W ciszy mojej mdłej, Twój głos zamajaczył na smutno
i rozbił się w moich uszach falą wątpliwości.
Powiedziałeś, że będziesz na chwilę, a ja ubrałam się
i wyszłam. Nabrałam w płuca mroźnego powietrza i spojrzałam
na oszronioną huśtawkę. Dotknęłam jej ręką i spojrzałam na czarny
odcisk mojej dłoni, rozmyty pośród zastygłej wody.
Po chwili palce zlały się w jedno, a ja myślałam tylko o tym,
jak ona rozpływa się pod subtelnym naciskiem Twoich ust i dłoni.
Nie lubię huśtawek, bo marzną za szybko.
30 grudnia 2008
29 grudnia 2008
on ona i on
Ty zalewasz herbatę wodą, a on podaje cukier.
Ty zakładasz jej buty, a on je sznuruje.
Ty się śmiejesz, a on się uśmiecha tylko.
Ty czytasz, on nie wie nic o tym.
Ty ukrywasz myśli w słowach, on pokazuje
je nawet niemym oddechem.
Ty bierzesz, on daje. Czerpiesz zachłannie
i analizujesz w milczeniu i cieple jej skóry.
Zna całą Twoją mapę żył i wodzi po niej palcem,
kiedy śpisz. Na jego ciele, bez namysłu
nie trafi palcem nawet w pieprzyk na policzku.
Ty czasem nią gardzisz i karcisz ją,
on szeptem ucisza jej furię.
Przy Tobie jest delikatna, czuła i boi się,
że jej dziwna poza pęknie jak bańka mydlana,
kiedy ktoś palcem sprawdzi czy jest prawdziwa.
Przy nim jest oschła i agresywna.
Sama gubi się w swoich dwóch "ja",
rozdziera się jak suchy papier i nie potrafi się
skleić na powrót. Nie wie kim jest, dla kogo jest
i być powinna i chciałaby być.
Ty jesteś daleko, nie całujesz jej, nie dotykasz,
on robi to wszystko i dwa razy więcej. Jest szczęśliwa,
ale kiedy patrzy na Twoje pożółkłe i pogniecione zdjęcie wie,
że jej szczęście też pożółkło i pogniotło się w czasie,
że wolałaby wypić herbatę bez cukru, chodzić w rozsznurowanych
butach i palcem przeskakiwać przez pulsującą aortę, albo
nożem, jeśli nie.
Ty zakładasz jej buty, a on je sznuruje.
Ty się śmiejesz, a on się uśmiecha tylko.
Ty czytasz, on nie wie nic o tym.
Ty ukrywasz myśli w słowach, on pokazuje
je nawet niemym oddechem.
Ty bierzesz, on daje. Czerpiesz zachłannie
i analizujesz w milczeniu i cieple jej skóry.
Zna całą Twoją mapę żył i wodzi po niej palcem,
kiedy śpisz. Na jego ciele, bez namysłu
nie trafi palcem nawet w pieprzyk na policzku.
Ty czasem nią gardzisz i karcisz ją,
on szeptem ucisza jej furię.
Przy Tobie jest delikatna, czuła i boi się,
że jej dziwna poza pęknie jak bańka mydlana,
kiedy ktoś palcem sprawdzi czy jest prawdziwa.
Przy nim jest oschła i agresywna.
Sama gubi się w swoich dwóch "ja",
rozdziera się jak suchy papier i nie potrafi się
skleić na powrót. Nie wie kim jest, dla kogo jest
i być powinna i chciałaby być.
Ty jesteś daleko, nie całujesz jej, nie dotykasz,
on robi to wszystko i dwa razy więcej. Jest szczęśliwa,
ale kiedy patrzy na Twoje pożółkłe i pogniecione zdjęcie wie,
że jej szczęście też pożółkło i pogniotło się w czasie,
że wolałaby wypić herbatę bez cukru, chodzić w rozsznurowanych
butach i palcem przeskakiwać przez pulsującą aortę, albo
nożem, jeśli nie.
25 grudnia 2008
opowieść wigilijna
Zasiedli całą rodziną przy białym stole.
Ktoś kaszlał, ktoś się śmiał, ktoś szeptem bluźnił
zasłaniając usta dłonią.
Gospodarz wstał, przełamał opłatek i wznosząc toast,
rozpoczął ucztę. Pokój wypełniał się zapachem grzybów,
choinki i pierników. Gęstniał coraz bardziej
i w cieple rodzinnej atmosfery, rozpływał się uśmiechem
na twarzach przybyłych.
Nagle w drzwiach, stanął człowiek i otrzepując śnieg
z łachmanów, wszedł do środka. Zionął odrażającym smrodem-
zakrzepłą krwią i brudem, pomieszanymi ze świeżym moczem i potem.
W milczeniu i towarzystwie zdziwionych spojrzeń, zajął puste
miejsce przy stole, wziął w brudną dłoń srebrny widelec
i wbił go w rybę. Po chwili, gospodarz uniósł się ze
swojego krzesła i powiedział:
- Panie, to jest miejsce dla bliskich, których w tym roku
zabrakło przy stole wigilijnym, a nie dla pana.
Jak pan tu wlazłeś w ogóle?
- Drzwi były otwarte.- odparł ten, przeżuwając kęs pieczonej
ryby.
- Ale panie, u nas jest taki zwyczaj po prostu, że zawsze jest
puste miejsce przy stole. Wyjdź pan. - kontynuował poirytowany
gospodarz
- Aha, w takim razie przepraszam.- powiedział przybysz,
upuszczając z brzękiem srebrny widelec i ułamując tym samym,
ucho od porcelanowej filiżanki.
Wyszedł. Gospodarz usiadł jeszcze trochę poruszony
i odetchnął głęboko. Nagle coś odezwało się w jego głowie
i w nim samym:
Człowieku, a może to Bóg zaszedł właśnie pod Twój dach?
- Serio? O kurwa...
A to dla złagodzenia wydźwięku:
http://www.youtube.com/watch?v=McMsyPddKpQ
Ktoś kaszlał, ktoś się śmiał, ktoś szeptem bluźnił
zasłaniając usta dłonią.
Gospodarz wstał, przełamał opłatek i wznosząc toast,
rozpoczął ucztę. Pokój wypełniał się zapachem grzybów,
choinki i pierników. Gęstniał coraz bardziej
i w cieple rodzinnej atmosfery, rozpływał się uśmiechem
na twarzach przybyłych.
Nagle w drzwiach, stanął człowiek i otrzepując śnieg
z łachmanów, wszedł do środka. Zionął odrażającym smrodem-
zakrzepłą krwią i brudem, pomieszanymi ze świeżym moczem i potem.
W milczeniu i towarzystwie zdziwionych spojrzeń, zajął puste
miejsce przy stole, wziął w brudną dłoń srebrny widelec
i wbił go w rybę. Po chwili, gospodarz uniósł się ze
swojego krzesła i powiedział:
- Panie, to jest miejsce dla bliskich, których w tym roku
zabrakło przy stole wigilijnym, a nie dla pana.
Jak pan tu wlazłeś w ogóle?
- Drzwi były otwarte.- odparł ten, przeżuwając kęs pieczonej
ryby.
- Ale panie, u nas jest taki zwyczaj po prostu, że zawsze jest
puste miejsce przy stole. Wyjdź pan. - kontynuował poirytowany
gospodarz
- Aha, w takim razie przepraszam.- powiedział przybysz,
upuszczając z brzękiem srebrny widelec i ułamując tym samym,
ucho od porcelanowej filiżanki.
Wyszedł. Gospodarz usiadł jeszcze trochę poruszony
i odetchnął głęboko. Nagle coś odezwało się w jego głowie
i w nim samym:
Człowieku, a może to Bóg zaszedł właśnie pod Twój dach?
- Serio? O kurwa...
A to dla złagodzenia wydźwięku:
http://www.youtube.com/watch?v=McMsyPddKpQ
22 grudnia 2008
**
Dotknęłam tego wczoraj. Wróciło jak bumerang. Trafiło prosto
w głowę i wbiło się w serce. Nie umiałam tego poukładać jakoś.
Myślałam co mam mówić. Zastanawiałam się i zagryzałam usta.
Starałam się zębami zedrzeć z nich spierzchnięta skórę.
W końcu skupiłam się na tym bardziej, niż na samym myśleniu,
a kiedy wróciłam do myślenia, miałam do krwi pogryzione wargi.
Może właśnie o tym Ci powiem. Może razem z krwią, wypłyną
mi z ust słowa, które chcę powiedzieć.
Boli mnie.
No to powiedziałam.
w głowę i wbiło się w serce. Nie umiałam tego poukładać jakoś.
Myślałam co mam mówić. Zastanawiałam się i zagryzałam usta.
Starałam się zębami zedrzeć z nich spierzchnięta skórę.
W końcu skupiłam się na tym bardziej, niż na samym myśleniu,
a kiedy wróciłam do myślenia, miałam do krwi pogryzione wargi.
Może właśnie o tym Ci powiem. Może razem z krwią, wypłyną
mi z ust słowa, które chcę powiedzieć.
Boli mnie.
No to powiedziałam.
Powiedział nie.
Usłyszałam to chwilę później.
Później jechaliśmy razem tramwajem.
Coś myślał i wiem, że mówił dokładnie to samo.
Pożegnaliśmy się bezsensu. Zaczął padać deszcz.
Poszłam dalej sama, przed siebie.
Kiedy szłam wzdłuż torów, usłyszałam nad głową
krzyk dzikich gęsi. Trzaskały skrzydłami
o chmury i wrzeszczały coś do siebie.
Nie rozumiałam, a może wiedziałabym coś więcej teraz.
Przed domem, na wietrze, bujała się mokra huśtawka.
Usiadłam na niej, ale przestała się huśtać.
Wstałam więc, zapaliłam papierosa i patrzyłam jak sama
buja się dalej.
Spojrzałam w górę. Niebo zasnute smołą, już dawno
pogrzebało słońce. Tęczy nie będzie, nie dzisiaj,
ale życzę Ci tego, siostro, na to lub
późniejsze jutro.
Usłyszałam to chwilę później.
Później jechaliśmy razem tramwajem.
Coś myślał i wiem, że mówił dokładnie to samo.
Pożegnaliśmy się bezsensu. Zaczął padać deszcz.
Poszłam dalej sama, przed siebie.
Kiedy szłam wzdłuż torów, usłyszałam nad głową
krzyk dzikich gęsi. Trzaskały skrzydłami
o chmury i wrzeszczały coś do siebie.
Nie rozumiałam, a może wiedziałabym coś więcej teraz.
Przed domem, na wietrze, bujała się mokra huśtawka.
Usiadłam na niej, ale przestała się huśtać.
Wstałam więc, zapaliłam papierosa i patrzyłam jak sama
buja się dalej.
Spojrzałam w górę. Niebo zasnute smołą, już dawno
pogrzebało słońce. Tęczy nie będzie, nie dzisiaj,
ale życzę Ci tego, siostro, na to lub
późniejsze jutro.
*
Rozpoznaję ich.
Mijają mnie, mówią coś, szepczą, krzyczą, jęczą.
Kiedy pytam-milczą, odchodzą, zapominają, nie myślą.
Rozpoznaję ich. Nie wiem skąd ich znam, skąd pochodzą,
kim są. Rozpoznaję ich. Mówię, a oni milczą.
Nic nie pamiętam ostatnio.
Mijają mnie, mówią coś, szepczą, krzyczą, jęczą.
Kiedy pytam-milczą, odchodzą, zapominają, nie myślą.
Rozpoznaję ich. Nie wiem skąd ich znam, skąd pochodzą,
kim są. Rozpoznaję ich. Mówię, a oni milczą.
Nic nie pamiętam ostatnio.
21 grudnia 2008
nie rozumiem
Tak bardzo Cię nie rozumiem. Staram się, słucham, patrzę,
analizuję. Nie rozumiem. Stoisz obok, mówisz do mnie,
a ja nie słyszę. Słyszę dźwięk, nie słyszę słów.
Nie widzę Ciebie koło mnie, nie ma Ciebie w Twoich słowach.
Otwierasz oczy i patrzysz na mnie, ale tylko patrzysz,
nie przyglądasz się. Nie wiem nawet, czy mnie widzisz.
Słucham Cię uważnie, pocałunkiem spijam z Twoich ust
każde słowo, zanim zdąży z nich wylecieć.
Nie chcę, żeby mi umknęło. Ucho i tak go nie usłyszy,
więc niech to słowo zapadnie się we mnie, niech zostanie tam.
Ucho nie zrozumie, ja też nie rozumiem, ale każde Twoje
słowo, przechowuję w sobie na wypadek gdyby.
Powiedz do mnie czysto, albo nic nie mów.
Bądź, a nie przebywaj, a najlepiej spierdalaj.
analizuję. Nie rozumiem. Stoisz obok, mówisz do mnie,
a ja nie słyszę. Słyszę dźwięk, nie słyszę słów.
Nie widzę Ciebie koło mnie, nie ma Ciebie w Twoich słowach.
Otwierasz oczy i patrzysz na mnie, ale tylko patrzysz,
nie przyglądasz się. Nie wiem nawet, czy mnie widzisz.
Słucham Cię uważnie, pocałunkiem spijam z Twoich ust
każde słowo, zanim zdąży z nich wylecieć.
Nie chcę, żeby mi umknęło. Ucho i tak go nie usłyszy,
więc niech to słowo zapadnie się we mnie, niech zostanie tam.
Ucho nie zrozumie, ja też nie rozumiem, ale każde Twoje
słowo, przechowuję w sobie na wypadek gdyby.
Powiedz do mnie czysto, albo nic nie mów.
Bądź, a nie przebywaj, a najlepiej spierdalaj.
poniedziałek w środę
Środa. Późne, wiosenne popołudnie.
Ona, leżała na kanapie, przed telewizorem i oglądała
jakąś durną komedię amerykańską.
On, przyszedł zmęczony do domu, usiadł obok,
spojrzał na nią i zastanawiał się dlaczego się nie śmieje.
Nawet się nie odezwała, kiedy zaczął ją całować i rozbierać.
Od dawna nic do niej nie czuł, poza pożądaniem.
W trakcie tej, zawężonej do minimum, gry wstępnej,
zobaczył, że ma na stopach skarpetki z Gwiazdorem,
z zeszłego roku. Jego zapał nieco ostygł,
ale i tak kontynuował. Jej skóra była delikatna
i słodko pachniała, odgarniał jej włosy z twarzy
i namiętnie całował-po twarzy, szyi, dekolcie,
piersiach, brzuchu. Zaczął rozpinać jej rozporek
i patrzył, jak jej ciało coraz szybciej unosi się
w podnieceniu i opada . Kiedy zobaczył, że na jej majtkach,
widnieje napis "MONDAY", ubrał się i wyszedł z myślą,
że może wróci w poniedziałek.
Ona, leżała na kanapie, przed telewizorem i oglądała
jakąś durną komedię amerykańską.
On, przyszedł zmęczony do domu, usiadł obok,
spojrzał na nią i zastanawiał się dlaczego się nie śmieje.
Nawet się nie odezwała, kiedy zaczął ją całować i rozbierać.
Od dawna nic do niej nie czuł, poza pożądaniem.
W trakcie tej, zawężonej do minimum, gry wstępnej,
zobaczył, że ma na stopach skarpetki z Gwiazdorem,
z zeszłego roku. Jego zapał nieco ostygł,
ale i tak kontynuował. Jej skóra była delikatna
i słodko pachniała, odgarniał jej włosy z twarzy
i namiętnie całował-po twarzy, szyi, dekolcie,
piersiach, brzuchu. Zaczął rozpinać jej rozporek
i patrzył, jak jej ciało coraz szybciej unosi się
w podnieceniu i opada . Kiedy zobaczył, że na jej majtkach,
widnieje napis "MONDAY", ubrał się i wyszedł z myślą,
że może wróci w poniedziałek.
19 grudnia 2008
bębenek
Wsiadła w pośpiechu do tramwaju. Była zdyszana, zziębnięta,
miała potargane włosy i rozpiętą kurtkę. Barwą zlewała się
z uśpionym tłumem, który już tkwił w wagonach. Nie była ładna,
ani zgrabna i pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi,
gdyby nie jeden szczegół. Przez ramię, przewieszony miała
mały bębenek, który bezwładnie opierał się na jej biodrach.
Patrzyłam na niego i różne myśli tłukły się w mojej czaszce.
Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego muzyka, zaklęta w nim,
milczy. Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego ta dziewczyna,
nie zagra na nim, gdzie jedzie, po co i dlaczego z bębenkiem.
Przypomniałam sobie Cyganów, którzy czasem wsiadają
z akordeonami do tramwaju i zbierają pieniądze.
Nie lubię wpychania muzyki na siłę, ale teraz,
naprawdę chciałam, żeby ona zagrała dla wszystkich,
żeby coraz mocniejszym, miarowym uderzeniem palców,
wydobyła dźwięk z bębenka.
Żeby może ktoś inny, wyciągnął saksofon lub harmonijkę,
skrzypce, marakasy, cokolwiek...?
Nikt nie pstryknął nawet palcami, nikt nawet nie zagwizdał
ustami, a ona nawet nie musnęła instrumentu, popękanymi od
mrozu palcami. Cały tramwaj, bujał się na torach jak wahadło
zegara i wystukiwał kołami, jakieś nieskładne trzaski,
na szynach. Cały czas czekałam, aż choć raz ona
uderzy w bębenek, aż może ktoś, choć przez chwilę
coś zanuci, ale nic takiego się nie stało.
Czekałam na muzykę, czekałam już nawet na Cygana
z akordeonem i kubkiem na drobne, czekałam na
werbel, na skrzypce i bębenek.
Czekałam, pewnie dlatego, że siadła mi bateria w mp3.
miała potargane włosy i rozpiętą kurtkę. Barwą zlewała się
z uśpionym tłumem, który już tkwił w wagonach. Nie była ładna,
ani zgrabna i pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi,
gdyby nie jeden szczegół. Przez ramię, przewieszony miała
mały bębenek, który bezwładnie opierał się na jej biodrach.
Patrzyłam na niego i różne myśli tłukły się w mojej czaszce.
Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego muzyka, zaklęta w nim,
milczy. Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego ta dziewczyna,
nie zagra na nim, gdzie jedzie, po co i dlaczego z bębenkiem.
Przypomniałam sobie Cyganów, którzy czasem wsiadają
z akordeonami do tramwaju i zbierają pieniądze.
Nie lubię wpychania muzyki na siłę, ale teraz,
naprawdę chciałam, żeby ona zagrała dla wszystkich,
żeby coraz mocniejszym, miarowym uderzeniem palców,
wydobyła dźwięk z bębenka.
Żeby może ktoś inny, wyciągnął saksofon lub harmonijkę,
skrzypce, marakasy, cokolwiek...?
Nikt nie pstryknął nawet palcami, nikt nawet nie zagwizdał
ustami, a ona nawet nie musnęła instrumentu, popękanymi od
mrozu palcami. Cały tramwaj, bujał się na torach jak wahadło
zegara i wystukiwał kołami, jakieś nieskładne trzaski,
na szynach. Cały czas czekałam, aż choć raz ona
uderzy w bębenek, aż może ktoś, choć przez chwilę
coś zanuci, ale nic takiego się nie stało.
Czekałam na muzykę, czekałam już nawet na Cygana
z akordeonem i kubkiem na drobne, czekałam na
werbel, na skrzypce i bębenek.
Czekałam, pewnie dlatego, że siadła mi bateria w mp3.
17 grudnia 2008
herbata
Wrzasnął, że jest dziwką i uderzył ją w twarz tak mocno,
że wpadła na stół i przewracając wazon, upadła na ziemię,
wśród połamanych kwiatów. Długo bolała ją głowa,
krew sączyła się nieśmiało z rozdartej wargi,
dziąseł i kącików ust, w uszach długo brzmiało jeszcze echo uderzenia.
Wróciła do domu, wzięła gorący prysznic i poszła do kuchni
zrobić sobie ciepłą herbatę. Napełniła wrzątkiem kubek
i anemicznie mieszała łyżeczką cukier na jego dnie.
Rozpłakała się. Nawet nie wiedziała kiedy.
Wtedy weszła do kuchni jej matka.
Spojrzała na nią z troską i zapytała co się stało.
Ona spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała.
Matka pogłaskała ją po głowie i powiedziała:
-Znowu? Nie martw się, przejdzie Ci.
Zamykając za sobą drzwi wyszła, człapiąc kapciami po schodach,
na górę. Ona wciąż siedziała w tym samym miejscu.
Przestała mieszać herbatę, spuściła głowę tak, że włosy
zakryły jej twarz i powiedziała:
-Jasne. A jak się nażrę kwasów i trochę poskaczę,
to ciąża też mi przejdzie.
że wpadła na stół i przewracając wazon, upadła na ziemię,
wśród połamanych kwiatów. Długo bolała ją głowa,
krew sączyła się nieśmiało z rozdartej wargi,
dziąseł i kącików ust, w uszach długo brzmiało jeszcze echo uderzenia.
Wróciła do domu, wzięła gorący prysznic i poszła do kuchni
zrobić sobie ciepłą herbatę. Napełniła wrzątkiem kubek
i anemicznie mieszała łyżeczką cukier na jego dnie.
Rozpłakała się. Nawet nie wiedziała kiedy.
Wtedy weszła do kuchni jej matka.
Spojrzała na nią z troską i zapytała co się stało.
Ona spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała.
Matka pogłaskała ją po głowie i powiedziała:
-Znowu? Nie martw się, przejdzie Ci.
Zamykając za sobą drzwi wyszła, człapiąc kapciami po schodach,
na górę. Ona wciąż siedziała w tym samym miejscu.
Przestała mieszać herbatę, spuściła głowę tak, że włosy
zakryły jej twarz i powiedziała:
-Jasne. A jak się nażrę kwasów i trochę poskaczę,
to ciąża też mi przejdzie.
16 grudnia 2008
oczekiwanie na
Idę wolnym krokiem przez miasto.
Coraz zimniej i głębiej dotyka mnie szarość dnia i bloków.
Czuję na ramionach ciężar ołowianych chmur i lawiny deszczu.
Prawie nic nie widzę. Idę przed siebie.
Znam drogę na pamięć, doszłabym tam nawet z zamkniętymi oczami.
Intuicyjnie, kątem oka, liczę wszystkie drzewa, ławki, znaki drogowe.
Wiem, na której ławce, wydrapane jest wyznanie miłosne z zeszłych
wakacji i jaką ma treść. Wiem, że wcześniej ta ławka była zielona,
wiem, kto na niej siada najczęściej. Wiem, kto na sąsiednim
do niej bloku, nabazgrał jakieś marne tagi, wiem, kto wybił
okno na pierwszym piętrze, w mieszkaniu tej staruszki,
co chodzi ciągle w tym samym, żółtym swetrze.
Na końcu drogi, jest mur. Często tam chodzę.
Idę, żeby popatrzeć na niego. Jest kilka razy wyższy ode mnie,
nawet nie wiem, co jest za nim i czy, w ogóle coś jest.
Stoi niewzruszony, nieskalany żadną farbą, ptasim gównem,
ani zębem czasu. Stoi wciąż taki sam, od kiedy tylko pamiętam.
Stoję tak i patrzę. Przywołuję w myślach graffiti Banksy'ego
na ścianach Izraela. Czekam aż ściana pęknie i chociaż
przez maleńką szczelinę, będę mogła zobaczyć raj, po drugiej stronie.
Czekam, aż chociaż przyjdzie ktoś z pędzlem i namaluje dla mnie
taką szczelinę. Od lat, nie przychodzi tu nikt, poza mną.
Ja przychodzę i czekam cierpliwie. Zawsze, kiedy tu stoję,
przypomina mi się nasza rozmowa. Kiedyś myślałeś,
że kolor to też wynalazek człowieka, że wcześniej ludzie
żyli tylko w mieszance czerni i bieli. Powiedziałeś mi o tym
zresztą, kiedy oglądaliśmy czarno-biały film.
Kiedy tak stoję i patrzę na ten mur, zastanawiam się,
kiedy tutaj, ktoś wymyśli kolor, kiedy pęknie ściana,
a cegły w chmurach kurzu upadną i odsłonią utopię.
Ty już widzisz ten kolor, a ja czasem mam wrażenie,
że deszcz go wypłukał, że spłynął i rozpuścił się jak cukier
w gorącej herbacie. A kiedy spadnie śnieg,
znowu poczuję się jak bohater kolorowanki i będę czekać,
aż wiosna wypełni kontury słońcem. Postaram się wtedy,
nie chodzić już po liniach, a na razie czekam na kolor.
Dla Adamo, w podzięce za kolor, rzucony słowem na czerń i biel.
link do Banksy'ego, dla niekumatych:
http://news.bbc.co.uk/2/hi/entertainment/4748063.stm
Coraz zimniej i głębiej dotyka mnie szarość dnia i bloków.
Czuję na ramionach ciężar ołowianych chmur i lawiny deszczu.
Prawie nic nie widzę. Idę przed siebie.
Znam drogę na pamięć, doszłabym tam nawet z zamkniętymi oczami.
Intuicyjnie, kątem oka, liczę wszystkie drzewa, ławki, znaki drogowe.
Wiem, na której ławce, wydrapane jest wyznanie miłosne z zeszłych
wakacji i jaką ma treść. Wiem, że wcześniej ta ławka była zielona,
wiem, kto na niej siada najczęściej. Wiem, kto na sąsiednim
do niej bloku, nabazgrał jakieś marne tagi, wiem, kto wybił
okno na pierwszym piętrze, w mieszkaniu tej staruszki,
co chodzi ciągle w tym samym, żółtym swetrze.
Na końcu drogi, jest mur. Często tam chodzę.
Idę, żeby popatrzeć na niego. Jest kilka razy wyższy ode mnie,
nawet nie wiem, co jest za nim i czy, w ogóle coś jest.
Stoi niewzruszony, nieskalany żadną farbą, ptasim gównem,
ani zębem czasu. Stoi wciąż taki sam, od kiedy tylko pamiętam.
Stoję tak i patrzę. Przywołuję w myślach graffiti Banksy'ego
na ścianach Izraela. Czekam aż ściana pęknie i chociaż
przez maleńką szczelinę, będę mogła zobaczyć raj, po drugiej stronie.
Czekam, aż chociaż przyjdzie ktoś z pędzlem i namaluje dla mnie
taką szczelinę. Od lat, nie przychodzi tu nikt, poza mną.
Ja przychodzę i czekam cierpliwie. Zawsze, kiedy tu stoję,
przypomina mi się nasza rozmowa. Kiedyś myślałeś,
że kolor to też wynalazek człowieka, że wcześniej ludzie
żyli tylko w mieszance czerni i bieli. Powiedziałeś mi o tym
zresztą, kiedy oglądaliśmy czarno-biały film.
Kiedy tak stoję i patrzę na ten mur, zastanawiam się,
kiedy tutaj, ktoś wymyśli kolor, kiedy pęknie ściana,
a cegły w chmurach kurzu upadną i odsłonią utopię.
Ty już widzisz ten kolor, a ja czasem mam wrażenie,
że deszcz go wypłukał, że spłynął i rozpuścił się jak cukier
w gorącej herbacie. A kiedy spadnie śnieg,
znowu poczuję się jak bohater kolorowanki i będę czekać,
aż wiosna wypełni kontury słońcem. Postaram się wtedy,
nie chodzić już po liniach, a na razie czekam na kolor.
Dla Adamo, w podzięce za kolor, rzucony słowem na czerń i biel.
link do Banksy'ego, dla niekumatych:
http://news.bbc.co.uk/2/hi/entertainment/4748063.stm
9 grudnia 2008
prezent
Opakowałam Cię szczelnie w świąteczny papier.
Przewiązałam czerwoną kokardą i nożyczkami zakręciłam
serpentyny na jej końcach. Zakleiłam taśmą miejsca,
w których papier nie przylegał do spodniej warstwy.
(Ostatecznie zużyłam prawie całą rolkę.)
Co chwilę poprawiałam papier, bo marszczył się,
podwijał, darł. Odwijałam i zawijałam Cię w niego na powrót.
Nie miałam jeszcze w domu choinki (był dopiero początek
grudnia), więc położyłam Cię pod kaloryferem, gdzie wkrótce
miała stanąć. Było Ci gorąco, a nie mogłeś się ruszyć,
ani nawet zacząć krzyczeć. Zakneblowałam Ci usta,
zasłoniłam przepaską oczy i tylko na nos wycięłam
w papierze mały otwór, żebyś się nie udusił.
Miałeś tak leżeć do Wigilii. Wtedy miałam Cię odpakować
i w euforii, wydobyć spod góry papieru.
Leżałeś tak cztery dni. Wychodziłam z domu, wracałam,
a Ty wciąż czekałeś na mnie w tym samym miejscu.
W końcu kupiłam choinkę, żebyś wyglądał efektowniej.
Faktycznie, mieszkanie jeszcze bardziej wypełniło się
bożonarodzeniową atmosferą, a Ty wyglądałeś bardziej odświętnie.
Wieczorem usiadłam w fotelu, zapaliłam papierosa,
wypełniłam kieliszek półsłodkim, czerwonym winem
i włączyłam film. Zacząłeś się szamotać,
szeleścić papierem i skrzypieć taśmą o kaloryfer.
Uciszałam Cię, mówiłam, że oglądam film i że niedługo święta.
Ciągle jednak wiłeś się po podłodze. Zrobiłam głośniej
telewizor, ale nadal nie dawałeś za wygraną. Jęczałeś coś,
charczałeś i wyłeś-starałeś się coś powiedzieć, chyba.
Poszłam do kuchni po nóż, żeby rozciąć szmatkę,
którą miałeś w ustach. Kiedy sięgnęłam po niego do szuflady,
naszła mnie myśl,że przecież nie lubię świąt,
nie od dzisiaj, że ich nienawidzę-wręczania i otrzymywania
prezentów, dekorowania choinki, przygotowywania potraw,
pasterki, księdza, składania życzeń, łamania się opłatkiem,
kłamstwa, że porozmawiam ze swoim psem, wymuszonych uśmiechów,
odświętnego stroju i całej tej szopki-nienawidzę.
Ciebie też, zatem. Jesteś moim prezentem, sama go sobie
wymyśliłam, sama zapakowałam.
Zacisnęłam palce na rączce noża
i nachyliłam się nad Tobą. Zsunęłam Ci z oczu opaskę.
Zamrugałeś nerwowo, a kiedy światło nagiej żarówki
stanęło na ostrzu, zmarszczyłeś brwi i dotknąłeś ich rzęsami.
Przesunęłam nóż po Twoich spierzchniętych ustach.
Zatoczyłam łuk od ich kącika, do kącika oka.
Coraz bardziej drżałeś, mocno zaciągałeś się powietrzem i wyłeś.
Przycisnęłam ostrze do Twojej szyi. Jeszcze szerzej otworzyłeś
oczy i wtedy właśnie zobaczyłam to, co powinnam zobaczyć wcześniej.
Szmaragd i szczypta nieba okolone kręgiem granatu.
W samym jego środku, najczarniejsza czerń i głębia.
Falujące pośpiesznie wachlarze. Przypomniało mi się,
jak zawsze na mnie patrzyłeś, jak Twój wzrok szedł za mną
jak cień, nawet kiedy zgasło światło. Zakochałam się w tych oczach.
Nie chciałam nic więcej, uwielbiałam tylko to, jak na mnie patrzysz.
Wydłubałam Ci oczy nożem, ale spłynęły krwistą mazią po moich dłoniach.
Wyglądały jak rozbite na patelni jajko.
Trzeba umieć wybierać sobie prezenty.
Teraz nie mam żadnego-tym bardziej nie lubię świąt.
Przewiązałam czerwoną kokardą i nożyczkami zakręciłam
serpentyny na jej końcach. Zakleiłam taśmą miejsca,
w których papier nie przylegał do spodniej warstwy.
(Ostatecznie zużyłam prawie całą rolkę.)
Co chwilę poprawiałam papier, bo marszczył się,
podwijał, darł. Odwijałam i zawijałam Cię w niego na powrót.
Nie miałam jeszcze w domu choinki (był dopiero początek
grudnia), więc położyłam Cię pod kaloryferem, gdzie wkrótce
miała stanąć. Było Ci gorąco, a nie mogłeś się ruszyć,
ani nawet zacząć krzyczeć. Zakneblowałam Ci usta,
zasłoniłam przepaską oczy i tylko na nos wycięłam
w papierze mały otwór, żebyś się nie udusił.
Miałeś tak leżeć do Wigilii. Wtedy miałam Cię odpakować
i w euforii, wydobyć spod góry papieru.
Leżałeś tak cztery dni. Wychodziłam z domu, wracałam,
a Ty wciąż czekałeś na mnie w tym samym miejscu.
W końcu kupiłam choinkę, żebyś wyglądał efektowniej.
Faktycznie, mieszkanie jeszcze bardziej wypełniło się
bożonarodzeniową atmosferą, a Ty wyglądałeś bardziej odświętnie.
Wieczorem usiadłam w fotelu, zapaliłam papierosa,
wypełniłam kieliszek półsłodkim, czerwonym winem
i włączyłam film. Zacząłeś się szamotać,
szeleścić papierem i skrzypieć taśmą o kaloryfer.
Uciszałam Cię, mówiłam, że oglądam film i że niedługo święta.
Ciągle jednak wiłeś się po podłodze. Zrobiłam głośniej
telewizor, ale nadal nie dawałeś za wygraną. Jęczałeś coś,
charczałeś i wyłeś-starałeś się coś powiedzieć, chyba.
Poszłam do kuchni po nóż, żeby rozciąć szmatkę,
którą miałeś w ustach. Kiedy sięgnęłam po niego do szuflady,
naszła mnie myśl,że przecież nie lubię świąt,
nie od dzisiaj, że ich nienawidzę-wręczania i otrzymywania
prezentów, dekorowania choinki, przygotowywania potraw,
pasterki, księdza, składania życzeń, łamania się opłatkiem,
kłamstwa, że porozmawiam ze swoim psem, wymuszonych uśmiechów,
odświętnego stroju i całej tej szopki-nienawidzę.
Ciebie też, zatem. Jesteś moim prezentem, sama go sobie
wymyśliłam, sama zapakowałam.
Zacisnęłam palce na rączce noża
i nachyliłam się nad Tobą. Zsunęłam Ci z oczu opaskę.
Zamrugałeś nerwowo, a kiedy światło nagiej żarówki
stanęło na ostrzu, zmarszczyłeś brwi i dotknąłeś ich rzęsami.
Przesunęłam nóż po Twoich spierzchniętych ustach.
Zatoczyłam łuk od ich kącika, do kącika oka.
Coraz bardziej drżałeś, mocno zaciągałeś się powietrzem i wyłeś.
Przycisnęłam ostrze do Twojej szyi. Jeszcze szerzej otworzyłeś
oczy i wtedy właśnie zobaczyłam to, co powinnam zobaczyć wcześniej.
Szmaragd i szczypta nieba okolone kręgiem granatu.
W samym jego środku, najczarniejsza czerń i głębia.
Falujące pośpiesznie wachlarze. Przypomniało mi się,
jak zawsze na mnie patrzyłeś, jak Twój wzrok szedł za mną
jak cień, nawet kiedy zgasło światło. Zakochałam się w tych oczach.
Nie chciałam nic więcej, uwielbiałam tylko to, jak na mnie patrzysz.
Wydłubałam Ci oczy nożem, ale spłynęły krwistą mazią po moich dłoniach.
Wyglądały jak rozbite na patelni jajko.
Trzeba umieć wybierać sobie prezenty.
Teraz nie mam żadnego-tym bardziej nie lubię świąt.
7 grudnia 2008
tęcza
Usiadłam na zrębie dachu i spojrzałam przed siebie.
Nareszcie nikt i nic nie zasłaniało mi nieba.
Był pochmurny, jesienny dzień. Spoglądałam to w dal, to w dół
i obserwowałam jak grafitowe niebo miesza się z burą ziemią.
Z wysokości tych kilkunastu pięter, nie mogłam ocenić gdzie
się co kończy, a gdzie zaczyna. Zawieszona gdzieś ponad tym wszystkim,
byłam jak ptak, który przysiadł na chwilę, żeby złapać oddech
i wysuszyć pióra. Z czarnej wełny nad moją głową, coraz częściej
spadały krągłe krople deszczu. Odbijało się w nich blade światło,
uwięzione gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Czasami lubię deszcz,
a to był właśnie jeden z takich momentów.
Z kieszeni kurtki wyjęłam paczkę papierosów i sfatygowaną zapalniczkę.
Wypuszczając dym z ust i patrząc jak dryfuje coraz dalej, by później
rozmyć się zupełnie, myślałam o tym, że teraz choć na chwilę mam
swój własny obłok. W zimnym powietrzu dym był jeszcze gęstszy-
zagęszczony moim ciepłym oddechem. Mogłam utopić w nim dłonie
i przepuszczać go przez palce tak, jak przepuszczam czas na co dzień.
Później, wędrował gdzieś dalej i znikał dołączając się może do innych.
Nagle z pomiędzy chmur, zaczęło nieśmiało przebijać się przygaszone
słońce. Gdzieś dalej rozpięła się tęcza. Podobno po potopie,
Bóg, w geście przymierza z ludźmi, oparł swój łuk na chmurach
i tak powstała tęcza. Czy to prawda-nie wiem, zbyt wydumane
i rozpoetyzowane jak dla mnie.
Wstałam, spojrzałam przed siebie i zrobiłam krok w dół. Może pójdę
po tęczy i znajdę garnek złota na końcu. Nie wiem, na razie spadam w dół.
Nareszcie nikt i nic nie zasłaniało mi nieba.
Był pochmurny, jesienny dzień. Spoglądałam to w dal, to w dół
i obserwowałam jak grafitowe niebo miesza się z burą ziemią.
Z wysokości tych kilkunastu pięter, nie mogłam ocenić gdzie
się co kończy, a gdzie zaczyna. Zawieszona gdzieś ponad tym wszystkim,
byłam jak ptak, który przysiadł na chwilę, żeby złapać oddech
i wysuszyć pióra. Z czarnej wełny nad moją głową, coraz częściej
spadały krągłe krople deszczu. Odbijało się w nich blade światło,
uwięzione gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Czasami lubię deszcz,
a to był właśnie jeden z takich momentów.
Z kieszeni kurtki wyjęłam paczkę papierosów i sfatygowaną zapalniczkę.
Wypuszczając dym z ust i patrząc jak dryfuje coraz dalej, by później
rozmyć się zupełnie, myślałam o tym, że teraz choć na chwilę mam
swój własny obłok. W zimnym powietrzu dym był jeszcze gęstszy-
zagęszczony moim ciepłym oddechem. Mogłam utopić w nim dłonie
i przepuszczać go przez palce tak, jak przepuszczam czas na co dzień.
Później, wędrował gdzieś dalej i znikał dołączając się może do innych.
Nagle z pomiędzy chmur, zaczęło nieśmiało przebijać się przygaszone
słońce. Gdzieś dalej rozpięła się tęcza. Podobno po potopie,
Bóg, w geście przymierza z ludźmi, oparł swój łuk na chmurach
i tak powstała tęcza. Czy to prawda-nie wiem, zbyt wydumane
i rozpoetyzowane jak dla mnie.
Wstałam, spojrzałam przed siebie i zrobiłam krok w dół. Może pójdę
po tęczy i znajdę garnek złota na końcu. Nie wiem, na razie spadam w dół.
5 grudnia 2008
przepraszam książka
Upiłam się gorzkim wspomnieniem.
Telefon. Przeciągły dźwięk zmącił ciszę.
Nie chciałam wiedzieć, że jest po drugiej stronie.
Co czytasz?
Potoczyła się opowieść. Tak oderwana od rzeczywistości.
Krótki śmiech, wymiana pozdrowień.
Przeszłość to gorsza siostra przyszłości,
która ciągle podkłada jej nogę. Śmieje się i drwi.
Więzów krwi nie przetnie żadna deklaracja.
Nie pytaj o książki, powiedz przepraszam.
Najlepiej jednak, spierdalaj i zabierz wszystkie książki.
Nie chcę, żeby rozmawiała o nich z tOBĄ. Nigdy.
O niczym. Zostaw to już.
Telefon. Przeciągły dźwięk zmącił ciszę.
Nie chciałam wiedzieć, że jest po drugiej stronie.
Co czytasz?
Potoczyła się opowieść. Tak oderwana od rzeczywistości.
Krótki śmiech, wymiana pozdrowień.
Przeszłość to gorsza siostra przyszłości,
która ciągle podkłada jej nogę. Śmieje się i drwi.
Więzów krwi nie przetnie żadna deklaracja.
Nie pytaj o książki, powiedz przepraszam.
Najlepiej jednak, spierdalaj i zabierz wszystkie książki.
Nie chcę, żeby rozmawiała o nich z tOBĄ. Nigdy.
O niczym. Zostaw to już.
4 grudnia 2008
nowe buty
Wiesz jak to jest?
Przykleiła sie do mnie i nie chce puścić.
Staram się nie myśleć, zapomnieć, ale wraca do mnie,
kiedy zamknę oczy. Zaplątałam się w nią, jak martwa mucha
w sieć pająka i nie potrafię się od niej odciąć.
Nie potrafię.
Podarowano mi nowe buty. Są za ciężkie i za ciasne.
Nie umiem w nich chodzić. Ranią moje stopy, powodują odciski
i obtarcia. W nowych butach nie jestem wcale inna.
Idąc w nich, wciąż wdeptuję w stare, ale wciąż świeże, błoto,
w kałuże, koleiny. Potykam się i przewracam. Grzęznę po kolana
w tym, co niby jest już za mną. Nie da się inaczej,
nie mogę iść inną drogą.
Ci, którzy wiedzą, w co wdeptuję, do czego tak niechętnie,
ale wciąż, wracam i tak nie rozumieją. Nikomu już o tym nie mówię,
nie potrafię. Nie pytaj. Nie powiem, bo nie chcę.
Tak bardzo boję się życia. Boję się, że zrujnuję sobą innych,
tych, których jeszcze nie ma. Nie chcę o nich myśleć nawet.
Boję się. Nie wiem, w jakich butach musieliby chodzić.
Przykleiła sie do mnie i nie chce puścić.
Staram się nie myśleć, zapomnieć, ale wraca do mnie,
kiedy zamknę oczy. Zaplątałam się w nią, jak martwa mucha
w sieć pająka i nie potrafię się od niej odciąć.
Nie potrafię.
Podarowano mi nowe buty. Są za ciężkie i za ciasne.
Nie umiem w nich chodzić. Ranią moje stopy, powodują odciski
i obtarcia. W nowych butach nie jestem wcale inna.
Idąc w nich, wciąż wdeptuję w stare, ale wciąż świeże, błoto,
w kałuże, koleiny. Potykam się i przewracam. Grzęznę po kolana
w tym, co niby jest już za mną. Nie da się inaczej,
nie mogę iść inną drogą.
Ci, którzy wiedzą, w co wdeptuję, do czego tak niechętnie,
ale wciąż, wracam i tak nie rozumieją. Nikomu już o tym nie mówię,
nie potrafię. Nie pytaj. Nie powiem, bo nie chcę.
Tak bardzo boję się życia. Boję się, że zrujnuję sobą innych,
tych, których jeszcze nie ma. Nie chcę o nich myśleć nawet.
Boję się. Nie wiem, w jakich butach musieliby chodzić.
o blondynkach
Jakoś nigdy nie gustował w blondynkach i nawet, kiedy miał
przed sobą naprawdę piękną ich przedstawicielkę, poza przymiotami
fizycznymi, nie dostrzegał nic więcej. Błyskawicznie też,
przychodziły mu na myśl, krytyczne dowcipy, dotyczące głupoty
i prostactwa tych kobiet. Nawet nie próbował się przemóc,
żeby to zmienić, blondynki zawsze kojarzyły mu się więc
z naiwnością, ułomnym postrzeganiem rzeczywistości i wyuzdaniem.
Na nią patrzył dokładnie w ten sam sposób.
Była atrakcyjna, dość bystra, taktowna, zabawna
i czuła, przede wszystkim jednak-namiętna.
Jednego wieczoru, obydwoje upojeni już alkoholem, wracali z pubu,
radośnie zataczając się uliczkami parku. W pewnym momencie on,
przyparł ją do drzewa i oparł się silnie na jej biodrach.
Zaczął namiętnie całować ją po twarzy, szyi i dekolcie,
szczypiąc jej twarde sutki. Bezczelnie wpychał ręce do
jej stanika i majtek, pieszcząc ją tak, że aż piszczała.
Ona w ekstazie, podniesionym szeptem, rzucała sprośne komentarze,
zachęcając go do dalszej gry. W końcu, rzucił ją na ziemię,
szarpnął jej sukienkę, rozdarł rajstopy, opuścił jej majtki
i wszedł w nią głęboko. Kołysał się na niej przez chwilę,
pchając się szybko, po czym spuścił się jej do środka i lekko westchnął.
Wyszedł z niej, wytarł fiuta o brzeg kurtki, wstał i zapiął rozporek.
Odchodząc, tylko raz obrócił się przez ramię. Uśmiechnął się patrząc,
jak po omacku szuka majtek w mokrej trawie.
przed sobą naprawdę piękną ich przedstawicielkę, poza przymiotami
fizycznymi, nie dostrzegał nic więcej. Błyskawicznie też,
przychodziły mu na myśl, krytyczne dowcipy, dotyczące głupoty
i prostactwa tych kobiet. Nawet nie próbował się przemóc,
żeby to zmienić, blondynki zawsze kojarzyły mu się więc
z naiwnością, ułomnym postrzeganiem rzeczywistości i wyuzdaniem.
Na nią patrzył dokładnie w ten sam sposób.
Była atrakcyjna, dość bystra, taktowna, zabawna
i czuła, przede wszystkim jednak-namiętna.
Jednego wieczoru, obydwoje upojeni już alkoholem, wracali z pubu,
radośnie zataczając się uliczkami parku. W pewnym momencie on,
przyparł ją do drzewa i oparł się silnie na jej biodrach.
Zaczął namiętnie całować ją po twarzy, szyi i dekolcie,
szczypiąc jej twarde sutki. Bezczelnie wpychał ręce do
jej stanika i majtek, pieszcząc ją tak, że aż piszczała.
Ona w ekstazie, podniesionym szeptem, rzucała sprośne komentarze,
zachęcając go do dalszej gry. W końcu, rzucił ją na ziemię,
szarpnął jej sukienkę, rozdarł rajstopy, opuścił jej majtki
i wszedł w nią głęboko. Kołysał się na niej przez chwilę,
pchając się szybko, po czym spuścił się jej do środka i lekko westchnął.
Wyszedł z niej, wytarł fiuta o brzeg kurtki, wstał i zapiął rozporek.
Odchodząc, tylko raz obrócił się przez ramię. Uśmiechnął się patrząc,
jak po omacku szuka majtek w mokrej trawie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)