"Zastyga w kwiaty mróz.
Rosa w gwiazdy.
Głuchy i martwy
Dzwonu ton.
Komuś zbrakło tchu."
Sylvia Plath - "Śmierć i Spółka"
Spacerowała z psem po trzeszczącej, nierównej tafli lodu.
Było wczesne popołudnie, ale-jak to zimą bywa-wszystko
ogarniała już drżąca, gęsta ciemność. Zimne księżycowe
światło, skrzyło się diamentowym blaskiem na bladym śniegu.
W zmarzniętej dłoni trzymała skórzaną smycz.
Idąc wolno przed siebie, kopała bryłki lodu przemokniętym
butem, a pies biegł za nimi merdając ogonem
i radośnie poszczekując.
Szła wciąż z pochyloną głową, pochłonięta
jakimiś ponurymi myślami, nie zwracając wcale uwagi
na psa, który wciąż szarpał za smycz i zaplątywał
się w nią próbując złapać wszystkie bryłki wypryskujące
spod jej stóp. Myśli coraz gęściej kotłowały się w jej
głowie, krzyczały, bolały i rozdzierały ją na pół.
Szła coraz szybciej i coraz dalej wykopywała przed siebie
kawałki lodu. Pies, szalejąc z radości pędził za nimi
z wywieszonym językiem. W końcu szarpnął tak mocno,
że jej bezwładna, sina ręka bez oporu upuściła smycz.
Pies gnał daleko w czerń, wznosząc w powietrze tumany
lewitujących płatków śniegu i prawie frunąc nad lodem,
haczył łapami o powiewającą za nim smycz. Zniknął gdzieś
w ciemności, pozostawiając za sobą głuchą, martwą ciszę.
Po chwili po zasypanej śniegiem tafli jeziora, poniósł się
rozdzierający skowyt, trzask pękającego lodu i chlupot
lodowatej wody. Co chwilę jeszcze dobiegało z daleka
zduszone szczekanie, przechodzące w rozpaczliwe wycie,
i bulgoczące rzężenie. Poźniej wszystko zupełnie ucichło.
Biegła przed siebie najszybciej, jak tylko potrafiła,
połykając łapczywie mroźne powietrze. Znalazła w końcu
to miejsce, ale nie mogła podejść zbyt blisko, bo lód
zaczynał trzeszczeć pod jej stopami i strzelając głucho, pękał.
Uklękła i ukryła twarz w dłoniach. Płakała i krzyczała, a echo
niosło się po całym jeziorze roztrzaskujac się tępo o przybrzeżne
drzewa. Uniosła wzrok ku górze, jakby winiąc Opatrzność za to,
co się przed chwilą wydarzyło. Niewzruszone gwiazdy, spoglądały
na nią nienachalnie i tylko ta ciemność jakoś ciężej przysiadła
na jej ramionach.
22 sierpnia 2009
6 sierpnia 2009
papierowy przyjaciel
W moich oczach biały szron,
Krajobrazy skute mrozem.
On mych pragnień kruszy lód,
Nieporadny, pełen ciepła mały człowiek.
W moim sercu już się zrodził
Niepojęcie mały ktoś.
Mały człowiek, niby nikt,
Wielkie morza moich myśli ułagodził.
Śpij mój mały synku,
Zaśnij, nie płacz dłużej.
Twój maleńki, biały okręcik
Stoi bezpieczny w wielkiej kałuży.
Twój maleńki okręt
Piękną ma pogodę.
Ile jeszcze deszczów przeminie,
Nim ruszysz tam, całkiem sam na wielką wodę?
"Mały Człowiek"
Krewni i Znajomi Królika
Jej mały przyjaciel był z papieru. Patrzył na nią
czarnymi kropkami narysowanymi szkolnym flamastrem
i uśmiechał się równie nieprawdziwym uśmiechem.
Był naprawdę niewielki. Mieszkał na statku z okładki
folderu biura podróży i dryfował nim po blaszanej misce
wypełnionej deszczówką.
Spędzała z nim każdy dzień, godzinami rozmawiając z nim
i wymyślając rozmaite zabawy. Wrzucała mu do miski czysty
piasek i muszle znad morza piszcząc przy tym z radości.
Kolebała miską rozlewając wodę, a mały stateczek niepewnie
kołysał się na rozhuśtanych falach.
Nie bój się, mówiła. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić,
mój przyjacielu. Uśmiechała się do niego serdecznie
i ciepłym oddechem starała się osuszyć go z kropli wody.
Jego statek z każdym dniem nabierał coraz więcej wody,
dno przemakało, a burty rozmiękały jak ciasto. Ona jednak,
pochłonięta zabawą, nie zwracała na to uwagi. Po deszczu
dolewała do miski wody, która zdążyła się zebrać pod rynną.
Śmiała się widząc, jak stateczek kręci się w kółko
po spienionej tafli. Z czasem, woda zaczęła się przelewać.
Każdy krok, postawiony na drewnianej podłodze
powodował, że po brzegu miski spływał coraz to większy
wodospad, tworząc na podłodze wciąż powiększającą się
kałużę. Ona ciągle się śmiała i klaszcząc w dłonie, krzyczała:
Widziałeś ile masz już wody?! Jeszcze trochę i będziesz
żeglował po pokoju! Cieszysz się?
Przyjaciel patrzył na nią jednak niezmiennym spojrzeniem
i uśmiechał się tak, jak zawsze.
O tej porze roku deszcz padał bardzo często, więc wiaderko
ustawione pod rynną napełniało się przynajmniej raz dziennie.
Biegała akurat boso po deszczu, kiedy zauważyła, że z wiaderka
zaczyna wylewać się woda. Podbiegła do rynny, chwyciła wiadro
za pogiętą, metalową rączkę i chlustając na boki strumieniami
ciepłego deszczu, pobiegła do domu. Zbliżyła się do miski,
którą otaczała metrowa już kałuża, uniosła wiadro nad biodra,
a kiedy chciała je przechylić, metalowy pałąk pękł na pół.
Wiadro z łoskotem wpadło do miski, która chybocząc się
dramatycznie, ostatecznie wywróciła się do góry dnem.
Wiadro bębniąc i dzwoniąc toczyło się dalej, wywracając
przy tym wszystko, co spotkało na swojej drodze.
Woda płynęła przez pokój-po linoleum i wzorzystych dywanach,
a wraz z nią sunął mały, papierowy okręcik. Kręcił w wodzie
kołowrotki, zanurzał się pod falami i coraz bardziej
rozmakał i pęczniał. Papierowy przyjaciel zniknął gdzieś
wcześniej, a ona, posuwając się teraz wolno na czworakach,
zataczając dłońmi szerokie koła, płacząc i krzycząc,
szukała go wśród przemokniętych przedmiotów.
Chwyciła wiadro i cisnęła nim w złości przed siebie.
Sięgnęła po miskę, odwróciła ją i wtedy go zobaczyła.
Leżał na dnie miski, bezwładny i martwy. Kratka jego
papieru rozmazała się, tworząc chaotyczny i smutny obraz.
Twarz też miał zamazaną. W miejscu oczu i dawnego uśmiechu,
tkwiły teraz czarne kleksy. Sflaczały, mokry i cieknący
jak zużyty kondom, leżał tam, na dnie miski, nieświadomy
swojej śmierci, ani wcześniejszego życia. A ona?
A ona płakała; zanosiła się płaczem, rozmazując przy tym
na twarzy łzy razem ze smarkami. Zawsze tak się kończyło.
To był jej dziesiąty papierowy przyjaciel w tym miesiącu.
Miała trzydzieści siedem lat, chorobę psychiczną i cholerną
potrzebę bycia kochaną.
Krajobrazy skute mrozem.
On mych pragnień kruszy lód,
Nieporadny, pełen ciepła mały człowiek.
W moim sercu już się zrodził
Niepojęcie mały ktoś.
Mały człowiek, niby nikt,
Wielkie morza moich myśli ułagodził.
Śpij mój mały synku,
Zaśnij, nie płacz dłużej.
Twój maleńki, biały okręcik
Stoi bezpieczny w wielkiej kałuży.
Twój maleńki okręt
Piękną ma pogodę.
Ile jeszcze deszczów przeminie,
Nim ruszysz tam, całkiem sam na wielką wodę?
"Mały Człowiek"
Krewni i Znajomi Królika
Jej mały przyjaciel był z papieru. Patrzył na nią
czarnymi kropkami narysowanymi szkolnym flamastrem
i uśmiechał się równie nieprawdziwym uśmiechem.
Był naprawdę niewielki. Mieszkał na statku z okładki
folderu biura podróży i dryfował nim po blaszanej misce
wypełnionej deszczówką.
Spędzała z nim każdy dzień, godzinami rozmawiając z nim
i wymyślając rozmaite zabawy. Wrzucała mu do miski czysty
piasek i muszle znad morza piszcząc przy tym z radości.
Kolebała miską rozlewając wodę, a mały stateczek niepewnie
kołysał się na rozhuśtanych falach.
Nie bój się, mówiła. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić,
mój przyjacielu. Uśmiechała się do niego serdecznie
i ciepłym oddechem starała się osuszyć go z kropli wody.
Jego statek z każdym dniem nabierał coraz więcej wody,
dno przemakało, a burty rozmiękały jak ciasto. Ona jednak,
pochłonięta zabawą, nie zwracała na to uwagi. Po deszczu
dolewała do miski wody, która zdążyła się zebrać pod rynną.
Śmiała się widząc, jak stateczek kręci się w kółko
po spienionej tafli. Z czasem, woda zaczęła się przelewać.
Każdy krok, postawiony na drewnianej podłodze
powodował, że po brzegu miski spływał coraz to większy
wodospad, tworząc na podłodze wciąż powiększającą się
kałużę. Ona ciągle się śmiała i klaszcząc w dłonie, krzyczała:
Widziałeś ile masz już wody?! Jeszcze trochę i będziesz
żeglował po pokoju! Cieszysz się?
Przyjaciel patrzył na nią jednak niezmiennym spojrzeniem
i uśmiechał się tak, jak zawsze.
O tej porze roku deszcz padał bardzo często, więc wiaderko
ustawione pod rynną napełniało się przynajmniej raz dziennie.
Biegała akurat boso po deszczu, kiedy zauważyła, że z wiaderka
zaczyna wylewać się woda. Podbiegła do rynny, chwyciła wiadro
za pogiętą, metalową rączkę i chlustając na boki strumieniami
ciepłego deszczu, pobiegła do domu. Zbliżyła się do miski,
którą otaczała metrowa już kałuża, uniosła wiadro nad biodra,
a kiedy chciała je przechylić, metalowy pałąk pękł na pół.
Wiadro z łoskotem wpadło do miski, która chybocząc się
dramatycznie, ostatecznie wywróciła się do góry dnem.
Wiadro bębniąc i dzwoniąc toczyło się dalej, wywracając
przy tym wszystko, co spotkało na swojej drodze.
Woda płynęła przez pokój-po linoleum i wzorzystych dywanach,
a wraz z nią sunął mały, papierowy okręcik. Kręcił w wodzie
kołowrotki, zanurzał się pod falami i coraz bardziej
rozmakał i pęczniał. Papierowy przyjaciel zniknął gdzieś
wcześniej, a ona, posuwając się teraz wolno na czworakach,
zataczając dłońmi szerokie koła, płacząc i krzycząc,
szukała go wśród przemokniętych przedmiotów.
Chwyciła wiadro i cisnęła nim w złości przed siebie.
Sięgnęła po miskę, odwróciła ją i wtedy go zobaczyła.
Leżał na dnie miski, bezwładny i martwy. Kratka jego
papieru rozmazała się, tworząc chaotyczny i smutny obraz.
Twarz też miał zamazaną. W miejscu oczu i dawnego uśmiechu,
tkwiły teraz czarne kleksy. Sflaczały, mokry i cieknący
jak zużyty kondom, leżał tam, na dnie miski, nieświadomy
swojej śmierci, ani wcześniejszego życia. A ona?
A ona płakała; zanosiła się płaczem, rozmazując przy tym
na twarzy łzy razem ze smarkami. Zawsze tak się kończyło.
To był jej dziesiąty papierowy przyjaciel w tym miesiącu.
Miała trzydzieści siedem lat, chorobę psychiczną i cholerną
potrzebę bycia kochaną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)