzęsami, pod nimi tli się iskra pożądania, ukryta jeszcze dalej, gdzieś za ścianą rogówki. Wabię cię do siebie na magnes tkwiący w moich źrenicach. Utopię cię w nich, to tylko kwestia czasu.
Ssę kostki lodu tak, jakbyś mógł to zobaczyć. Chłodna woda wycieka z moich ust i ogrzewa się powoli płynąc w dół po moim podbródku. Spływa leniwie niżej, po szyi w kierunku ramion. Zatrzymuje się w zagłębieniach koło sterczących obojczyków. Ostatnio jakoś bardziej je widać, schudłam przez stres i papierosy. Na samą myśl, że mógłbyś teraz zlizywać rozpalone krople z moich piersi, dostaję gęsiej skórki. Lekki dreszcz przebiega przez kark, symetrycznie wzbudzając też skórę na piegowatych przedramionach. Siedzę w półmroku przedświtu, na powiekach błyska zmęczenie, a ja układam sobie ciebie w myślach w mojej śnieżnobiałej pościeli. Leżysz z twarzą zwróconą do okna, w twoich oczach odbija się światło bladej żarówki. Spoglądasz na mnie co chwilę, jakbyś chciał się upewnić czy na pewno jestem obok. Potem zakrywasz oczy małomówną powieką i przesuwasz palec wzdłuż mojego kręgosłupa. Czuję ciepło twojego oddechu na zmarzniętej szyi. Masz delikatne dłonie, miękkie i lepkie jak wata cukrowa. Twój pot zdenerwowania miesza się z moją chęcią. Przesuwasz lewą dłoń w kierunku mojego brzucha. W pośpiechu pieścisz kciukiem mój pępek. Drugą ręką głaszczesz mnie po policzku, a twoje usta płyną pocałunkami wzdłuż linii moich włosów. Czuję na łydkach twoje chłodne stopy, kolana splątały się nam na supełki.
Nie puszczaj mnie i zostań, dopóki pierwszy promień nie przetnie czarnej peleryny nocy.
Głosy w słuchawce powoli słabną, chrypią i grzęzną w plątaninie kabli i głupich myśli. Robisz zabawne miny, wiem to. Mruczysz cicho i przeciągasz się jak kot. Prężysz kręgosłup i wtulasz policzek w cichą poduszkę. Przytulasz się plecami do zimnej ściany. Pikantne słowa nawlekam na telefoniczny kabel i owijam wokół palca. Uśmiechasz się zawsze, kiedy przestajesz mówić. Milczysz przez moment, żeby mnie posłuchać.
Dotykasz mnie w swoich myślach,
a
ja
to
lubię.
Dla Kubsona za mruczenie do słuchawki o północy,
rozmowy pełne treści i czasu
i małe cisze „do kolejnego wejścia”
Come lets bring light
To the night of need
Bonobo – Nightlife (feat. Bajka)
Z słuchawki sączy się twój głos, ciepły i gęsty jak czekolada, która dopiero co rozpuściła się w słońcu. Usiłuję złapać cię za strzępy niewypowiedzianych myśli, za te półmilczenia i ćwierćoddechy. Noc chłodzi nagie ramiona, które czekają za snem i ciepłem wspólnej kołdry. Popijam w tych pauzach Ballantine’sa z colą. Przy każdym łyku kostki lodu rozbijają się o zaparowane szkło. W myślach świdruję cię wzrokiem jak francuska kochanka pachnąca elegancją perfum Madame Charmant. Trzepoczę pospiesznie rzęsami, pod nimi tli się iskra pożądania, ukryta jeszcze dalej, gdzieś za ścianą rogówki. Wabię cię do siebie na magnes tkwiący w moich źrenicach. Utopię cię w nich, to tylko kwestia czasu.
Ssę kostki lodu tak, jakbyś mógł to zobaczyć. Chłodna woda wycieka z moich ust i ogrzewa się powoli płynąc w dół po moim podbródku. Spływa leniwie niżej, po szyi w kierunku ramion. Zatrzymuje się w zagłębieniach koło sterczących obojczyków. Ostatnio jakoś bardziej je widać, schudłam przez stres i papierosy. Na samą myśl, że mógłbyś teraz zlizywać rozpalone krople z moich piersi, dostaję gęsiej skórki. Lekki dreszcz przebiega przez kark, symetrycznie wzbudzając też skórę na piegowatych przedramionach. Siedzę w półmroku przedświtu, na powiekach błyska zmęczenie, a ja układam sobie ciebie w myślach w mojej śnieżnobiałej pościeli. Leżysz z twarzą zwróconą do okna, w twoich oczach odbija się światło bladej żarówki. Spoglądasz na mnie co chwilę, jakbyś chciał się upewnić czy na pewno jestem obok. Potem zakrywasz oczy małomówną powieką i przesuwasz palec wzdłuż mojego kręgosłupa. Czuję ciepło twojego oddechu na zmarzniętej szyi. Masz delikatne dłonie, miękkie i lepkie jak wata cukrowa. Twój pot zdenerwowania miesza się z moją chęcią. Przesuwasz lewą dłoń w kierunku mojego brzucha. W pośpiechu pieścisz kciukiem mój pępek. Drugą ręką głaszczesz mnie po policzku, a twoje usta płyną pocałunkami wzdłuż linii moich włosów. Czuję na łydkach twoje chłodne stopy, kolana splątały się nam na supełki.
Nie puszczaj mnie i zostań, dopóki pierwszy promień nie przetnie czarnej peleryny nocy.
Głosy w słuchawce powoli słabną, chrypią i grzęzną w plątaninie kabli i głupich myśli. Robisz zabawne miny, wiem to. Mruczysz cicho i przeciągasz się jak kot. Prężysz kręgosłup i wtulasz policzek w cichą poduszkę. Przytulasz się plecami do zimnej ściany. Pikantne słowa nawlekam na telefoniczny kabel i owijam wokół palca. Uśmiechasz się zawsze, kiedy przestajesz mówić. Milczysz przez moment, żeby mnie posłuchać.
Dotykasz mnie w swoich myślach,
a
ja
to
lubię.
Dla Kubsona za mruczenie do słuchawki o północy,
rozmowy pełne treści i czasu
i małe cisze „do kolejnego wejścia”
13 czerwca 2011
colours.
- Co jest z tobą? - Powiedziała patrząc na niego jak pochyla się nad kępą polnych kwiatów.
- Wiesz, mam ostatnio taką wkrętę na kolory. – Odpowiedział nie odrywając wzroku od ziemi.
- I co z nimi robisz? – Zapytała marszcząc czoło i mrużąc lekko oczy od opadającego już słońca.
- Patrzę na nie. Staram się zapamiętać. Teraz ten mi się podoba. – Mówił to powoli, z jakimś infantylnym uśmiechem w głosie, akcentując kolejno każdą kropkę.
Podeszła do niego, spojrzała na chabry poruszane wiatrem tuż nad jego przykurzonymi tenisówkami. Były jakieś wymięte, poparzone słońcem, ale nadal biły soczystym kolorem.
On nadal wpatrywał się w nie jak w cud natury, jakby nagle ktoś rozsypał u jego stóp szlachetne kamienie z różnych stron świata. Kłosy żyta ocierały się o siebie tańcząc na wietrze i delikatnie szumiały razem z wiatrem.
***
Ostatnio mam ochotę wtulić się w błękit. Ściągnąć go z nieba ciągnąc za sznurek w dół, jak balon napełniony helem. Uszyłabym z niego kołdrę pikowaną piórami dzikich gęsi. Gwiazdy trzeszczałyby gasnąc na mojej skórze. Usiadłabym po środku i jedząc truskawki włączyłabym na full muzykę śnieżnych pól. Nikt by mnie nie znalazł. Nikt by mnie nie usłyszał.
Idę przed siebie potykając się o czerwień. Maki spływają po butach krwawą strugą. W twarz bije mi gorąca pomarańcz zachodzącego słońca. Myślę o tych ptakach powrotnych, co umierają na rozdrożach wśród pomarańczy, w wierszu Baczyńskiego. Zawsze wizualizuję sobie w głowie tą scenę. Umierający ptak ma w sobie coś mitycznego, jakąś symbolikę chwytającą za serce. Leżąc na ziemi jest taki mały, pokraczny i zupełnie bez sensu, jak zdepnięty ślimak.
Mam ochotę zakochać się na nowo w bieli. Pamiętam kwiaty wiśni, które tak pachną wiosną. Japonia. Pękate, złociste pszczoły, uwijające się w pocie czoła. Nigdy nie mów, że kolory nie pachną. Można je nawet wyczuć dłońmi.
Lubię czasem zamknąć oczy i przewijać pod powieką stare obrazy tętniące kolorem i zapachami. Chwytam w palce źdźbło trawy i przesuwając je w poprzek linii papilarnych czuję, jak krawędź zieleni przecina mi skórę. Kropla krwi napełnia się purpurą. Spływa po palcu trzęsąc się jakby z zimna. Oblizuję ją i czuję na języku słodki smak płynnego metalu.
Krew o innym kolorze nie smakowałaby tak dobrze.
Lubię z Tobą bawić się w synestetyków. Jutro pokażesz mi więcej.
Dla Adamo, bo zawsze-cholera-przeciera mi oczy i pokazuje coś nowego.
- Wiesz, mam ostatnio taką wkrętę na kolory. – Odpowiedział nie odrywając wzroku od ziemi.
- I co z nimi robisz? – Zapytała marszcząc czoło i mrużąc lekko oczy od opadającego już słońca.
- Patrzę na nie. Staram się zapamiętać. Teraz ten mi się podoba. – Mówił to powoli, z jakimś infantylnym uśmiechem w głosie, akcentując kolejno każdą kropkę.
Podeszła do niego, spojrzała na chabry poruszane wiatrem tuż nad jego przykurzonymi tenisówkami. Były jakieś wymięte, poparzone słońcem, ale nadal biły soczystym kolorem.
On nadal wpatrywał się w nie jak w cud natury, jakby nagle ktoś rozsypał u jego stóp szlachetne kamienie z różnych stron świata. Kłosy żyta ocierały się o siebie tańcząc na wietrze i delikatnie szumiały razem z wiatrem.
***
Ostatnio mam ochotę wtulić się w błękit. Ściągnąć go z nieba ciągnąc za sznurek w dół, jak balon napełniony helem. Uszyłabym z niego kołdrę pikowaną piórami dzikich gęsi. Gwiazdy trzeszczałyby gasnąc na mojej skórze. Usiadłabym po środku i jedząc truskawki włączyłabym na full muzykę śnieżnych pól. Nikt by mnie nie znalazł. Nikt by mnie nie usłyszał.
Idę przed siebie potykając się o czerwień. Maki spływają po butach krwawą strugą. W twarz bije mi gorąca pomarańcz zachodzącego słońca. Myślę o tych ptakach powrotnych, co umierają na rozdrożach wśród pomarańczy, w wierszu Baczyńskiego. Zawsze wizualizuję sobie w głowie tą scenę. Umierający ptak ma w sobie coś mitycznego, jakąś symbolikę chwytającą za serce. Leżąc na ziemi jest taki mały, pokraczny i zupełnie bez sensu, jak zdepnięty ślimak.
Mam ochotę zakochać się na nowo w bieli. Pamiętam kwiaty wiśni, które tak pachną wiosną. Japonia. Pękate, złociste pszczoły, uwijające się w pocie czoła. Nigdy nie mów, że kolory nie pachną. Można je nawet wyczuć dłońmi.
Lubię czasem zamknąć oczy i przewijać pod powieką stare obrazy tętniące kolorem i zapachami. Chwytam w palce źdźbło trawy i przesuwając je w poprzek linii papilarnych czuję, jak krawędź zieleni przecina mi skórę. Kropla krwi napełnia się purpurą. Spływa po palcu trzęsąc się jakby z zimna. Oblizuję ją i czuję na języku słodki smak płynnego metalu.
Krew o innym kolorze nie smakowałaby tak dobrze.
Lubię z Tobą bawić się w synestetyków. Jutro pokażesz mi więcej.
Dla Adamo, bo zawsze-cholera-przeciera mi oczy i pokazuje coś nowego.
8 czerwca 2011
lato
Lato zaczęło się na dobre. Od kilku dni rozgorączkowany słupek rtęci wskazuje ponad trzydzieści stopni. Siedzę na ławce przed fontanną i czuję jak krople wody mieszają się z potem na pulsującej skroni, sól krystalizuje się na moich piersiach. Oddycham ciężko i szybko, mimo tego wyciągam z kieszeni magiczne pudełko Marlboro i wkładam do ust wymiętego papierosa. Wysoki płomień pospiesznie wyskakuje z zapalniczki, a jego temperatura chyba niewiele różni się od temperatury powietrza. Mrużę oczy i zaciągam się mocno, wsłuchując się w głębię głosu Tracy Chapman, który tak dobrze miesza się teraz z moimi myślami. Przy każdym kolejnym wdechu, czuję jak tytoń drażni przełyk i rozedrgane struny głosowe. Robi mi się jeszcze cieplej. W takie upały okoliczny element gromadzi się nawet przy najmniejszym źródle wody, złazi się z tajemnych kryjówek, idąc półcieniami z przymrużonymi od słońca oczami i spalonymi nozdrzami wyszukuje wody. Moczą opuchnięte stopy, brodzą w wodzie depcząc złote grosze wrzucone na szczęście, kotłują się w jakimś dziwnym rytuale razem z osiedlowym ptactwem. Gołębie zraszają wodą poparzone skrzydła, piją zaszczaną przez dzieciaki wodę i z niechęcią wzbijają się znowu w rozgrzane, spocone niebo.
Obserwuję ludzi dookoła fontanny. Siedzą w tym magicznym okręgu, zajmując kolejne ławki, które kojarzą mi się ze stacjami jakiegoś popierdolonego pociągu z bajek dla dzieci, jeżdżącego w kółko-niby ciągle gdzieś jedzie, a jednocześnie nigdy donikąd nie dojeżdża. Ja też siedzę w tym kręgu i ławka po ławce, stacja po stacji, przyglądam się każdemu. Mam wrażenie, że farba z ławki topi się na mojej skórze.
Koło mnie siedzi jakaś panna-szara mysz w spłowiałej koszulce w paski i w przetartych, beżowych spodenkach. Ma mleczną skórę, dość mocne okulary, z wielkim zaangażowaniem produkuje jakiegoś smsa. Przygryza usta i w zaaferowaniu ściąga brwi, jakby miała przy nich jakiś sznurek. Może ktoś ją rzucił i boi się zadzwonić, żeby go zbluzgać. Mogłabym to zrobić za nią, ale żal mi jakoś rozstawać się z Tracy, chociaż przesłuchałam te płytę przynajmniej kilkadziesiąt razy i znam na pamięć każde słowo. Nie pasjonuje mnie moja sąsiadka, monotonna jak niedzielna msza. Wieje od niej przejmująca nudą, ale chociaż coś porusza tutaj zastanym powietrzem.
Za nią dwóch facetów w wieku średnim, odzieżowo wpasowują się idealnie w pokoleniowy brak polotu i totalną ignorancję dla sklepów, w których nie płaci się za kilogram, a za sztukę. Znoszone adidaski i skarpetki do sandałów, obowiązkowo t-shirty ciasno wciśnięte w spodnie. Pitolą coś sobie na przerośnięte uszka, siedząc noga na nogę, w jednej ręce dzierżąc puszkowany browar. Ukradkiem przechylają napój i zachłannymi łykami doją nagrzane puszki. Światło odbija się od złotego aluminium Warki Strong. Ploteczki z dzielni z bezrobotnej ręki. Od czasu do czasu znad ich ławki unosi się dym tanich papierosów. Obstawiam Viceroy’e.
Kolejną ławkę można by w zasadzie pominąć-siedzi na niej sklejona ze sobą parka, obściskująca się jakby na zapas, jakby zaraz mieli iść. Nie pójdą, no jasne, że nie. Pewnie siedzą tu od rana i posiedzą jeszcze do jutra. Ciągle im nie starcza czasu, żeby nagadać się tą mową napalonych ciał, pożegnać się werbalnie i iść do swoich domów. To oczywiste, że mieszkają osobno, gdyby tak nie było, to siedzieli by od siebie w odległości minimum dwudziestu centymetrów, trzymając się z grzeczności za ręce i uśmiechając się leciutko, co jakiś czas spoglądaliby sobie głęboko w oczy. Po jakimś czasie intensywność i kierunek spojrzenia zawsze słabnie, na końcu osiągając zawsze najbardziej frapujący punkt na gołej ścianie, dlatego ja z nikim nie chodzę do parku.
Trzy następne stacje okupują grubymi dupskami cyganie (Romowie-jeśli miałoby być grzeczniej. Brzmi chujowo, nie?) z rozwrzeszczanymi bachorami. Naprawdę nie lubię dzieci, a tych małych brudasów ze smoczkami na złotych łańcuchach, skrzących się w słońcu jak plomba, którzy od stóp do głów parują barokowym przepychem, tandetą i gównem przypudrowanym brokatem, wysiedliłabym do baraków kilkadziesiąt kilometrów za miastem, a najlepiej gdzieś dwa skrzyżowania za końcem świata. Oblewają się wodą z fontanny, drą się wielogłosem tak głośno, jakby nagle znaleźli się w epicentrum trzęsienia ziemi. Rzucają butelkami, matki szarpią dzieci za pulchniutkie, opalone rączki. Nic dziwnego, że kolejne dwie ławki są puste.
Dalej w plisowanych spódnicach do połowy łydki, siedzą dwie staruszki. Pomarszczone nosy dźwigają siermiężne, druciane okulary. Białe loki, zmiany pigmentowe na spłowiałej skórze, pastelowe kolory starości. Trzymają w trzęsących dłoniach papierosy i synchronicznie przykładają je do ust. Zaciągając się tak mocno, że prawie dopochwowo, wysysają przez pożółkłe filtry całe zło tego świata. Przyprawia to ich pogniecione czasem twarze o jakiś dziwny grymas, gęby wydłużają się niemal dwukrotnie i nagle każda zmarszczka znajduje swój prawidłowy bieg w zapadniętych policzkach.
Na następnej ławce siedzę ja w mglistym towarzystwie zaszczepionej dousznie Tracy. Obserwuję dzieciaki biegające jak popieprzone satelity dookoła fontanny. Jeżdżą na rowerach, mieszają magiczne mikstury z wody, zielska i piasku, opalają wątłe kończyny i szczerzą do siebie w pośpiechu mleczne zęby. Ciągle schodzą się nowi admiratorzy źródełka, nawet ten stary, siwy wariat, którego już tak dawno nie widziałam. Mógłby być motorniczym naszego pociągu, bo łazi powłócząc nogami od ławki, do ławki i zagaduje każdego swoją istotną refleksją. Macha rękami, rozkazuje coś dzieciakom, na przemian śmieje się i wkurwia, jak kobieta w menopauzie. Mnie omija, bo wybudowałam dookoła siebie nieprzekraczalny mur milczenia. Siada koło mojej sąsiadki i gada coś do niej z zaangażowaniem, nie wiem nawet o czym. Ona na moment odrywa podwójny wzrok od ekranu komórki. Po jej mimice wnioskuję, że wariat nie jest w jej ocenie bardziej interesujący, niż treść płodzonego wciąż smsa. W końcu dziadek odchodzi i zmierza w stronę staruszek przyssanych do filtrów.
Pociąg wciąż krąży w kółko.
Nie patrzę już na to, co się dookoła mnie dzieje, zaglądam na chwilę do środka samej siebie. Myślę o tym, co mnie czeka tego lata. Pamiętasz? Miałeś zabrać mnie w jakieś tylko nasze miejsce, schować mnie przed światem i szeptać do ucha pikantne komplementy. Moglibyśmy znowu wykąpać się o północy w jeziorze w towarzystwie nawołujących nad głową ptaków i szeleszczących skrzydeł nietoperzy. Usiadłbyś potem koło mnie na pomoście, dotknąłbyś mojego uda i nic nie mówiąc zamknąłbyś cały świat w otaczającym nas metrze sześciennym powietrza. Moje długie włosy przyklejałyby się do twojej skóry. Nikt by nas nie widział. Nikt nie widziałby jak przy wschodzie słońca tracę oddech dźwigając cię na obsypanych świeżymi piegami piersiach. Jezioro parowałoby zapachem olejku do opalania.
Takiego lata już nie będzie. Wysiadam z pociągu i zmieniając playlistę idę do domu.
Obserwuję ludzi dookoła fontanny. Siedzą w tym magicznym okręgu, zajmując kolejne ławki, które kojarzą mi się ze stacjami jakiegoś popierdolonego pociągu z bajek dla dzieci, jeżdżącego w kółko-niby ciągle gdzieś jedzie, a jednocześnie nigdy donikąd nie dojeżdża. Ja też siedzę w tym kręgu i ławka po ławce, stacja po stacji, przyglądam się każdemu. Mam wrażenie, że farba z ławki topi się na mojej skórze.
Koło mnie siedzi jakaś panna-szara mysz w spłowiałej koszulce w paski i w przetartych, beżowych spodenkach. Ma mleczną skórę, dość mocne okulary, z wielkim zaangażowaniem produkuje jakiegoś smsa. Przygryza usta i w zaaferowaniu ściąga brwi, jakby miała przy nich jakiś sznurek. Może ktoś ją rzucił i boi się zadzwonić, żeby go zbluzgać. Mogłabym to zrobić za nią, ale żal mi jakoś rozstawać się z Tracy, chociaż przesłuchałam te płytę przynajmniej kilkadziesiąt razy i znam na pamięć każde słowo. Nie pasjonuje mnie moja sąsiadka, monotonna jak niedzielna msza. Wieje od niej przejmująca nudą, ale chociaż coś porusza tutaj zastanym powietrzem.
Za nią dwóch facetów w wieku średnim, odzieżowo wpasowują się idealnie w pokoleniowy brak polotu i totalną ignorancję dla sklepów, w których nie płaci się za kilogram, a za sztukę. Znoszone adidaski i skarpetki do sandałów, obowiązkowo t-shirty ciasno wciśnięte w spodnie. Pitolą coś sobie na przerośnięte uszka, siedząc noga na nogę, w jednej ręce dzierżąc puszkowany browar. Ukradkiem przechylają napój i zachłannymi łykami doją nagrzane puszki. Światło odbija się od złotego aluminium Warki Strong. Ploteczki z dzielni z bezrobotnej ręki. Od czasu do czasu znad ich ławki unosi się dym tanich papierosów. Obstawiam Viceroy’e.
Kolejną ławkę można by w zasadzie pominąć-siedzi na niej sklejona ze sobą parka, obściskująca się jakby na zapas, jakby zaraz mieli iść. Nie pójdą, no jasne, że nie. Pewnie siedzą tu od rana i posiedzą jeszcze do jutra. Ciągle im nie starcza czasu, żeby nagadać się tą mową napalonych ciał, pożegnać się werbalnie i iść do swoich domów. To oczywiste, że mieszkają osobno, gdyby tak nie było, to siedzieli by od siebie w odległości minimum dwudziestu centymetrów, trzymając się z grzeczności za ręce i uśmiechając się leciutko, co jakiś czas spoglądaliby sobie głęboko w oczy. Po jakimś czasie intensywność i kierunek spojrzenia zawsze słabnie, na końcu osiągając zawsze najbardziej frapujący punkt na gołej ścianie, dlatego ja z nikim nie chodzę do parku.
Trzy następne stacje okupują grubymi dupskami cyganie (Romowie-jeśli miałoby być grzeczniej. Brzmi chujowo, nie?) z rozwrzeszczanymi bachorami. Naprawdę nie lubię dzieci, a tych małych brudasów ze smoczkami na złotych łańcuchach, skrzących się w słońcu jak plomba, którzy od stóp do głów parują barokowym przepychem, tandetą i gównem przypudrowanym brokatem, wysiedliłabym do baraków kilkadziesiąt kilometrów za miastem, a najlepiej gdzieś dwa skrzyżowania za końcem świata. Oblewają się wodą z fontanny, drą się wielogłosem tak głośno, jakby nagle znaleźli się w epicentrum trzęsienia ziemi. Rzucają butelkami, matki szarpią dzieci za pulchniutkie, opalone rączki. Nic dziwnego, że kolejne dwie ławki są puste.
Dalej w plisowanych spódnicach do połowy łydki, siedzą dwie staruszki. Pomarszczone nosy dźwigają siermiężne, druciane okulary. Białe loki, zmiany pigmentowe na spłowiałej skórze, pastelowe kolory starości. Trzymają w trzęsących dłoniach papierosy i synchronicznie przykładają je do ust. Zaciągając się tak mocno, że prawie dopochwowo, wysysają przez pożółkłe filtry całe zło tego świata. Przyprawia to ich pogniecione czasem twarze o jakiś dziwny grymas, gęby wydłużają się niemal dwukrotnie i nagle każda zmarszczka znajduje swój prawidłowy bieg w zapadniętych policzkach.
Na następnej ławce siedzę ja w mglistym towarzystwie zaszczepionej dousznie Tracy. Obserwuję dzieciaki biegające jak popieprzone satelity dookoła fontanny. Jeżdżą na rowerach, mieszają magiczne mikstury z wody, zielska i piasku, opalają wątłe kończyny i szczerzą do siebie w pośpiechu mleczne zęby. Ciągle schodzą się nowi admiratorzy źródełka, nawet ten stary, siwy wariat, którego już tak dawno nie widziałam. Mógłby być motorniczym naszego pociągu, bo łazi powłócząc nogami od ławki, do ławki i zagaduje każdego swoją istotną refleksją. Macha rękami, rozkazuje coś dzieciakom, na przemian śmieje się i wkurwia, jak kobieta w menopauzie. Mnie omija, bo wybudowałam dookoła siebie nieprzekraczalny mur milczenia. Siada koło mojej sąsiadki i gada coś do niej z zaangażowaniem, nie wiem nawet o czym. Ona na moment odrywa podwójny wzrok od ekranu komórki. Po jej mimice wnioskuję, że wariat nie jest w jej ocenie bardziej interesujący, niż treść płodzonego wciąż smsa. W końcu dziadek odchodzi i zmierza w stronę staruszek przyssanych do filtrów.
Pociąg wciąż krąży w kółko.
Nie patrzę już na to, co się dookoła mnie dzieje, zaglądam na chwilę do środka samej siebie. Myślę o tym, co mnie czeka tego lata. Pamiętasz? Miałeś zabrać mnie w jakieś tylko nasze miejsce, schować mnie przed światem i szeptać do ucha pikantne komplementy. Moglibyśmy znowu wykąpać się o północy w jeziorze w towarzystwie nawołujących nad głową ptaków i szeleszczących skrzydeł nietoperzy. Usiadłbyś potem koło mnie na pomoście, dotknąłbyś mojego uda i nic nie mówiąc zamknąłbyś cały świat w otaczającym nas metrze sześciennym powietrza. Moje długie włosy przyklejałyby się do twojej skóry. Nikt by nas nie widział. Nikt nie widziałby jak przy wschodzie słońca tracę oddech dźwigając cię na obsypanych świeżymi piegami piersiach. Jezioro parowałoby zapachem olejku do opalania.
Takiego lata już nie będzie. Wysiadam z pociągu i zmieniając playlistę idę do domu.
29 maja 2011
wola boska
Jadę autobusem, nastrój raczej żaden. Zatrzymujemy się na kolejnym
przystanku, a na nim od razu mój wzrok przykuwa przygarbiona staruszka-
tytka w łapie, okulary, pastelowe kolory idealnie ubierają postać wybierającą
się niebawem na rejs po Styksie. Na widok wolnego miejsca koło mnie,
w jej zgaszonych oczach ukrytych za zapaćkanymi szkłami, dostrzegam
jakiś błysk-iskierkę nadziei na przejażdżkę za darmochę na siedząco.
Wyczułam to w jedną nanosekundę, a w następnym jej ułamku zwiotczałe
udo już wgniatało się w moje. Nagle w mojej głowie aktywowało się
wkurwienie, wzrosło ciśnienie krwi, a mózg toczył przekleństwa.
Nie minęło dziesięć minut, a już czuję jak szew dżinsów przyspawał
mi się do skóry. Nie wytrzymuję już, nie pomaga nawet miękki i zwiewny
jak płatki maku wokal Feist, który zawsze pomaga mi rozprostować
wszystkie skłębione adrenaliną zwoje w mózgu. Myślę tylko o tym,
że chcę umierać młodo, nagle i mitycznie, jak Nahacz, Wojaczek, czy Hłasko,
powiesić się jak Stachura, otruć gazem jak Sylvia Plath. Nie chcę zamęczać
innych pokoleń swoim wiekiem, sapaniem i przywilejami.
Szlag mnie, kurwa, trafia z tym babskiem. Wstałabym nawet, ale ta stara
tak mnie przygniotła pomarszczonym dupskiem, że boję się wypadku przy
jakiejkolwiek zmianie pozycji. Wyciągam więc cienkopis (pióro chwilowo
poszło w odstawkę, kiedy wczoraj zachlapałam sobie nowe dżinsy czarnym
atramentem) i kartkę. Stara gapi się przez ramię na moje ręce. Zasłaniam się
teczką i staram się pisać pod takim kątem, żeby cienkopis się nie zbuntował
i żeby stara wzrokiem starego sokoła nie rozczytała pisma.
Zaczynam pisać, uciekam w bezgłośne litery, żeby wypluć z siebie nadciśnienie
i nie zwalić baby z siedzenia w przypływie braku tolerancji dla wieku.
W chwilach takich, jak ta, jestem za eksterminacją starców albo chociaż za
wprowadzeniem obowiązkowych testów dla ludzi powyżej sześćdziesiątki
sprawdzających, czy nadal nadają się do życia w społeczeństwie, albo chociaż
(kurwa!) za prawem do odstrzału jednego człowieka raz na kwartał.
Ona gapi się na mnie tak natarczywie, że jej wzrok chyba zaraz wypali dziurę
w kartce. Sporadycznie spoglądam na nią kątem oka, żeby poznać wroga
i dokładniej zlokalizować jego wzrok. Ma wąsy i brodę, kurczowo trzyma się
rury-jakby była dla niej jakimś magicznym atrybutem, mojżeszową laską
albo chociaż królewskim berłem i nie puści, suka, bo się chyba świat skończy
gdyby puściła.
Nie chcę dożyć tego wieku, więc zabij mnie, proszę, szybko, głośno, a potem
zmitologizuj mnie sobie jak Gretę Garbo, postaw mnie w wersji black and white
na szafce nocnej i się do mnie, kurwa, módl, bo jestem tu z woli nieba.
przystanku, a na nim od razu mój wzrok przykuwa przygarbiona staruszka-
tytka w łapie, okulary, pastelowe kolory idealnie ubierają postać wybierającą
się niebawem na rejs po Styksie. Na widok wolnego miejsca koło mnie,
w jej zgaszonych oczach ukrytych za zapaćkanymi szkłami, dostrzegam
jakiś błysk-iskierkę nadziei na przejażdżkę za darmochę na siedząco.
Wyczułam to w jedną nanosekundę, a w następnym jej ułamku zwiotczałe
udo już wgniatało się w moje. Nagle w mojej głowie aktywowało się
wkurwienie, wzrosło ciśnienie krwi, a mózg toczył przekleństwa.
Nie minęło dziesięć minut, a już czuję jak szew dżinsów przyspawał
mi się do skóry. Nie wytrzymuję już, nie pomaga nawet miękki i zwiewny
jak płatki maku wokal Feist, który zawsze pomaga mi rozprostować
wszystkie skłębione adrenaliną zwoje w mózgu. Myślę tylko o tym,
że chcę umierać młodo, nagle i mitycznie, jak Nahacz, Wojaczek, czy Hłasko,
powiesić się jak Stachura, otruć gazem jak Sylvia Plath. Nie chcę zamęczać
innych pokoleń swoim wiekiem, sapaniem i przywilejami.
Szlag mnie, kurwa, trafia z tym babskiem. Wstałabym nawet, ale ta stara
tak mnie przygniotła pomarszczonym dupskiem, że boję się wypadku przy
jakiejkolwiek zmianie pozycji. Wyciągam więc cienkopis (pióro chwilowo
poszło w odstawkę, kiedy wczoraj zachlapałam sobie nowe dżinsy czarnym
atramentem) i kartkę. Stara gapi się przez ramię na moje ręce. Zasłaniam się
teczką i staram się pisać pod takim kątem, żeby cienkopis się nie zbuntował
i żeby stara wzrokiem starego sokoła nie rozczytała pisma.
Zaczynam pisać, uciekam w bezgłośne litery, żeby wypluć z siebie nadciśnienie
i nie zwalić baby z siedzenia w przypływie braku tolerancji dla wieku.
W chwilach takich, jak ta, jestem za eksterminacją starców albo chociaż za
wprowadzeniem obowiązkowych testów dla ludzi powyżej sześćdziesiątki
sprawdzających, czy nadal nadają się do życia w społeczeństwie, albo chociaż
(kurwa!) za prawem do odstrzału jednego człowieka raz na kwartał.
Ona gapi się na mnie tak natarczywie, że jej wzrok chyba zaraz wypali dziurę
w kartce. Sporadycznie spoglądam na nią kątem oka, żeby poznać wroga
i dokładniej zlokalizować jego wzrok. Ma wąsy i brodę, kurczowo trzyma się
rury-jakby była dla niej jakimś magicznym atrybutem, mojżeszową laską
albo chociaż królewskim berłem i nie puści, suka, bo się chyba świat skończy
gdyby puściła.
Nie chcę dożyć tego wieku, więc zabij mnie, proszę, szybko, głośno, a potem
zmitologizuj mnie sobie jak Gretę Garbo, postaw mnie w wersji black and white
na szafce nocnej i się do mnie, kurwa, módl, bo jestem tu z woli nieba.
10 kwietnia 2011
time to say goodbye
Wiesz, jeszcze czasem myślę o Tobie. Niekiedy nawet
łapię się na tym, że odtwarzając w głowie naszą przeszłość
jak starą taśmę, delikatnie się uśmiecham. Szybko się budzę i karcąc
siebie, staram się widzieć Cię jak najgorzej. Nie umiem już myśleć,
że jesteś wyjątkowy, nie umiem nawet myśleć, że kiedyś taki byłeś.
Sam sentyment tylko kwitnie na ustach przez chwilę, by potem rozmyć
się w krzywy grymas.
Nie chciałam tego, ale muszę, bo tak nie traktuje się kogoś, kto jest
dla Ciebie wszystkim. Teraz już wątpię, czy w ogóle byłam tym wszystkim
dla Ciebie. Dzięki Tobie życie ponownie, dotkliwie skopało mi tyłek,
ale to Ty sam chciałeś skopać mnie po duszy, napluć na nią wyrzygując
z siebie przekleństwa i rozciąć ją na pół, pozostawiając jątrzącą się ranę.
Do niedawna myślałam, że jeszcze kiedyś Cię zrozumiem, że tak jak dawniej,
będziesz moim przyjacielem, a dusze się skleją na powrót, ale dzisiaj
już nawet tego nie chcę. Rozjebałeś wszystko w drobny mak. Nasze życie
rozsypało się jak garść piasku nad jeszcze ciepłą trumną.
Żegnam Cię na pustym peronie. Kiedyś stałam na nim nie mogąc się doczekać,
aż pociąg wreszcie przywiezie mnie do Ciebie. Zawsze tłumy ludzi i te nerwy,
pomieszane z dziką euforią. Dzisiaj jestem tutaj sama. Nikt nie zapowiada
pociągu. Wiem, że go nie będzie. Gdyby nawet nadjechał-nie wsiadłabym do niego.
Już nie. Kiedyś miałam żal do pociągów, które odjeżdżają beze mnie, dzisiaj
żałuję tylko, że nie mam kiedy czytać książek.
Dzięki niemu widzę, że jeszcze mam szansę na ciepło. Uśmiecha się patrząc
mi prosto w oczy i mocno ściska za rękę. Może jeszcze parę dni temu,
odtrąciłabym ją w obawie, ale dzisiaj ściskam jego długie palce z całej siły.
Bezgłośnym dotykiem, muśnięciem palców potwierdzam, że jestem obok.
Zamykam oczy i idę z nim przed siebie. Wiem, że to dobry kierunek.
On też to wie.
Na razie nie puszczam.
Dla A., bo włącza światło tam, gdzie krążą moje cienie.
łapię się na tym, że odtwarzając w głowie naszą przeszłość
jak starą taśmę, delikatnie się uśmiecham. Szybko się budzę i karcąc
siebie, staram się widzieć Cię jak najgorzej. Nie umiem już myśleć,
że jesteś wyjątkowy, nie umiem nawet myśleć, że kiedyś taki byłeś.
Sam sentyment tylko kwitnie na ustach przez chwilę, by potem rozmyć
się w krzywy grymas.
Nie chciałam tego, ale muszę, bo tak nie traktuje się kogoś, kto jest
dla Ciebie wszystkim. Teraz już wątpię, czy w ogóle byłam tym wszystkim
dla Ciebie. Dzięki Tobie życie ponownie, dotkliwie skopało mi tyłek,
ale to Ty sam chciałeś skopać mnie po duszy, napluć na nią wyrzygując
z siebie przekleństwa i rozciąć ją na pół, pozostawiając jątrzącą się ranę.
Do niedawna myślałam, że jeszcze kiedyś Cię zrozumiem, że tak jak dawniej,
będziesz moim przyjacielem, a dusze się skleją na powrót, ale dzisiaj
już nawet tego nie chcę. Rozjebałeś wszystko w drobny mak. Nasze życie
rozsypało się jak garść piasku nad jeszcze ciepłą trumną.
Żegnam Cię na pustym peronie. Kiedyś stałam na nim nie mogąc się doczekać,
aż pociąg wreszcie przywiezie mnie do Ciebie. Zawsze tłumy ludzi i te nerwy,
pomieszane z dziką euforią. Dzisiaj jestem tutaj sama. Nikt nie zapowiada
pociągu. Wiem, że go nie będzie. Gdyby nawet nadjechał-nie wsiadłabym do niego.
Już nie. Kiedyś miałam żal do pociągów, które odjeżdżają beze mnie, dzisiaj
żałuję tylko, że nie mam kiedy czytać książek.
Dzięki niemu widzę, że jeszcze mam szansę na ciepło. Uśmiecha się patrząc
mi prosto w oczy i mocno ściska za rękę. Może jeszcze parę dni temu,
odtrąciłabym ją w obawie, ale dzisiaj ściskam jego długie palce z całej siły.
Bezgłośnym dotykiem, muśnięciem palców potwierdzam, że jestem obok.
Zamykam oczy i idę z nim przed siebie. Wiem, że to dobry kierunek.
On też to wie.
Na razie nie puszczam.
Dla A., bo włącza światło tam, gdzie krążą moje cienie.
14 marca 2011
piżama.
A wiosną? A wiosną wypuszczę motyle
ze słoików i pozwolę im wzbić się
w promienie nierozgrzanego jeszcze słońca.
Oślepnę stojąc w słońcu, pozwolę mu się
lizać po moim nagim, bladym ciele i nie zamrugam
powieką do czasu, aż motyle nie znikną pod pierzyną
mlecznych chmur. Znów soczysta zieleń jak farba
rozpryśnie się na moich butach, ptaki rozedrą
się w bębenkach uszu, a wiatr sypnie mi na twarz
kolejną porcję piegów. Wyblakły przez zimę,
jakoś starły się i skryły pod powłoką makijażu,
ale w słońcu znów rozbłysną jak bursztyn.
Mam głowę pełną wiatru, pajęczyn poklejonych
w niekończące się zwoje. Wszystko dudni i huczy.
W sercu już kwitną krokusy, oczy zachodzą poranną mgłą,
ręce porastają w gęsie pióra. Skóra różowieje od pierwszych
kropel ciepłych deszczy. Mam plan, mam plan być szczęśliwą
tej wiosny i nie mówić nic kiedy ktoś zmusza mnie do mówienia.
To wszystko być może, ale kiedy z słuchawki sączy się chłód,
odmrażasz mi ucho i mam ochotę zapaść znów w jesienno-zimowy marazm.
Nie każ mnie ciszą i nie kłam, że jesteś, bo pod poduszką od
dawna leży tylko moja piżama.
ze słoików i pozwolę im wzbić się
w promienie nierozgrzanego jeszcze słońca.
Oślepnę stojąc w słońcu, pozwolę mu się
lizać po moim nagim, bladym ciele i nie zamrugam
powieką do czasu, aż motyle nie znikną pod pierzyną
mlecznych chmur. Znów soczysta zieleń jak farba
rozpryśnie się na moich butach, ptaki rozedrą
się w bębenkach uszu, a wiatr sypnie mi na twarz
kolejną porcję piegów. Wyblakły przez zimę,
jakoś starły się i skryły pod powłoką makijażu,
ale w słońcu znów rozbłysną jak bursztyn.
Mam głowę pełną wiatru, pajęczyn poklejonych
w niekończące się zwoje. Wszystko dudni i huczy.
W sercu już kwitną krokusy, oczy zachodzą poranną mgłą,
ręce porastają w gęsie pióra. Skóra różowieje od pierwszych
kropel ciepłych deszczy. Mam plan, mam plan być szczęśliwą
tej wiosny i nie mówić nic kiedy ktoś zmusza mnie do mówienia.
To wszystko być może, ale kiedy z słuchawki sączy się chłód,
odmrażasz mi ucho i mam ochotę zapaść znów w jesienno-zimowy marazm.
Nie każ mnie ciszą i nie kłam, że jesteś, bo pod poduszką od
dawna leży tylko moja piżama.
13 marca 2011
Iw
Jeszcze kilka dni temu myślałam, że już po wszystkim.
Nie ma Cię-wiem o tym, jest trudno, ale jestem spokojna.
Nadal brakuje mi rozmów w ciepłym łóżku nad ranem,
tęsknię do powrotów do domu, do zapachu
poduszek wilgotnych po nocy, do twoich silnych
ramion i uśpionego oddechu. Histeryzuję, kiedy
nie mogę przypomnieć sobie Twojego zapachu,
kiedy nie słyszę Twojego głosu.
Spłynął ze mnie cały romantyzm. Spłynął
po mnie jak ptasie gówno i głośnym mlaśnięciem
jebnął o chodnik. Nic mi się nie chce, trzy dni zbieram
się do wyjścia z domu. Czasem tylko przemykam
w dresie, między blokami pod pretekstem spaceru z psem.
Najczęściej wieczorem, wtedy nikt mnie nie widzi, albo
tylko tak mi się wydaje. Niebo ciężko przysiada na moich
zmęczonych barkach, na plecach czuję oddech dnia,
a grawitacja ciągnie w dół moje powieki i ręce też same opadają.
To smutne, że kiedyś chciałam dać Ci całą siebie,
a dzisiaj najchętniej wyrwałabym Ci z pamięci wszystkie
wspomnienia o mnie i o nas. Jestem autodestrukcyjną maszyną.
Katuję się myślami o Tobie, tracę wzrok nad wspólnymi zdjęciami.
Naprawdę myślałam, że odsunęłam Cię już na dalszy plan,
że poradzę sobie bez drugiego ramienia obok-wyprostuję się
i pójdę przed siebie w samotność, ale kiedy nagle zamilkł
telefon, coś we mnie pękło. Co jakiś czas dzwoniłam znowu,
żeby usłyszeć, że nie ma takiego numeru. Nie wiem co ja wtedy
myślałam. Że odbierzesz? Że wyskoczysz jak panienka z tortu
i powiesz, że to tylko taki żart? Każdy kolejny taki telefon
unaoczniał mi fakt, że nie mam jak się z Tobą skontaktować.
Gdzieś w środku we mnie rozległ się rozdzierający krzyk.
Wtedy właśnie zrozumiałam, że zbyt wcześnie uwierzyłam we własne
siły i sama przed sobą udawałam, że nogi mogą ponieść mnie dalej,
choć serce jest jeszcze złamane. Łudziłam się, że blizny jakoś pozarastają,
że zostaną tylko po to, żeby pamiętać, ale przestaną boleć.
W takich momentach, przypomina mi się uśmiechnięta twarz Iw.
Szeroko otwarte oczy, spojrzenie pełne zaciekawienia i troski,
lekki uśmiech gdzieś na końcach rzęs i naiwne pytanie: Jest miłość?
Patrzę na nią z kpiną i mówię: nie ma, kurwa!
Teraz tak sobie myślę, że może i jest, tylko omija mnie szerokim łukiem
i jeszcze z daleka pluje mi w twarz, dziwka.
Dla Iw, bo jest i słucha znajdując sens w bezsensie...
Nie ma Cię-wiem o tym, jest trudno, ale jestem spokojna.
Nadal brakuje mi rozmów w ciepłym łóżku nad ranem,
tęsknię do powrotów do domu, do zapachu
poduszek wilgotnych po nocy, do twoich silnych
ramion i uśpionego oddechu. Histeryzuję, kiedy
nie mogę przypomnieć sobie Twojego zapachu,
kiedy nie słyszę Twojego głosu.
Spłynął ze mnie cały romantyzm. Spłynął
po mnie jak ptasie gówno i głośnym mlaśnięciem
jebnął o chodnik. Nic mi się nie chce, trzy dni zbieram
się do wyjścia z domu. Czasem tylko przemykam
w dresie, między blokami pod pretekstem spaceru z psem.
Najczęściej wieczorem, wtedy nikt mnie nie widzi, albo
tylko tak mi się wydaje. Niebo ciężko przysiada na moich
zmęczonych barkach, na plecach czuję oddech dnia,
a grawitacja ciągnie w dół moje powieki i ręce też same opadają.
To smutne, że kiedyś chciałam dać Ci całą siebie,
a dzisiaj najchętniej wyrwałabym Ci z pamięci wszystkie
wspomnienia o mnie i o nas. Jestem autodestrukcyjną maszyną.
Katuję się myślami o Tobie, tracę wzrok nad wspólnymi zdjęciami.
Naprawdę myślałam, że odsunęłam Cię już na dalszy plan,
że poradzę sobie bez drugiego ramienia obok-wyprostuję się
i pójdę przed siebie w samotność, ale kiedy nagle zamilkł
telefon, coś we mnie pękło. Co jakiś czas dzwoniłam znowu,
żeby usłyszeć, że nie ma takiego numeru. Nie wiem co ja wtedy
myślałam. Że odbierzesz? Że wyskoczysz jak panienka z tortu
i powiesz, że to tylko taki żart? Każdy kolejny taki telefon
unaoczniał mi fakt, że nie mam jak się z Tobą skontaktować.
Gdzieś w środku we mnie rozległ się rozdzierający krzyk.
Wtedy właśnie zrozumiałam, że zbyt wcześnie uwierzyłam we własne
siły i sama przed sobą udawałam, że nogi mogą ponieść mnie dalej,
choć serce jest jeszcze złamane. Łudziłam się, że blizny jakoś pozarastają,
że zostaną tylko po to, żeby pamiętać, ale przestaną boleć.
W takich momentach, przypomina mi się uśmiechnięta twarz Iw.
Szeroko otwarte oczy, spojrzenie pełne zaciekawienia i troski,
lekki uśmiech gdzieś na końcach rzęs i naiwne pytanie: Jest miłość?
Patrzę na nią z kpiną i mówię: nie ma, kurwa!
Teraz tak sobie myślę, że może i jest, tylko omija mnie szerokim łukiem
i jeszcze z daleka pluje mi w twarz, dziwka.
Dla Iw, bo jest i słucha znajdując sens w bezsensie...
10 stycznia 2011
odgrzany staroć
Mam duszę ze szkła, kruchą i słodką jak marcepan zimą.
Mam duszę w piórach, miękkich i lekkich jak pajęczyna.
Mam duszę z papieru, która spala się i na nowo rodzi
się w bólach. Brudzi się i klei jak papier mâché,
a potem zastyga w bezruchu i sztywnieje jak zwłoki.
Moja dusza ma skrzydła, złamane i sztuczne, które nigdzie nie pofruną.
Moja dusza ma oczy, zielone jak kot, piękne, wielkie,ślepe i naiwne.
Moja dusza ma twarz dziecka, różową i świeżą, a jej skóra pachnie palonym cukrem.
Moja dusza to kobieta, to tylko dupa i cycki.
Może ją widziałeś? Oddaj mi ją, proszę, bo wszędzie
jej szukam i nie mogę znaleźć. Ostatni raz widziałam
ją wczoraj, oderwała się ode mnie na dachu wieżowca.
Poszybowała w dół, usiłując latać. Na dole jej nie
ma, a ja bez niej nie umiem pisać...
[To nieprawda, że Liban jest daleko?]
Mam duszę w piórach, miękkich i lekkich jak pajęczyna.
Mam duszę z papieru, która spala się i na nowo rodzi
się w bólach. Brudzi się i klei jak papier mâché,
a potem zastyga w bezruchu i sztywnieje jak zwłoki.
Moja dusza ma skrzydła, złamane i sztuczne, które nigdzie nie pofruną.
Moja dusza ma oczy, zielone jak kot, piękne, wielkie,ślepe i naiwne.
Moja dusza ma twarz dziecka, różową i świeżą, a jej skóra pachnie palonym cukrem.
Moja dusza to kobieta, to tylko dupa i cycki.
Może ją widziałeś? Oddaj mi ją, proszę, bo wszędzie
jej szukam i nie mogę znaleźć. Ostatni raz widziałam
ją wczoraj, oderwała się ode mnie na dachu wieżowca.
Poszybowała w dół, usiłując latać. Na dole jej nie
ma, a ja bez niej nie umiem pisać...
[To nieprawda, że Liban jest daleko?]
Subskrybuj:
Posty (Atom)