31 sierpnia 2010

Kawa. (Histeria, wóda i koka.)

Codziennie rano budziła mnie kubkiem
gorącej, czarnej kawy. Podawała ją zawsze
w tym samym, porcelanowym, wyszczerbionym kubku,
z pękniętym uchem. Powtarzałem jej, że nie piję kawy,
bo kwaśny posmak po niej nie pozwala skupić
mi się na niczym innym, drażni mnie i męczy.
Ona zazwyczaj siadała wtedy na krześle w kuchni i kładąc
nogi na parapet, mówiła: Zostaw, ja ją wypiję.
Teraz paliła papierosa i mimowolnie zeskrobywała paznokciem
zielony tynk ze ściany. Patrzyła przez okno na podwórze-
usmolone sadzą i zaszczane przez meneli. Jakiś gówniarz
kopał piłkę o ściany. Pierdolone echo niosło się po wszystkich
budynkach. Gdyby nie to, że był mroźny poranek, a okno przymarzło
do framugi i puści pewnie dopiero na wiosnę i nie to,
że siedziała w samych koronkowych majtkach, pewnie otworzyłaby
okno i wrzasnęła coś w stylu: Wypierdalaj gnojku z tą zasraną
piłką! Warunki jednak nie sprzyjały, a w jej zachowaniu można było
już zauważyć pewne oznaki poirytowania. Nerwowo tupała stopą o szybę,
a z zeskrobanego tynku usypała się już spora górka. Nic jednak nie
mówiła; w milczeniu konsumowała żółty filtr papierosa- nie zauważyła
nawet, że papieros zgasł już jakiś czas temu.

Zastanawiałem się co nas łączy: seks, zamiłowanie do erotycznych
udziwnień, prochy, alkohol, czy literatura?
Ona widziała we mnie poetę, jakąś pseudo bohemę, elitę,
pierdolonego mistrza, kurwa, katastrofistę i alkoholika.
No i ćpuna. Cholernego ćpuna, któremu bez ukochanego brown sugar
świat sypie się na głowę-głodne oczy nie przyjmują światła,
a wysuszone żyły zwężają się trwale jak przećpane źrenice.
Dopiero kiedy świat zaczyna wirować i migać oślepiającym światłem jak
w kalejdoskopie, wtedy wszystko jest jakieś bardziej plastyczne
i przyjazne; łatwiej się dostosować, jakoś wkleić w otoczenie
i ludzie zaczynają mówić z sensem.

Nie potrafiła mówić "kocham", ale ja też nigdy jej tego nie mówiłem.
Z resztą nic dziwnego, skoro jej nie kochałem. Nawet nie chciałem
tego zmieniać. Czy ona chciała-tego nie wiem, może dlatego,
że nigdy jej o to nie pytałem, a ona gardziła rozmowami od serca.
Nasze serca z resztą były zmęczone. Ciągłe dawanie w kanał,
chlanie od rana do rana dnia następnego. Wiesz, ciągłe leżenie
we własnych rzygach, czasem nawet w sikach, i jaranie, jaraaaanieee!
Jak nie było co jarać, to też jaraliśmy-co się dało-pokruszoną
aspirynę, ketonal, gałkę muszkatołową. Wypróbowaliśmy, kurwa, wszystko.
A kiedy jeszcze byliśmy w stanie wyczuć własne ciała, wtedy
pieprzyliśmy się bez końca. A tak serio, to koniec zawsze następował
szybko, tylko, że żadne z nas go nie pamiętało. Kiedy się budziliśmy
potrafiłem jej powiedzieć, że jest piękna, choć nie była; rozmazana,
rozmyta, nieświeża i odpychająca, ale ja też taki byłem, więc trzymałem
się jej jak tonący brzytwy, bo wiedziałem, ze choć porani palce,
to bez niej pójdę na dno-sam i na zawsze. Mówiłem jej też, że jest
słodka, a była gorzka, pikantna, cierpka i kwaśna, parzyła język,
stawała kością w gardle i pozostawiała niesmak, który był gorszy,
niż ta jej pieprzona kawa.

Kiedy ją poznałem, była chyba najpiękniejszą dziwką na dworcu-
na pewno najlepszą, jaką tam widziałem. Krzykliwy makijaż,
cholernie długie nogi, pół dupy na wierzchu, a nad tym wszystkim
królował apetyczny biust, krągły jak dojrzałe, jędrne grejpfruty.
Była tak piękna, jak Madonna Sykstyńska, ta dziwka Raffaella.
Całe jej ciało zdawało się krzyczeć: "weź mnie tanio, tu i teraz!"
No i wziąłem, raz, drugi, potem już nie liczyłem. Później to ona mnie
Wzięła-do domu, kiedy jakieś kutasy okradły mnie na dworcu
i skopały do nieprzytomności, formując ze mnie zakrwawioną,
połamaną kupę mięsa na oplutym chodniku. Leżałem u niej ponad
dwa tygodnie. Zostawiała mnie samego prawie na całe dnie.
Czasem wpadała na chwilę, rzucała mi w biegu jakąś chińszczyznę
w styropianowym pudełku, parzyła kawę i stawiała ją obok łóżka.
A kiedy wracała na dobre, zaczynaliśmy rozmowy o nas samych. Pytała
skąd jestem, co robię; chciała wiedzieć wszystko. Zupełnie jakbym
był jakimś cholernym audiobookiem, którego włączasz po powrocie z pracy.
Siadasz sobie z fajką w kuchni, zamykasz oczy, a on tak gada i gada.
Z nami było tak samo, tylko, że ona wcześniej parzyła sobie
jeszcze kawę. Sama niewiele mówiła, ale nie musiała. Wiedziałem, że jest
dziwką, przecież tak się poznaliśmy. Niechętnie poruszała
ten temat, więc nie pytałem, z resztą wcale nie chciałem znać
szczegółów jej wyuzdanej profesji, ani tego jak się w to wciągnęła.
W takich momentach od razu odświeżałem sobie w głowie sceny
z różnych filmów i tych debilnych, amerykańskich seriali.
Zawsze mnie śmieszyły zwierzenia dziwek.
Nagle miałem jedną z nich na co dzień i to taką zupełnie prawdziwą.
Dziwna sprawa, bez kitu.

Ona, w przeciwieństwie do mnie, cały czas drążyła. Powiedziałem jej
więc, że piszę, bo to wydało mi się najbardziej godne uwagi spośród
całego syfu, jakim było moje życie, składające się głównie z fascynacji
nowymi używkami, przesiadywania w obskurnych knajpach i pustych
konwersacji z napalonymi, tępymi cipami. (Rozmowy te często
znajdowały swój finał w zaszczanych toaletach. Jeśli łapiesz, o co
mi chodzi.)
Liczyłem na to, że zainteresuje ją to na tyle, że przestanie wypytywać
o resztę. Podziałało na jakiś czas. Koniecznie chciała przeczytać
moje opowiadania. Systematycznie podrzucałem jej nowe teksty,
a ona zachwycała się każdym drobiazgiem, każdym epitetem, wybujałą
metaforą i postaciami, do których tak bardzo chciała się upodobnić.
Właściwie to dopiero ona otworzyła mi oczy i uświadomiła mnie-
autora tych tekstów, że moi bohaterowie, choć z pozoru tak normalni,
prowadzący banalne życie, są w porównaniu z nami tak idyllicznie
piękni, utopijnie szczęśliwi, tak schludni i poukładani, że wydają
się nam niedoścignioną wizją nas samych.

Sam nie wiem skąd te postacie się brały. Po prostu dojrzewały powoli
w mojej głowie, by w końcu się wykluć i rozlać plamą pisma na papierze.
Zasypiałem i budziłem się z nimi, nawet o nich nie myśląc, a one
szemrząc cicho, same formowały swoje kończyny, myśli i charaktery.

Mówiła, że chce być taka, jak Emma-piękna, młoda i skromna kobieta,
której ulubionym zajęciem było wyszywanie patchworków i plotkowanie
z sąsiadkami; którą wszyscy uwielbiali, bo emanowała ciepłem i spokojem
tak, że każdy chciał przebywać w jej towarzystwie.
Szczerze, jakoś nie widziałem jej w tej roli, ale nic jej nie mówiłem.
Nie chciałem jej urazić. I tak miała przesrane życie, a te naiwne marzenia
jakoś momentalnie ją uzdrawiały, choć sama musiała sobie przecież zdawać
sprawę, że to mrzonka.
Teraz już nawet nie wiem, czy na pewno to wiedziała.

Kiedy nie chciałem z nią rozmawiać, a raczej kiedy chciałem
uniknąć gradu pytań, udawałem, że piszę. Poruszała się wtedy jak
mgła-bezszelestnie i miękko; nie odezwała się dopóki jej na to nie
pozwoliłem. Często też upijałem się samotnie zanim wróciła z pracy,
żeby zasnąć szybko, żeby ona dała spokój. Sam nieraz wkurwiałem
się na siebie, że od tygodni nie napisałem nic nowego. Podrzucałem jej
wtedy stare teksty, których jeszcze nie znała i samotnie upijałem się
w trupa, albo ćpałem tak ostro, że przez kilka dni tkwiłem zawieszony
między zaplamionym prześcieradłem, a chińskimi zupkami.

W umiejętny sposób wyłapywała gorsze dla mnie momenty
i wykorzystywała je do tego, żeby samą siebie wprowadzić w stan
umysłowego otępienia. Zalewała się więc ze mną, paląc na zmianę dżointy
i papierosy. Czasami robiła to tylko po to, żeby odreagować. Właściwie to się
jej nie dziwię. Gdybym to ja był kurwą, to pewnie byłbym też największą
ćpunką w mieście. Ciągle, kurwa, byłbym na haju. Jak sobie tylko pomyślę
o obciąganiu obwisłych, starych kutasów, sikaniu na kolesi z tirów
(może jeszcze, kurde, przez pierdolone oczka w tych ich siatkowanych
koszulkach, he?) , albo o głowie z tłustymi kłakami w mojej własnej
pochwie, to mam ochotę po prostu się wyrzygać.

Czasami widziałem, że ją to męczy, choć skrzętnie starała się to ukryć
pod płachtą chłodnej beznamiętności. Ale ja i tak wiedziałem, że chciała uciec
od tego gówna, bo zachowywała się tak, jakby ktoś dał jej za małe buty,
które ranią stopy, gorset krępujący każdy, najdrobniejszy nawet ruch,
czy głębszy oddech, klepnął ją w tyłek, wysłał na imprezę i kazał dobrze się bawić.
Naprawdę nie da się nie zauważyć, kiedy ktoś miota się we własnym ciele. Sam tak czasem
mam. I może właśnie dlatego, dzięki tym podobieństwom przyrosłem do
niej jak huba do brzozy i, kurwa, nie mogłem puścić. Zatracam tylko nieraz
świadomość kto tak naprawdę był brzozą, a kto hubą. Chociaż
chyba to jednak ja byłem tym pasożytem, uwieszonym najsilniejszej gałęzi
i chłepcącym żywiczne soki wprost z samego źródła.
A czy ona bywała czasem moją hubą?


Nieraz miewała chwile słabości-jak każdy, wracała do cuchnącego,
nieuprzątniętego mieszkania, siadała przed oknem z kubkiem gorącej kawy
w dłoni i patrzyła na podwórze tak, jakby chciała zobaczyć coś więcej
niż odrapane, krzywe bloki, jakby czekała aż w końcu coś się zmieni.
Wyglądała wtedy tak, jakby naprawdę wierzyła w to, że zza tych
szpetnych murów, tuż po zachodzie, jeszcze raz wyjrzy słońce.
I czekała na to, bez mrugnięcia okiem.

Czasem po prostu zaczynała płakać-rozklejała się definitywnie,
na amen, a ja starałem się jakoś pozbierać ją do kupy, kawałek po kawałeczku,
pocieszyć i uspokoić. Chujowo to szło, właściwie, bo zawsze lądowaliśmy
w łóżku, często nawet niedosłownie-pieprzyliśmy się chyba w każdym
kącie jej mieszkania, na każdym meblu-poza szklaną ławą, bo bałem się,
że się rozpieprzy, a kawałki szkła powłażą mi w dupę.

Histeria, wóda i koka dawały nam katharsis głębsze od antycznych sztuk.
Dzięki nim, zawsze mówiłem to, co chciała, a kiedy budziliśmy się dnia
następnego, przesiąknięci ciężarem minionej nocy, nigdy nie słyszałem
tych pytań ponownie. Nie mogłem sobie często przypomnieć,
co jej nagadałem, więc nawet lepiej, że nie pytała.
Zwyczajnie tak siadała przy oknie, próbując jedną ręką ogarnąć zmierzwione
włosy, a drugą odpalała papierosa. Za jej plecami, nad parapetem
mieszała się już para z aromatem świeżej kawy. A ona znowu stawała
się tą zamknięta, chłodną dziewczyną i miała w dupie co ja sobie
o niej myślę. Miała w dupie szczerość i czułe słówka z zeszłej nocy.
Miała w dupie chyba wszystko, poza swoją kawą.

Choć tyle czasu u niej mieszkałem, to nigdy nie uważałem, że kiedykolwiek
poznałem ją naprawdę. Kiedy teraz o tym myślę, analizuję, to widzę, że
była tajemnicą, zagadką, jak kostka Rubika-za cholerę nie umiałem ułożyć
wszystkich elementów tak, żeby całość była przejrzysta i poprawna.
Zawsze jakiś drobiazg odstawał, przeszkadzał w zwieńczeniu misternego
portretu psychologicznego tej dziewczyny. A kiedy z kolei starałem się
spojrzeć na to pod innym kątem, rusztowanie mojej wiedzy sypało się
jak mury Babilonu.
Co wiem na pewno? Chociażby to, że lubiła marzyć i, cholera, naprawdę
umiała to robić. Potrafiła naćpać się marzeniami do oporu i ot tak, odwracając
się na lakierowanych szpilkach, pójść na dworzec do tych śmierdzących,
rozpalonych mętów, a potem wrócić, zapalić papierosa i wypić ulubioną
kawę. Bez dramatu i bez szczęścia. Po prostu być i nie krytykować losu.
Wiem też, że chciała uciec. Jebnąć to wszystko i spadać pierwszy lepszym
pociągiem. Nie potrafiła. Nie rozumiem dlaczego i chciałbym, żeby
odpowiedziała mi na to pytanie.
A czego nie wiem? Czy była silna. Waham się ciągle. Bo czy oznaką siły
jest walka z przeciwnościami losu za wszelką cenę? A może silny jest
ten, kto potrafi zabić swoją złą naturę?
Nie wiem też czy była szczęśliwa, bo czasem sprawiała takie wrażenie.
O tak wiele rzeczy chciałbym jeszcze ją zapytać. Wciąż w głowie
reżyseruję nasze wyimaginowane spotkania. Czasem śni mi się,
to wszystko i budzę się z krzykiem, kiedy ona nie przychodzi.
Kurwa.


Wiesz, miewam takie momenty, że moralizuję, takie przebłyski, że chciałbym
ulepszyć coś, o czym nie mam pojęcia. Później jednak uświadamiam
sobie, że sam sobie spierdoliłem życie, że jestem, kurwa, obok,
a ono ucieka mi sprzed nosa jak jakiś pieprzony autobus i zatrzaskując
mi drzwi przed pyskiem, triumfalnie wznosi w powietrze środkowy palec.
No i co ja , kurwa, mogę zdziałać? Jak taki odpad społeczny jak ja,
mógł sobie w ogóle ubzdurać, że jest w stanie komukolwiek pomóc?
I właśnie dlatego niczego w życiu nie dokonałem. Właśnie dlatego
jej też nie potrafiłem pomóc.

Kurwa, wiesz co? Ten dzień był najgorszym dniem mojego życia.
Wiem to na pewno. Gówno prawda, powiesz, bo mam 24 lata
i jeszcze „tyle przede mną”.
Telefon o czternastej czterdzieści dwie. Dzwonił Bolas. Alfons.
Powiedział, że ona nie żyje.
Głos utknął mi w gardle. Razem ze śliną i wczorajszym obiadem.
Zapytałem cicho: co? Ale nie odpowiedział. Chyba nie wypowiedziałem
tego na głos. Powtórzyłem raz jeszcze, a on westchnął i chrząknął.
- Zabiła się, stary. Znaleźliśmy ją w kiblu z testem ciążowym. Zaćpała
się i pocięła.
Jego słowa ciągle rozbrzmiewają w mojej głowie, tłuką się wciąż
gdzieś z tyłu czaszki. Zwłaszcza wtedy, kiedy zachleję, albo
popłynę z prochami. Nie wiem, czy to było moje dziecko.
Czasem mam wrażenie, że ona tak myślała i dlatego się zabiła.

Wydawało mi się, że moje życie było do dupy, a teraz w ogóle
go, kurwa nie mam. Ja już, stary, nie istnieję. Zdechłem z nią
i tym dzieciakiem. Choć właściwie dużo się nie zmieniło.
Histeria, wóda i koka. Tylko wizyty na cmentarzu stały się moim
kolejnym obowiązkiem.

25 maja 2010

ostatni spacer

"Pisarz zbiera obrazy, dźwięki, zapachy. Chomikuje je wszystkie, strzeże zazdrośnie, jakby każdy był nieobjawiona tajemnicą fatimską. A to ukryje pod powiekami kłótnię w sklepie, a to grymas twarzy nieznajomego, a to niepozorne, choć kongenialne zdanie, które wypowiedział taksówkarz. Wszystko się przyda, ponieważ najlichsze nawet słowo może odbijać człowieczy kosmos."

Mariusz Sieniewicz
"Pisarski stosunek przerywany"


Choć pisarz ze mnie żaden, to sama też zbieram różne obrazy i historie,
które dzieją się gdzieś obok, po drodze, a same w sobie w danym momencie
nie mają dla mnie żadnego sensu, nic nie wnoszą. Często wielu z nich nigdzie
nie da się przykleić, dopasować do chaotycznej układanki pływającej w mojej
głowie. Tkwią zawieszone między snem a jawą, czasem się przyśnią, a czasem,
usłyszane gdzieś słowa rozbrzmiewają nagle w mojej pamięci pełną frazą,
trzeźwym tonem i tym samym głosem. Chwilami mam wrażenie, że robią
to specjalnie, że tłuką się po mojej czaszce celowo, grzechoczą jak
mak w makówce i każą mi spisać je na papier, zanim zupełnie się
rozmyją i odpłyną bezpowrotnie w cień. Wiem, że są i staram się
o nich pamiętać, a one tymczasem leniwie leżakują i czekają,
aż na powrót tchnę w nie życie. Są mi potrzebne, choć właściwie często
nie wiem dlaczego, ale one o tym wiedzą.
To jest trochę tak, jak z ludźmi, którzy żyją obok ciebie i w zasadzie są ci
obojętni, ale kiedy znikają, czegoś ci brakuje i jest inaczej. Ty nawet ich nie
znasz, wiesz jedynie na którym przystanku wysiadają, o której godzinie idą
z psem na spacer, jakie zajmują miejsce w autobusie. Wiesz, że palą papierosy
i wiesz jakie, ale to wszystko. Oni po prostu są, mijają cię i prawdopodobnie
nigdy nie zamienisz z nimi nawet jednego słowa. Do tak wielu rzeczy się
przyzwyczajasz i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Znasz na pamięć
drogę, którą chodzisz codziennie i w zasadzie jest ci ona obojętna,
ale kiedy nagle zabraknie na niej choćby jednego drzewa, domu, czy latarni,
to wpatrujesz się w puste miejsce dziwiąc się, jak mogłeś tego nie zauważyć,
skoro chodzisz tędy tak często. Od tego momentu już zawsze będziesz
mimowolnie spoglądał na te puste miejsca i przy każdym takim spojrzeniu,
poczujesz delikatne ukłucie gdzieś między kręgosłupem a żebrami.

Ostatnio znowu się to stało. Czegoś zabrakło, coś zamilkło i zgasło.
W pierwszej chwili pomyślałam, że po prostu go nie zauważyłam,
że gdzieś poszedł na chwilę i dlatego, kiedy autobus, którym jechałam
mijał płot jego posesji, on umknął moim oczom. W drodze powrotnej
siedziałam w innym miejscu, a zmęczenie, które mnie ogarnęło spowodowało,
że zapomniałam spojrzeć za jego płot i sprawdzić, czy wrócił.
Następnego dnia rano znów go nie było. Wieczorem także. Od wtedy,
codziennie, w zaniepokojeniu, z nosem przy szybie, czujna jak
ptak w chwili grozy, wypatrywałam jego zmęczonej, pokrzywionej
starością sylwetki, jego poblakłych, smutnych oczu, ale nigdzie
ich nie było. Rażąca pustka powtarzała się tak dzień za dniem.
A on? A on zniknął gdzieś, zapadł się pod ziemię, ktoś go nakrył
niewidzialną peleryną i schował przed światem.
W takich chwilach zawsze spodziewasz się najgorszego. Masz jeszcze
nadzieję, że będzie inaczej, że będzie tak samo, ale z dnia na dzień
ona topnieje jak lód na gorącym słońcu i w końcu znika, rozmywa się
gdzieś wąskim strumykiem, a potem paruje i ginie pośród rozstrzelanych
promieni gorącego słońca. A ty, nie wiedzieć czemu, czując piekąca sól
pod powiekami, ronisz łzę za łzą, zastygasz i nieświadomie wtulasz
się w zimne objęcia smutnej melancholii.

Właściwie to go nie znałam. Nigdy nie widziałam go nawet inaczej,
niż zza szyby. Przyzwyczaiłam się do niego i polubiłam go.
Miał w sobie coś takiego, co kazało mi go lubić, a jednocześnie
budziło we mnie współczucie i żal. Chciałam go uwolnić. Otworzyć
tę furtkę, za którą ktoś go zamknął i kazać mu uciekać. Może
wreszcie spojrzałby wtedy na mnie tymi smutnymi oczami, a potem
by odszedł i już nigdy bym go nie spotkała. Nie wiem nawet, czy
by mi podziękował. Nie wiem nawet, czy mógłby uciec na tych wątłych
krzywych nogach.
Nie ma go już od jakiegoś miesiąca. Wiem już, że na pewno nie wróci,
że odszedł na dobre. Mam tylko nadzieję, że jest tam szczęśliwy,
że jest młody, zdrowy i sprawny. Wierzę w to, że gdzieś jest
i z radości merda ogonem. Wiem, bo przecież wszystkie psy idą
do nieba. Wiem to na pewno. To był jego ostatni spacer.

18 maja 2010

W czym mogę pomóc? Czyli bieżcie i jedźcie po mnie wszyscy.

Praca w sklepie zoologicznym stanowi dla mnie niebywały wręcz zaszczyt, stwarza mi ona tę wyjątkowa okazję do bezsprzecznie fascynującej, prawie codziennej-przerywanej nudnymi i zupełnie niepotrzebnymi przerwami, nieuchronnymi dniami wolnymi i czasem na sen, (którego też mogłoby nie być, bo i po co?)-konwersacji z niewiarygodnie czarującymi klientami. Aż się wierzyć nie chce, że tak absolutnie fantastyczni ludzie stąpają po tym ziemskim padole i w swej wyjątkowej łasce zstępują właśnie tu, gdzie pracuję i właśnie MNIE zwiastują swoją dobrą nowinę. Zaprawdę powiadam
Wam, że nie ma na ziemi szczęśliwszego sprzedawcy, niż ja.
Powiesz ironia, sarkazm? Posłuchaj człowieku-opowiem ci kilka historyjek z mojego barwnego życia zawodowego i-głowę daję-będziesz siedział i słuchał urzeczony, z rozdziawioną gębą, a potem powiesz sobie w myśli "K...a, ta dupa to ma cholerne szczęście!...".

Historia numer jeden.

Chwila po dziewiątej-rano, rzecz jasna. Do sklepu wchodzi pierwszy klient. Mija mnie oczywiście, bo jakżeby inaczej, skoro lada, za którą stoję, ciągnie się prawie od samych bramek. No ale on mnie nie widzi, żadnego "dzień dobry", skinienia głową, czy choćby spojrzenia w moją stronę. Wchodzi gość jak do siebie, a przecież jest U MNIE. Facet kręci się przy psich karmach, schyla się, sapie, coś gada pod nosem, szarpie się z czymś, znowu sapie i gada. Podchodzi w końcu do lady, czerwony jak pomidor, wściekły i nadęty jak purchawka, którą-zdawałoby się-lekkie nawet muśnięcie doprowadziłoby do eksplozji-i zadzierając nos do góry, rzęzi przez zaciśnięte zęby:
- Podejdzie pani do mnie, czy potrzebuje pani specjalnego zaproszenia?
- Wystarczyłoby zwyczajne "dzień dobry", "przepraszam", albo "czy mógłbym".
- Dobrze, w takim razie proszę o przyniesienie do kasy tej piętnastokilowej karmy, która leży na samym dole.
- W porządku, skoro nie ma pan wystarczająco dużo siły z samego rana i musi się pan wyręczać kobietą niższą i słabszą od siebie, to proszę bardzo.- To powiedziawszy, podchodzę do góry worków z karmą i po kolei rzucam je na podłogę. Zupełnie nieopatrznie jedna z nich ląduje na bucie ów jegomościa, za co oczywiście serdecznie przepraszam. Dokopuję się do ostatniej, (tej jedynej!) i z błyskiem w oku, zarzucam ją sobie na ramię. Facet dębieje. Lekko wygięta na bok targam karmę do kasy. Facet bąka za moimi plecami, że może jednak pomoże. Proszę się nie fatygować-ucinam krótko. Gość daje mi pieniądze, chowa resztę wraz z paragonem do sfatygowanego, skórzanego portfela i... nie może podnieść worka. Ja triumfuję w środku. Próbuje na drugą rączkę-też nic. W końcu łapie worek za dwa rogi i ciągnie go za sobą jak zwłoki. Na odchodne, siny z wysiłku, ciska mi gniewne spojrzenie i znowu przez zęby cedzi: do widzenia i miłego dnia. A ja? Udaję, że nie słyszę.

Historia numer dwa

Paryskim krokiem, nóżką numer 38, odzianą w kozaki z pantery, wkracza do sklepu dama-jakaś poirytowana, o ustach ściągniętych tak ciasno, jakby ktoś obwiązał je sznurkiem. Podchodzi do kasy i wymachując mi przed oczami rękami w aksamitnych rękawiczkach oraz cętkowaną torebką, krzyczy:
- Czy ma pani coś na zęby dla psa?!
- Oczywiście-pasty, przysmaki, spreje, tabletki...- Wymieniam i widzę, jak kobiecie stopniowo powiększają się oczy.
- Ja potrzebuje coś, no, żeby nie wypadały, bo ciągle tylko po chacie zęby zbieram i do tego nieziemsko mu z pyska jedzie!- Krzyczy i dalej wymachuje torebką i łapami.
- A w jakim wieku jest pani pies?
- No..yyy...Jakieś trzy miesiące ma...Chyba...
Od razu myślę-tępe babsko, książek nie czyta, na psach się nie zna i pewnie jeszcze myśli, że "siad" i "leżeć", to szczeniak z mlekiem matki w pakiecie wysysa. Zachowując powagę, pytam jednak:
- A czy pies ma już stałe zęby?
- Jak to stałe?
- Inaczej, czy wypadły mu już mleczaki?
- A to psy mleczaki mają, jak ludzie?!-pyta ona, a jej oczy, a raczej ich zawartość,albo wszystko naraz chyba zaraz chlusną mi na twarz. Potakuję głową, a ona przykrywa wszystko nerwowym, histerycznym śmiechem i krztusząc się, piszczy: A ja myślałam, (No na pewno!) że on jest chory! Hahahahahaha, ach no, dziękuję pani po stokroć! Nagle z impetem rzuca mi się na szyję, aż jej z torebki coś wypadło i całuje mnie tymi ściągniętymi ustami. Wyrywam się z potrzasku, że to niby chcę pozbierać szpargały z jej torebki. Spoglądam pod swoje nogi i-ku mojemu zdziwieniu-widzę małego szczeniaka, a wokół niego kilka śnieżno białych, mlecznych zębów.

Historia numer trzy

Standardowo bez "dzień dobry", wpada do sklepu zaaferowana, głośna, czteroosobowa rodzinka (jak się domyślam: mama, syn, córka i "coś", co mogłoby być ojcem). Drąc paszcze, nastoletnie dzieciaki, ciągną matkę i "coś" do regału z psimi puszkami. Obserwuję ich z boku i czekam. W końcu młody, nawet do mnie nie podchodząc, krzyczy:
- Jakaś pucha dla yorka! (tu: Yorkshire terrier-szczególnie popularna ostatnio rasa, rodzaj psa kieszonkowego, szczególnie lubującego się w przebierankach, spineczkach i innych szaradach. Nawet jeśli na rasowego nie wygląda, jego właściciel z pewnością będzie twierdził inaczej.)
Hamując nerwy podchodzę. Kolejno wymieniam i pokazuję rozmaite puszki i pasztety, zaczynając oczywiście od lepszych, a więc takich, które mają więcej, niż 4% mięsa i mniej, niż 96% wody. Na opakowaniu pierwszej z nich widnieje wizerunek west'a (tu: West highland white terrier-szczególnie popularna ostatnio rasa, rodzaj psa kieszonkowego, szczególnie lubującego się w przebierankach, spineczkach i innych szaradach. Nawet jeśli na rasowego nie wygląda, jego właściciel z pewnością będzie twierdził inaczej.) Rodzinka patrzy na mnie jak cielęta, a młody rzuca rozjuszony:
- Co pani mi tu pieprzy?! Przecież widzę, że to nie jest karma dla yorków, nie?!
- No fakt, to jest karma dla psów. Przykro mi, ale te dla yorków już się nam skończyły.

No i powiedz teraz sam, czy nie zazdrościsz mi tego, że codziennie na mojej drodze Bóg stawia same najznakomitsze osobistości? Czy nie jest tak, że od tej chwili Twoim największym marzeniem jest choć przez chwilę być na moim miejscu? Usłyszałbyś wtedy jeszcze inne historię, np. tę o kameleonie, którego właścicielka karmiła kurczakiem (bo tak słodko jadł!), do momentu, aż nie wyszła mu na wierzch kloaka. Albo tę o papudze żako, która została zabita przez pewnego mężczyznę, chcącego zemścić się na byłej dziewczynie za to, że od niego odeszła. Albo tę o pieskach kieszonkowych, które w porze deszczowej załatwiają się do kuwety, bo nie lubią moknąć. Albo wreszcie tę o yorku, którego podczas spaceru nad Wartą porwał jastrząb i nigdy już nie zaznał (ten york) ziemskich rozkoszy. Uwierz, że historii takich są tysiące, że mogę sobie nimi wytapetować pokój, przedpokój i wszystko, co zechcę. Sęk tylko w tym, że nie chcę, że duszę się w tej morowej atmosferze wypełnionej cudzymi, bzdetnymi problemami-typu, że piesek dzisiaj na spacerku zjadł kupkę i to nie swoją. Moje motto na dziś: żyj i pozwól żyć innym-najlepiej z dala od siebie.

9 marca 2010

.

You got my heart broken
In this state, the way I felt you left me in
Gave me your scripture to read and understand
And not to fear not these voices in my mind
Fighting against my soul
They want to take over
And now too weak and sober
There’s so many thoughts running through my mind
That you left me all alone
But you sent me messages that you wouldn’t leave me on my own
Oh God of mercy yes I appreciate me
And when I think that you’re not present
You’re the one carrying me
And I can’t see your footprints
You say you’re in me
Sometimes I feel so immature
So walking through evil stop before your throne, yes

Oh God of Mercy I appreciate thee
And when I think that I am alone
You carry me and make me strong
Oh God of Mercy I appreciate thee
And when I think that I am alone
You carry me and make me strong


And when I ask how long do we get shot trying
You say I should be patient you have died for everyone
And when I’m down broken
Prayed so hard to get off my depression
To dismiss the earth’s equation need to find a solution
I walk through the streets not feeling my body not my soul
Like living it I go through life paying my heart, stole
Endless deception don’t want to be to myself
To the end comes conclusion it’s no use
Cause tonight my man is the devil’s residence and it goes
Power to the test it’s the beginning of downfall, downfall

Oh God of Mercy I appreciate thee
And when I think that I am alone
You carry me and make me strong
Oh God of Mercy I appreciate thee
And when I think that I am alone
You carry me and make me strong.


Nneka

31 stycznia 2010

traktat o śmierci

"Tak. Są telefony, żeby ludzie o sobie
nie zapomnieli. Tylko możesz nie zdążyć
podnieść słuchawki, kiedy akurat będę
umierała."


autor nieznany
znalezione w starym zeszycie pełnym dziwnych tekstów.



Prześladuje mnie myśl o śmierci;
Twojej, jej, jego, ich i mojej własnej.
Widzę Was martwych każdego dnia, widzę ich
wykrwawiających się na nagim asfalcie, jęczących,
płaczących i skamlących rzężącym oddechem. Widzę
ją, jak patrzy w sufit i oddycha prze rurkę
i już nie może powiedzieć światu niczego, nawet tego,
że chce umrzeć. Widzę, jak on wraca do domu,
szczęśliwy i zmęczony, a potem pada rażony gromem,
spalony na węgiel, tlący się trup, który właśnie doszedł
do końca i nie ma już żadnych marzeń. Wreszcie widzę
siebie pod kołami pociągu, rozwleczoną po torach wraz
z podręcznym bagażem doświadczeń i zwątpień, kruchą,
brzydką i już nieważną, na początku nieuchronnego zapomnienia.

Codziennie widzę śmierć, której nie ma. Widzę śmierć, która
może nadejść i nadejdzie. Nie wiem tylko kiedy, do kogo
i dlaczego.
Widzę jak umiera człowiek w przepoconej pościeli, jak
gasną jego oczy, żółknie skóra, jak spłyca się oddech.
Słyszę, jak spowalnia rytm jego zmęczonego serca.
Widzę, jak zdycha pies uwiązany na zaśniedziałym łańcuchu,
jak z tęsknotą spogląda za płot, który stanowi nienaruszalną
granicę jego jedynej rzeczywistości.
Widzę, jak usycha drzewo, jak opadają z niego liście
i jak chwieje się przy silniejszych podmuchach wiatru,
by w końcu zwalić się ciężko na ziemię w ostatniej
swojej godzinie.
Widzę, jak pisklę wypada z gniazda, po raz pierwszy
i ostatni zderzając się z rzeczywistością tępym uderzeniem
głowy o beton.

Nie potrafię przestać patrzeć, ani myśleć. Kiedy zamykam
oczy jest jeszcze gorzej, bo moja myśl maluje pod powieką
okrutne obrazy, przed którymi nie da się uciec. Myśli,
wizji i wyobraźni, nie da się pohamować. Są silniejsze,
szybsze i zakorzeniają się w głowie na długo.
Ty też umierasz, a kiedy Cię nie ma boję się i tracę
równowagę. Histeryczny śmiech, brutalne uderzanie głową
o ścianę, tracę oddech... Marzę wtedy, żeby zdurnieć
do końca i z uśmiechem na ustach dać się zamknąć
w pokoju bez wyjścia i bez okien.
Potem wracasz i wiem, że jesteś, ale wciąż się boję,
a serce wali jak młotem, aż słyszę jak krew przelewa
się w moich uszach.
Chciałabym to naprawić, jakoś Was uzdrowić i unieśmiertelnić.
Wiem, że się nie da, a może tylko ja tego nie potrafię.
Skoro jednak nie mogę nic dla Was zrobić, to nie umierajcie
chociaż na moich oczach, w zasięgu moich uszu, ani
z moją ręką w swojej własnej.

28 stycznia 2010

ostatnia podróż

Przywieźli ciebie dzisiaj, o siódmej rano.
Było zimno. Zaparzyłam sobie kawę, obficie zmieszałam
ją ze śmietaną i cukrem. Nad filiżanką majaczyła
lekka mgiełka. Aromat świeżej arabskiej
kawy płynął po zmarzniętych kaflach.

Powoli rozpięłam czarny worek, w którym już
gniło Twoje ciało. Fetor padliny, zmieszał się
z kawą. Sine oczy i usta, skóra biała jak mleko,
podszyta siatką granatowych żył. Brudne, obgryzione
paznokcie, pozlepiane włosy.
Napełniłam strzykawkę niebieskim płynem i zrobiłam
ci cztery zastrzyki-po dwa w brzuch i opłucną,
żebyś nabrał koloru, nie zepsuł się od środka,
żeby nie zalęgły się w twoich wnętrznościach
insekty, ani myszy.
W ciągu kilku godzin, płyn rozchodzi się po twoim
organizmie, przeciska się przez pozatykane żyły,
nasącza tkanki, aż w końcu z policzków znikają sińce,
a skóra zaczyna wyglądać naturalnie. Wyglądasz jakbyś spał,
po raz pierwszy tak spokojnie. Popijam kawę.
Rozbieram cię z namaszczeniem i myję całego, wolno przesuwając
gąbkę po Twoim zimnym, nagim torsie. Skóra delikatnie połyskuje
od wody w bladym świetle prosektorium. Osuszam wilgotne ciało
miękkim ręcznikiem frotte. Myję Ci włosy szamponem malinowym,
suszę, czeszę i układam. Golę wielodniowy zarost, depiluję brwi
i nogi. Nakładam na twarz krem z formaliną, masuję też szyję
i dłonie. Giną sińce, twoje wszystkie piegi i blizny, które
tak lubiłam.
Pudruję twoją twarz, maluję rzęsy, nakładam hennę na brwi,
żeby stały sie bardziej wyraziste. Kładę fioletowy cień
na powieki. Czyszczę i piłuję paznokcie, obcinam skórki,
przyklejam plastikowe tipsy z kiosku i maluję je na czerwono.
Obramowuję usta czerwoną kredką, wypełniam kontur szminką
i robię połysk błyszczykiem. Wkładam ci na głowę perukę
pożartą przez mole, z rudych, pogniecionych loków.
Na szyi ciasno oplatam sznur sztucznych pereł, z drogerii
za rogiem. Na każdy palec nasuwam tandetne pierścionki
z automatów nad morzem-złote, srebrne, z oczkiem lub bez-
wszystkie plastikowe, wszystkie od ciebie dla mnie-
teraz dla ciebie ode mnie.
Zakładam ci na nogi fioletowe rajstopy z latexu, a na dupę-
krótką, czerwoną, sukienkę na szerokich naramkach. Zamek
na plecach nie zapina się nawet do połowy. Wypycham biust
garściami waty szklanej. Nasuwam Ci na stopy ślubne, białe
pantofelki, numer 38-zawisają jedynie na sztywnych, długich
palcach. Do lewej ręki wkładam ci małą, zieloną torebkę
w pomarańczowe groszki-jeszcze teraz pachnie chińszczyzną z bazaru.

Chciałeś, żebym to ja tak wtedy wyglądała.
Kazałeś mi się ubrać w te wszystkie komedianckie
szmaty i cyrkowe dodatki. Chciałeś, żeby wszyscy wytykali
mnie palcami, żeby śmiali się i drwili.
Prowadziłeś mnie przed sobą popychając za każdym razem,
kiedy stawałam w miejscu i ze wstydu zwieszałam głowę.
Krzyczałeś, żebym nie płakała, bo rozmaże mi się makijaż.
Twoi znajomi klaskali, po kościele niósł się ich szyderczy
rechot; moich tam nie było. Teraz też ich nie ma i nie ma
nikogo, poza Tobą i mną. Tylko my dwoje, milczymy i rozumiemy
się tak dobrze, jak w udanym małżeństwie. Jest tak bardzo,
bardzo cicho, że słyszę mruczącą wysoko nad moją głową jarzeniówkę.
Słyszę też twój oddech w swojej głowie i słyszę też jak mróz
kłuje szyby w oknach i powoli maluje między nimi swoje chore wizje.
Całą swoją siłą szarpię twoim zmarzniętym, ciężkim ciałem
i usiłuję położyć je w trumnie. Peruka nasuwa się na zamknięte
oczy, łamiesz kilka paznokci, pęka pierścionek ze środkowego
palca lewej ręki.

Patrzę na Ciebie po raz ostatni. Wyglądasz śmiesznie, wiesz?
Wkładam Ci do ust swoją obrączkę. To na dobrą podróż.
Żebyś przy pierwszym słowie w zaświatach, udławił się
naszym małżeństwem-tak, jak ja dławiłam się nim każdego dnia.
Nie wracaj nigdy. Zamykam wieko, a echo jeszcze przez
chwilę błądzi po pokoju. Wypijam ostatni łyk kawy.