14 marca 2011

piżama.

A wiosną? A wiosną wypuszczę motyle
ze słoików i pozwolę im wzbić się
w promienie nierozgrzanego jeszcze słońca.
Oślepnę stojąc w słońcu, pozwolę mu się
lizać po moim nagim, bladym ciele i nie zamrugam
powieką do czasu, aż motyle nie znikną pod pierzyną
mlecznych chmur. Znów soczysta zieleń jak farba
rozpryśnie się na moich butach, ptaki rozedrą
się w bębenkach uszu, a wiatr sypnie mi na twarz
kolejną porcję piegów. Wyblakły przez zimę,
jakoś starły się i skryły pod powłoką makijażu,
ale w słońcu znów rozbłysną jak bursztyn.
Mam głowę pełną wiatru, pajęczyn poklejonych
w niekończące się zwoje. Wszystko dudni i huczy.
W sercu już kwitną krokusy, oczy zachodzą poranną mgłą,
ręce porastają w gęsie pióra. Skóra różowieje od pierwszych
kropel ciepłych deszczy. Mam plan, mam plan być szczęśliwą
tej wiosny i nie mówić nic kiedy ktoś zmusza mnie do mówienia.
To wszystko być może, ale kiedy z słuchawki sączy się chłód,
odmrażasz mi ucho i mam ochotę zapaść znów w jesienno-zimowy marazm.
Nie każ mnie ciszą i nie kłam, że jesteś, bo pod poduszką od
dawna leży tylko moja piżama.

13 marca 2011

Iw

Jeszcze kilka dni temu myślałam, że już po wszystkim.
Nie ma Cię-wiem o tym, jest trudno, ale jestem spokojna.

Nadal brakuje mi rozmów w ciepłym łóżku nad ranem,
tęsknię do powrotów do domu, do zapachu
poduszek wilgotnych po nocy, do twoich silnych
ramion i uśpionego oddechu. Histeryzuję, kiedy
nie mogę przypomnieć sobie Twojego zapachu,
kiedy nie słyszę Twojego głosu.
Spłynął ze mnie cały romantyzm. Spłynął
po mnie jak ptasie gówno i głośnym mlaśnięciem
jebnął o chodnik. Nic mi się nie chce, trzy dni zbieram
się do wyjścia z domu. Czasem tylko przemykam
w dresie, między blokami pod pretekstem spaceru z psem.
Najczęściej wieczorem, wtedy nikt mnie nie widzi, albo
tylko tak mi się wydaje. Niebo ciężko przysiada na moich
zmęczonych barkach, na plecach czuję oddech dnia,
a grawitacja ciągnie w dół moje powieki i ręce też same opadają.
To smutne, że kiedyś chciałam dać Ci całą siebie,
a dzisiaj najchętniej wyrwałabym Ci z pamięci wszystkie
wspomnienia o mnie i o nas. Jestem autodestrukcyjną maszyną.
Katuję się myślami o Tobie, tracę wzrok nad wspólnymi zdjęciami.

Naprawdę myślałam, że odsunęłam Cię już na dalszy plan,
że poradzę sobie bez drugiego ramienia obok-wyprostuję się
i pójdę przed siebie w samotność, ale kiedy nagle zamilkł
telefon, coś we mnie pękło. Co jakiś czas dzwoniłam znowu,
żeby usłyszeć, że nie ma takiego numeru. Nie wiem co ja wtedy
myślałam. Że odbierzesz? Że wyskoczysz jak panienka z tortu
i powiesz, że to tylko taki żart? Każdy kolejny taki telefon
unaoczniał mi fakt, że nie mam jak się z Tobą skontaktować.
Gdzieś w środku we mnie rozległ się rozdzierający krzyk.
Wtedy właśnie zrozumiałam, że zbyt wcześnie uwierzyłam we własne
siły i sama przed sobą udawałam, że nogi mogą ponieść mnie dalej,
choć serce jest jeszcze złamane. Łudziłam się, że blizny jakoś pozarastają,
że zostaną tylko po to, żeby pamiętać, ale przestaną boleć.

W takich momentach, przypomina mi się uśmiechnięta twarz Iw.
Szeroko otwarte oczy, spojrzenie pełne zaciekawienia i troski,
lekki uśmiech gdzieś na końcach rzęs i naiwne pytanie: Jest miłość?
Patrzę na nią z kpiną i mówię: nie ma, kurwa!
Teraz tak sobie myślę, że może i jest, tylko omija mnie szerokim łukiem
i jeszcze z daleka pluje mi w twarz, dziwka.



Dla Iw, bo jest i słucha znajdując sens w bezsensie...