22 września 2008

pamiętam

A pamiętasz jak to było kiedyś? Pamiętasz jak brałaś mnie za rękę, a bałaś się bardziej ode mnie? 
Jak szłaś ze mną do garażu i nie mogłyśmy znaleźć kontaktu? To ja szłam pierwsza,
ale ściskałaś moją dłoń tak mocno, że krew odpływała mi z palców. Oczy niewidzące, 
nogi niepewne-ciężko iść po omacku ciągnąc za sobą tego 'odważniejszego'.
A pamiętasz jak wychodziłyśmy w piżamach przez okno, bo rodzice
gdzieś wyszli?Dawno powinnyśmy już spać, bo przecież tata dawno już opowiedział nam
bajkę na dobranoc, ale Ty nagle się obudziłaś i kazałaś mi pomóc Ci ich szukać.
Drzwi były zamknięte od zewnątrz, więc pozostało okno w kuchni. Płacząc,
błądziłyśmy po naszej ulicy i gdyby nie sąsiedzi, to nie wiem gdzie kazałabyś mi iść,
ale szłam... A pamiętasz jak robiłyśmy pączki z błota i posypywałyśmy je suchym
piaskiem jak lukrem? Albo jak robiłyśmy sobie korale z czerwonej jak karmin jarzębiny
i kolczyki z wiśni, ludziki z kasztanów i żołędzi? No i ten nieszczęsny wyścig przez
dziury na naszej, wtedy jeszcze niewybrukowanej, ulicy? Wpadłaś wtedy chyba
do tej największej, bo nie było widać nawet czubka Twojej głowy.
Śmiałyśmy się z Magdą do rozpuku, a Tobie-hipochondryczce,
jak zwykle wydawało się, że skręciłaś kostkę i przez pół dnia chodziłaś obrażona. 
Pamiętam jak wciągnęłam Ci odkurzaczem wiórki z drewnianych kredek.
Chciałaś z nich zrobić jakiś obrazek, ale mnie się nie spodobał ten pomysł,
poza tym położyłaś je na moim krzesełku.
Pamiętam jak uczyłaś mnie sznurować buty, bo tata już nie miał cierpliwości
i jak na tarasie starałaś mi się na sucho wytłumaczyć jak się pływa żabką.
Leżałam na kafelkach i nie umiałam skoordynować ruchów nóg z rękami... Do dzisiaj średnio
mi to wychodzi, szczerze mówiąc.
Pamiętam jak czekałam, aż wyrośniesz z tej błękitno-białej
sukienki z paskiem, no i z tych lakierowanych, czerwonych pantofelków z kokardką.
Nawet niedawno śmiałyśmy się, że na jednym zdjęciu miałaś do tego dres, chyba z Królem Lwem.
Nigdy nie umiałaś gwizdać i do dzisiaj nie potrafisz, tak śmiesznie przy tym wciągasz policzki
i tylko czasem świśnie Ci strzęp powietrza między zębami,a  potem nie możesz złapać oddechu.
Nigdy nie zapomnę, jak poszłyśmy do kuchni na wyżerkę i zamiast kopczatej
łyżki cukru pudru, dałaś mi krupczatkę...  Były w takich samych pojemnikach, opisane
i dobrze wiedziałaś, co mi dajesz. Świnia.
Szkoda, że część tych historii znam tylko z opowiadań. Szkoda, że nie można się cofnąć 
do tamtych czasów, chociaż na jedną godzinę. Za tą krupczatkę na pewno skopałabym Ci tyłek,
w zamian poczęstowałabym Cię pączkiem z błotka i powiedziałabym Ci, że lakierków nie nosi się do dresu.
 

Magdmoiselle vol. 2

Nie mam diademu i złotej sukni, jedwabnej wstążki we włosach,
ani szklanych bucików rozmiar 36.
Nie mam alabastrowej cery, ani smukłej talii.
Nie bywam na salonach, nie jeżdżę Astonem Martinem
i nie ubieram się u Prady. Nie noszę biżuterii, nawet nie mam
przekłutych uszu i mam za krótką szyję, żeby nosić kolię.
Nie umiem chodzić w szpilkach dłużej niż dziesięć minut.
Nie umiem siedzieć jak dama. Nie zachwycam się kawiorem
i nie umiem z gracją przeskoczyć przez kałużę.
Nie znam etykiety towarzyskiej, wpadam w panikę,
kiedy widzę obok swojego talerza więcejniż jeden widelec.
Nie śmieję się perliście z inteligentnych żartów i nie zasłaniam przy tym
ust dłonią w małej rękawiczce. Nie jestem księżniczką. Dlatego nie szukam księcia.
Bajkę mogę napisać sama, a on i tak nie przyjedzie, 
bo jego biały rumak ma złamaną nogę, albo książę akurat dostał kataru,
albo ktoś mu znowu rzucił rękawicę,a honor nie pozwolił mu na to,
by jej nie podnieść. Cóż, książęta tak mają chyba.
Nie jestem księżniczką, ale jakoś mnie to nie rusza.  
Dlatego chcę, żebyś wszedł ze mną na drzewo i rzucał szyszkami w przechodniów,
żebyś tak jak ja, próbował nadepnąć gołębiom na ogon, kiedy drepczą chodnikiem w nadziei,
że złowią resztki twojego śniadania. Obrzydliwe, brudne grubasy. Są tylko po to,
żeby się nażreć i nasrać na świeżo wypraną kurtkę.
Chcę, żebyś wszedł ze mną w nocy na dach i pokazał mi kasjopeję.
Chcę, żebyś położył się ze mną na trawie i kłócił się ze mną o to,
co przypominają ci chmury. Pójdź ze mną na rynek i ukradnij dla mnie
pachnące jabłko, a jeśli wpadnie mi do buta kamień,  
to powiedz mu, żeby spierdalał.

19 września 2008

jesień

Nie lubię jesieni. Nie lubię patrzeć jak liście żółkną i czerwienieją, by później opaść cichym szeptem na jałową ziemię, pozostawiając drzewa zupełnie nagie i bezsilne . Nagle ptaki milkną, świersze chowają swoje skrzypce, bociany odlatują, by wygrzewać mokre i zmęczone podróżą skrzydła w promieniach południowego słońca. Wreszcie krzykliwe dzieciaki z zawsze przeładowanymi i gruchoczącymi tornistrami powolnie i bez entuzjazmu idą do szkoły, ciągnąc za sobą worki z tenisówkami.
Nie lubię dzieci, a najbardziej tych w wieku podstwówkowo-gimnazjalnym. Straszne zarozumialce. Szorują nosami o sufit i chwalą się tupiąc markowym bucikiem. Dzieci zawsze były okrutne, nawet ja to pamiętam. Napiętnowany był każdy, kto czymś odstawał, czymś nie pasował do 'wybitnej reszty'. Pamiętam jak w czwartej, albo piątej klasie Anka wyśmiała Piotrka, kiedy zimą przyszedł w za dużych butach. Razem z Kają biegały na przerwie po korytarzu i krzyczały: "Piotrek dostał w spadku buty po pradziadku!" Śmiali się nieliczni. Może i nas by to śmieszyło, gdyby nie to, że dobrze wiedziliśmy jak komu się w domu układa. Tata Anki był piłkarzem, a Kai-prawnikiem, więc co tu dużo gadać. Najciekawsze jest jednak to, że później obie były w nim wielce zakochane...Cóż, życie pisze w końcu różne scenariusze.
Jesień jest nudna i do dupy, choć dla kogoś, kto na codzień nie uśmiecha się do nowego dnia, zaokienny stan rzeczy nie powinien właściwie stanowić istotnej różnicy, czyli na pewno nie takiej, która ma większy wpływ na jego samopoczucie. A jednak. Powiew zimnego, jesiennego wiatru, nie wywołuje już we mnie ciepłych wspomnień z tegorocznego rejsu, słońce jest już za daleko i nie potrafi ogrzać zmarzniętego nosa, no i ten świerszcz spod balkonu... Przez całe lato tak pięknie grał na skrzypcach wieczorne koncerty...Jak to jest ze świerszczami-zapadają w sen jak niedźwiedzie, czy po prostu umierają w ciszy? Nie znam się na owadach, na niewielu rzeczach się znam, ale jeśli umierają, to czy ten przyszłoroczny będzie grał tę samą melodię? I dlaczego jest tak, że jesienią herbata z cytryną smakuje inaczej? Lepiej? 
I deszczu nie lubię. Nie lubię. Nie znoszę parasoli. Parasol-przydatna rzecz w końcu, ale w ręce człowieka staje się niebezpiecznym narzędziem. Rzeka ludzi płynie ulicą, każdy trzyma w ręce parasol, każdy na odpowiadającej do jego wzorstu wysokości i w końcu niewiadomo, czy są one po to, żeby chronić od deszczu, czy od innych parasoli... A najgorsze, kiedy jakaś zaaferowana pani składając broń przed wejściem do autobusu, "sprzeda" ci lodowatą kroplę prosto za kołnierz, na cieplutką szyję...
Nie lubię jesieni, bo mokną huśtawki, a ja lubię huśtawki. Czasem tak mam, że wsiadam na huśtawkę, moją huśtawkę i nie robię nic, tylko się huśtam. Na mokre huśtawki nie przychodzą już dzieci po szkole, dobrze.
I tak by nie przyszły, bo to moja huśtawka nastrojów, chociaż też moknie, kiedy nie mam parasola.