10 listopada 2011

skinny love

come on skinny love just last the year
pour a little salt we were never here


Dawno temu zaczęłam budować między nami mur.
Stawiałam cegłę, za cegłą, skrupulatnie wypełniałam
gliną każdą wolną szczelinę. Czas płynął wolno,
mur ociekał deszczem. Zimą skuwał go lód, a wiosną
ten sam lód go rozsadzał. Mur kruszył się pyląc
czerwonym kurzem, obsypując nasze twarze
krwistą ochrą. Nawet w największym wietrze,
w największym sztormie, w najpodlejszej ulewie,
zawinięta w szalik, z wełnianą czapką wciśniętą na oczy
dokładałam coraz więcej cegieł, żebyś tylko zniknął
z moich oczu. Mur, choć się przechylał i chwiał, cały czas rósł.
W ciemnościach wychodziłam przed dom i wspinając
się na palce patrzyłam, czy nadal pod nim stoisz.
Na początku obchodziłam mur dookoła, idąc długo
i cierpliwie na jego skraj. Wychylałam się zza niego
i gorzkim uśmiechem na spierzchniętych od mrozu
ustach cieszyłam się, że jesteś.
Opierałeś pochylone, zmarszczone czoło o mur,
bębniąc przy tym palcami o nierówne, tępe cegły.
Nuciłeś jakąś melodię, kopiąc co jakiś czas
pożółkłym trampkiem w pękniętą butelkę po piwie.

I tell my love to wreck it all
cut out all the ropes and let me fall


Nie umiałam przestać na ciebie patrzeć.
Nie umiałam przestać chcieć.
Ty nie potrafiłeś odejść.
Nie potrafiłeś zamknąć za sobą drzwi tak,
jak to robią inni; tak, jak to robi ten, kto nie chce,
żeby ktoś do niego wracał. Zostawiałeś zawsze małą szczelinę,
przez którą wdzierało się we mnie całe światło
mojego życia. Cały mój sens wyciekał wąskim strumieniem
spod twoich drzwi i obmywał moje nagie stopy błogim ciepłem.
Delikatnie wsuwałam się do środka czując, jak fala ciepła
wspina się po moich kostkach w stronę ud.
Przychodziłam nocami, przy zgaszonym świetle,
z potarganymi zimowym wiatrem włosami.
Przychodziłam, bo wiedziałeś jak lubię zasypiać.

I told you to be patient
I told you to be fine
I told you to be balanced
I told you to be kind…


Pogubiliśmy się w sobie. W tych zakamarkach mózgów,
serc i cieple kończyn, zgubiliśmy drogę do tlenu.
I znów zachciało nam się szczęścia z kulawymi nogami,
wlokącego nas za sobą za przeciwległe strony muru.
Jak przez dziurkę od klucza zerkaliśmy w swoje rozporki
i telefony. Patrzyliśmy na swoje dłonie pieszczące od niechcenia
inne ciała. Piliśmy kawę w ulubionej kawiarni czując pustkę
przewiercającą trzewia. Wtapialiśmy się w rzekę istnień
na ulicy odstając od niej jak zardzewiałe gwoździe od ściany.
Wciąż byliśmy, ale osobno, inaczej. Czyli nas nie było.

now all your love is wasted
then who the hell was I?


Nie wracamy już pod mur. Odeszliśmy od niego zapominając
drogę powrotną. Nikt nie rozsypał za nami okruchów chleba.
Odchodząc, zamknęliśmy oczy. Pod naszymi butami
rozległ się głuchy trzask łamanych serc.

In the morning I'll be with you
but it will be a different kind


Wracam do ciebie w myślach prosząc, żebyś ty nie wracał.
Wieczorami wpatruję się w sufit i leżąc pod zimną kołdrą,
zwinięta w kłębek jak kot, myślę o tym kiedy. Kiedy wpadłeś
w moje oczy po raz pierwszy, kiedy pierwszy raz objęłam
cię ramionami, a kiedy oplotłam wokół ciebie uda.
Kiedy stałeś się moją pełnoprawną częścią, kiedy połową,
a kiedy całym światem.

My my my my my my …
my my my my my ...


Bo to wszystko dobiegło końca, skręciło kark na prozie życia.
Dziwne uczucie zostawić cię i zniknąć w swoim nowym starym świecie.
Idę gdzieś i sama nie wiem czy idę w przód, czy może znów się cofam.
Zostawiam za sobą wszystkie wspólne chwile - słodkie i czułe,
pełne słońca, te gorzkie, cierpkie, niepotrzebne i te nie do zniesienia.
I tylko jedna myśl nie daje mi spokoju.

Who will love you? who will fight?
and who will fall far behind?


Come on skinny love...




Skinny love - Bon Iver

jaskółki

Jechali samochodem szosą pełną mgieł i półcieni. Była chłodna, wiosenna noc.
On palił papierosa i patrzył przed siebie przez szybę pełną dymu. Ona, nucąc jakąś
dziecinną melodię, przesuwała w palcach sznur czarnych korali. Jeszcze kilka minut temu się kłócili, teraz już ze sobą nie rozmawiali. Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
- Wysiadaj.-powiedział sucho.
Podniosła głowę, oderwała wzrok od korali i spojrzała na niego mrużąc oczy od dymu.
- Nie zostawisz mnie tutaj.-Wyszeptała głosem tak kruchym, jak najcieńsza chińska porcelana.
- Wysiadaj, powiedziałem!
Ani drgnęła. Pochylił się nad jej udami i nacisnął na klamkę z jej strony. Drzwi skrzypnęły i powoli zaczęły się otwierać. Zimny wiatr wdarł się do środka. Kiedy cień spłynął, ich twarze
stały się wyraźne. Spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie zrobisz mi tego, do cholery!-Krzyknęła, przełykając łzy.
Wypchnął ją z samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, zostawiając ją samą na wilgotnym asfalcie.
- Głupia suka!- Wypluł ze złością. Pędził przed siebie nie patrząc w lusterka i nerwowo stukając palcami o kierownicę. W jego dłoniach rozbłysła zapałka. Dym papierosa wtopił się w mgłę i rozpłynął. On też zniknął.
Kucnęła na brzegu asfaltu i nadal bawiła się koralami. Owijała je wokół nadgarstków i kostek, przesuwała nad górną wargą, układając usta w dziubek. Czekała. Jej rodzice też się tak kłócili. Nieraz ojciec wyrzucał matkę z samochodu i kazał jej pieszo iść do domu. Po jakimś czasie wracał, a kiedy nie mógł jej znaleźć, bo poszła skrótem, albo ktoś ją podwiózł, darł się na nią później jeszcze bardziej. Krzyczał, że tak się martwił, że jak ona mogła. Ale zawsze wracał. On też wróci.
Jechał cały czas dalej zostawiając za sobą kilometry mokrego asfaltu. Obracał w palcach wilgotny filtr i co chwilę zaciągał się mocno marszcząc przy tym brwi. Nagle przypomniała mu się ich dawna rozmowa.
- Podobno mnie kochasz?-Pytał i spoglądał na nią kątem oka.
- Podobno ty mnie też.-Mówiła i uśmiechała się spuszczając wzrok.
- Kto ci takich głupot naopowiadał?
- Nie wiem. Obiło mi się o uszy.-Odpowiadała, a dołeczki w jej policzkach robiły się coraz wyraźniejsze.
Zatrzymał samochód, wysiadł i spojrzał za siebie. Mgła połknęła wszystko. Ją też. Wsiadł z powrotem do auta i zawrócił. Dusił mocno na pedał gazu i starał się ją odnaleźć we mgle. Zawsze tak robił. Zawsze wracał, a ona czekała. Zawsze się kłócili, a później wracali
do domu i bez słowa ogrzewał w dłoniach jej zmarznięte stopy. Znalazł ją w końcu, skuloną pod wielkim dębem, zziębniętą i drżącą. Obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi.
- Chodź.- Powiedział i pocałował ją w zroszone mgłą czoło. Odjechali. W końcu ona odezwała się zduszonym głosem.
- Wiesz, że jaskółki znów budują gniazdo pod naszym dachem?
- To dobrze...
Znów odetchnął z ulgą, że ją znalazł i powiedział sobie, że nigdy więcej. Znów.
-...To bardzo dobrze.