There’s a war inside my core
I hear it fight
I hear it roar
Kiedy byłam małą dziewczynką nie lubiłam chwil, gdy moja mama płakała.
Wiedziałam wtedy, że jestem w niebezpieczeństwie, że za chwilę coś
poderwie mnie w górę, ściśnie w bezdechu i nie będzie chiało puścić.
Nieprzyjemny dreszcz ścinał krew w moich żyłach.
Oto nagle mój świat, który zbudowała mi mama,
otulony w wełniany szalik, systematycznie
odżywiany witaminami i ciepłym słowem,
trzęsie się w posadzach, przechyla na
boki, by trzeszcząc złowrogo runąć
w końcu wprost na moją głowę.
W jednym momencie ten parasol
rozpostarty wysoko nade mną,
zostaje przedziurawiony.
Maleńkim otworem pomału,
miarowo, sączy się
przez niego
narastający
niepokój.
Źrenice powiększają się diametralnie, serce
mocniej tłucze się o żebra.
Nie. To nie ona. Nie ONA.
Mama. Moja bohaterka.
Mój anioł stróż
upada?
Jak postrzelona sarna, zapadam się po czubek głowy
w bezmyślnej panice i biegnę. Choć tak naprawdę
nie wiem co robić. Uciec, schować się czy
usiąść obok niej i przygarnąć do siebie
tak, jak ona to robiła, tuląc cały mój
zmierzwiony świat, wygładzając fale
kipiącego przerażenia. Topiłam się
zachłystując się grozą, widmem,
które niezawsze było prawdziwe.
A ona matowym szeptem sklejała
mój świat na nowo. Przytulając
policzek do mojego czoła,
kołysząc na piersi jak
niemowlę, odwracała
moją uwagę baśnią
i kołysankami.
Even though it hurts
Even though it scares
Love me when it storms
Love me when i fall
Do tej pory mam w sobie ten niepokój, małą, zaschniętą,
przykurzoną panikę, która budzi się z krzykiem na ten
jeden jedyny dźwięk. Dorosłość topnieje, by zrobić
miejsce dziecku, które trzeba trzymać za rękę
przechodząc przez nawet mało ruchliwą ulicę.
To przecież mnie trzeba trzymać za rękę.
Go ahead, go ahead
Love me deep until you can’t
Even though it hurts
Even though it scares
Lykke Li - Love Me Like I'm Not Made Of Stone
Lily says...
Let her tell you few stories...
15 marca 2014
11 lutego 2012
neverending
Nie wiem czy czasem nie tęsknię do tych niedogaszonych świateł,
które wciąż tlą się po cichu w tym małym pokoiku na zapleczu mojego ja.
Nigdy nie myśl, że kiedy znikasz, to odchodzisz w całości – zdecydowanie,
całym sobą, bez zawahań i ścieżki powrotu. Nawet jeśli nie chcesz
wracać, to jakaś część ciebie ulatnia się osiadając wilgotną parą
na rozrzuconych niedbale przedmiotach, przenika przez ściany
i wsiąka w nie jak perfumy w jedwabny szalik. Zostajesz tam, choćbyś
nie wiem jak tego nie chciał. Odchodzisz fizycznie, a metafizycznie
wciąż unosisz się w powietrzu i tkwisz w tym miejscu jak napełniony
helem balon przywiązany do drzewa.
Gorący lipcowy wieczór, centrum miasta, chodniki parują potem i rozlaną
wodą mineralną. Idą za rękę środkiem krzywego chodnika. Ona patrzy na
swoje stopy i co kilka kroków przeskakuje przez linie między płytami.
On ściska jej dłoń i spogląda na przejeżdżające obok samochody.
Migające reflektory na przemian wydłużają i skracają ich cienie.
Nie patrzą w ogóle na siebie. Rozhuśtani we własnych myślach,
przesuwają się wolno do przodu. Ona co jakiś czas mówi coś nieskładnie,
a on każdą kropkę kończącą wypowiadane przez nią zdanie,
akcentuje lekkim kiwnięciem głową. Kiedy ona pyta, on odpowiada
jej beznamiętnym mruknięciem.
Chciał wyjechać. Daleko. Do Afryki. Dowiedział się od kumpla
o misji pod znakiem krzyża w Kairze. Prawie za darmo. Tylko bilet,
ubezpieczanie i jakaś opłata dla bógwiekogo.
Miałby pomagać dzieciakom w szkole. Nie wiedział dokładnie w czym,
ale nawet go to nie interesowało. Pieniądze też go nie interesowały.
Ze znakiem krzyża miał raczej niewiele wspólnego. Może tylko to,
że ostatnio stawiał go na wszystkich swoich kumplach.
Chciał jak najszybciej wydostać się z Polski. Po prostu uciec.
Zostawić rodzinę, dom, ludzi, wszystkie porażki i sukcesy,
niezapłacone mandaty i nieodebrane przesyłki na poczcie.
Zabrać podręczny bagaż, wyjechać. Żegnając się z rodziną mówić:
„tak, zadzwonię” i „nie martw się, mamo, to tylko pół roku”,
a potem na lotnisku wyrzucić kartę sim z telefonu i być już
zawsze nołnejmem w morzu innych emigrantów.
Ona? Najlepsza laska w liceum. Piękna szatynka o oczach tak zielonych,
jak świeża mięta. Szczupła, średniego wzrostu, lekko śniada cera
i mlecznobiałe zęby, piegi na twarzy i lekko zadarty, filigranowy nos.
Zawsze dobrze się uczyła. Skończyła podstawówkę z wyróżnieniem.
Dyrektor, gdyby mógł, z powodu ekscytacji jej średnią,
pewnie zapiąłby ją gdzieś w krzakach zaraz po akademii wręczenia świadectw.
Od przedszkola uczęszczała na lekcje gry na fortepianie.
Uczyła się trzech języków. Rok w rok wygrywała konkursy recytatorskie,
olimpiady matematyczne i biologiczne. Piękna, skromna, cholernie inteligentna,
towarzyska i zawsze skora do pomocy.
W drugiej klasie liceum coś w niej pękło. Spóźniała się do szkoły,
ciągle przychodziła nieprzygotowana i niewyspana, w jakiejś wymiętej
koszulce tyłem na przód, w mokrych włosach i niewytuszowanych rzęsach.
Przestała się wyróżniać na tle klasy. Kiedy padało pytanie nauczyciela,
ona- zawsze z ręką w górze i zadartą dumnie brodą – siedziała skulona
pod oknem bazgroląc coś na marginesie zeszytu w kratkę. Nie udzielała się
już w żadnych dodatkowych zajęciach. Wszystkie konkursy odbywały się bez niej.
Fortepian zakurzył się i pokrył kółkami od rozlanych kaw z mlekiem
i dwiema łyżeczkami cukru. Nikt nie wiedział co się z nią dzieje.
Nie odbierała telefonów, coraz rzadziej wychodziła z domu.
Z dnia na dzień coraz bardziej gasła, cichła i słabła. Znikała,
a inni przestali się nią przejmować.
Nie pojechał. W furii cisnął bagaż w kąt pokoju. Zdzierał z siebie ubrania,
hacząc do krwi delikatną skórę obgryzionymi paznokciami.
Zatrzasnął za sobą drzwi łazienki, usiadł na brzegu wanny i odkręcił wodę.
Wsunął stopy do wanny i patrzył jak woda powoli je zakrywa.
Potem zsunął się po kafelkach i zanurzył nagie ciało w gorącej wodzie.
Kryjąc twarz w dłoniach płakał, a woda nadal płynęła po jego plecach.
Obudziło go dopiero walenie pięścią w drzwi i przeraźliwy krzyk matki.
Ostatnia noc. Mroźny, grudniowy poranek. Ona przytulona do niego brzuchem
i udami, ciepłym oddechem ogrzewała jego zziębniete plecy.
Jeszcze wieczorem się kłócili, wygrażali sobie przekleństwami.
Ona płacząc krzyczała, że nie chce go znać i odwracając się plecami mówiła,
żeby już nigdy do niej nie dzwonił. I znowu jakoś tak się stało,
że zimny wieczór wzbudził w nich potrzebę ciepła,
że z podgrzanych wrzasków na mroźnym powietrzu, zrodziły się szepty
pod puchową kołdrą. Stanowcze nie, zastąpiło milczące tak.
Zamiast nowej nuty, na gramofonie kręcił się znowu przeterminowany staroć.
Ten spacer nic nie zmienił. Po nim zapadli się znowu w swoich objęciach
i pocałunkach. Odcisnęli ślady mokrych stóp na kaflach jej łazienki.
Ona zwilżyła poduszkę mokrymi włosami, nasączyła ściany
swoim krzykiem rozkoszy. On zostawił w niej kilka gram siebie,
a potem wstał,
zapiął spodnie
i wyszedł.
które wciąż tlą się po cichu w tym małym pokoiku na zapleczu mojego ja.
Nigdy nie myśl, że kiedy znikasz, to odchodzisz w całości – zdecydowanie,
całym sobą, bez zawahań i ścieżki powrotu. Nawet jeśli nie chcesz
wracać, to jakaś część ciebie ulatnia się osiadając wilgotną parą
na rozrzuconych niedbale przedmiotach, przenika przez ściany
i wsiąka w nie jak perfumy w jedwabny szalik. Zostajesz tam, choćbyś
nie wiem jak tego nie chciał. Odchodzisz fizycznie, a metafizycznie
wciąż unosisz się w powietrzu i tkwisz w tym miejscu jak napełniony
helem balon przywiązany do drzewa.
Gorący lipcowy wieczór, centrum miasta, chodniki parują potem i rozlaną
wodą mineralną. Idą za rękę środkiem krzywego chodnika. Ona patrzy na
swoje stopy i co kilka kroków przeskakuje przez linie między płytami.
On ściska jej dłoń i spogląda na przejeżdżające obok samochody.
Migające reflektory na przemian wydłużają i skracają ich cienie.
Nie patrzą w ogóle na siebie. Rozhuśtani we własnych myślach,
przesuwają się wolno do przodu. Ona co jakiś czas mówi coś nieskładnie,
a on każdą kropkę kończącą wypowiadane przez nią zdanie,
akcentuje lekkim kiwnięciem głową. Kiedy ona pyta, on odpowiada
jej beznamiętnym mruknięciem.
Chciał wyjechać. Daleko. Do Afryki. Dowiedział się od kumpla
o misji pod znakiem krzyża w Kairze. Prawie za darmo. Tylko bilet,
ubezpieczanie i jakaś opłata dla bógwiekogo.
Miałby pomagać dzieciakom w szkole. Nie wiedział dokładnie w czym,
ale nawet go to nie interesowało. Pieniądze też go nie interesowały.
Ze znakiem krzyża miał raczej niewiele wspólnego. Może tylko to,
że ostatnio stawiał go na wszystkich swoich kumplach.
Chciał jak najszybciej wydostać się z Polski. Po prostu uciec.
Zostawić rodzinę, dom, ludzi, wszystkie porażki i sukcesy,
niezapłacone mandaty i nieodebrane przesyłki na poczcie.
Zabrać podręczny bagaż, wyjechać. Żegnając się z rodziną mówić:
„tak, zadzwonię” i „nie martw się, mamo, to tylko pół roku”,
a potem na lotnisku wyrzucić kartę sim z telefonu i być już
zawsze nołnejmem w morzu innych emigrantów.
Ona? Najlepsza laska w liceum. Piękna szatynka o oczach tak zielonych,
jak świeża mięta. Szczupła, średniego wzrostu, lekko śniada cera
i mlecznobiałe zęby, piegi na twarzy i lekko zadarty, filigranowy nos.
Zawsze dobrze się uczyła. Skończyła podstawówkę z wyróżnieniem.
Dyrektor, gdyby mógł, z powodu ekscytacji jej średnią,
pewnie zapiąłby ją gdzieś w krzakach zaraz po akademii wręczenia świadectw.
Od przedszkola uczęszczała na lekcje gry na fortepianie.
Uczyła się trzech języków. Rok w rok wygrywała konkursy recytatorskie,
olimpiady matematyczne i biologiczne. Piękna, skromna, cholernie inteligentna,
towarzyska i zawsze skora do pomocy.
W drugiej klasie liceum coś w niej pękło. Spóźniała się do szkoły,
ciągle przychodziła nieprzygotowana i niewyspana, w jakiejś wymiętej
koszulce tyłem na przód, w mokrych włosach i niewytuszowanych rzęsach.
Przestała się wyróżniać na tle klasy. Kiedy padało pytanie nauczyciela,
ona- zawsze z ręką w górze i zadartą dumnie brodą – siedziała skulona
pod oknem bazgroląc coś na marginesie zeszytu w kratkę. Nie udzielała się
już w żadnych dodatkowych zajęciach. Wszystkie konkursy odbywały się bez niej.
Fortepian zakurzył się i pokrył kółkami od rozlanych kaw z mlekiem
i dwiema łyżeczkami cukru. Nikt nie wiedział co się z nią dzieje.
Nie odbierała telefonów, coraz rzadziej wychodziła z domu.
Z dnia na dzień coraz bardziej gasła, cichła i słabła. Znikała,
a inni przestali się nią przejmować.
Nie pojechał. W furii cisnął bagaż w kąt pokoju. Zdzierał z siebie ubrania,
hacząc do krwi delikatną skórę obgryzionymi paznokciami.
Zatrzasnął za sobą drzwi łazienki, usiadł na brzegu wanny i odkręcił wodę.
Wsunął stopy do wanny i patrzył jak woda powoli je zakrywa.
Potem zsunął się po kafelkach i zanurzył nagie ciało w gorącej wodzie.
Kryjąc twarz w dłoniach płakał, a woda nadal płynęła po jego plecach.
Obudziło go dopiero walenie pięścią w drzwi i przeraźliwy krzyk matki.
Ostatnia noc. Mroźny, grudniowy poranek. Ona przytulona do niego brzuchem
i udami, ciepłym oddechem ogrzewała jego zziębniete plecy.
Jeszcze wieczorem się kłócili, wygrażali sobie przekleństwami.
Ona płacząc krzyczała, że nie chce go znać i odwracając się plecami mówiła,
żeby już nigdy do niej nie dzwonił. I znowu jakoś tak się stało,
że zimny wieczór wzbudził w nich potrzebę ciepła,
że z podgrzanych wrzasków na mroźnym powietrzu, zrodziły się szepty
pod puchową kołdrą. Stanowcze nie, zastąpiło milczące tak.
Zamiast nowej nuty, na gramofonie kręcił się znowu przeterminowany staroć.
Ten spacer nic nie zmienił. Po nim zapadli się znowu w swoich objęciach
i pocałunkach. Odcisnęli ślady mokrych stóp na kaflach jej łazienki.
Ona zwilżyła poduszkę mokrymi włosami, nasączyła ściany
swoim krzykiem rozkoszy. On zostawił w niej kilka gram siebie,
a potem wstał,
zapiął spodnie
i wyszedł.
10 listopada 2011
skinny love
come on skinny love just last the year
pour a little salt we were never here
Dawno temu zaczęłam budować między nami mur.
Stawiałam cegłę, za cegłą, skrupulatnie wypełniałam
gliną każdą wolną szczelinę. Czas płynął wolno,
mur ociekał deszczem. Zimą skuwał go lód, a wiosną
ten sam lód go rozsadzał. Mur kruszył się pyląc
czerwonym kurzem, obsypując nasze twarze
krwistą ochrą. Nawet w największym wietrze,
w największym sztormie, w najpodlejszej ulewie,
zawinięta w szalik, z wełnianą czapką wciśniętą na oczy
dokładałam coraz więcej cegieł, żebyś tylko zniknął
z moich oczu. Mur, choć się przechylał i chwiał, cały czas rósł.
W ciemnościach wychodziłam przed dom i wspinając
się na palce patrzyłam, czy nadal pod nim stoisz.
Na początku obchodziłam mur dookoła, idąc długo
i cierpliwie na jego skraj. Wychylałam się zza niego
i gorzkim uśmiechem na spierzchniętych od mrozu
ustach cieszyłam się, że jesteś.
Opierałeś pochylone, zmarszczone czoło o mur,
bębniąc przy tym palcami o nierówne, tępe cegły.
Nuciłeś jakąś melodię, kopiąc co jakiś czas
pożółkłym trampkiem w pękniętą butelkę po piwie.
I tell my love to wreck it all
cut out all the ropes and let me fall
Nie umiałam przestać na ciebie patrzeć.
Nie umiałam przestać chcieć.
Ty nie potrafiłeś odejść.
Nie potrafiłeś zamknąć za sobą drzwi tak,
jak to robią inni; tak, jak to robi ten, kto nie chce,
żeby ktoś do niego wracał. Zostawiałeś zawsze małą szczelinę,
przez którą wdzierało się we mnie całe światło
mojego życia. Cały mój sens wyciekał wąskim strumieniem
spod twoich drzwi i obmywał moje nagie stopy błogim ciepłem.
Delikatnie wsuwałam się do środka czując, jak fala ciepła
wspina się po moich kostkach w stronę ud.
Przychodziłam nocami, przy zgaszonym świetle,
z potarganymi zimowym wiatrem włosami.
Przychodziłam, bo wiedziałeś jak lubię zasypiać.
I told you to be patient
I told you to be fine
I told you to be balanced
I told you to be kind…
Pogubiliśmy się w sobie. W tych zakamarkach mózgów,
serc i cieple kończyn, zgubiliśmy drogę do tlenu.
I znów zachciało nam się szczęścia z kulawymi nogami,
wlokącego nas za sobą za przeciwległe strony muru.
Jak przez dziurkę od klucza zerkaliśmy w swoje rozporki
i telefony. Patrzyliśmy na swoje dłonie pieszczące od niechcenia
inne ciała. Piliśmy kawę w ulubionej kawiarni czując pustkę
przewiercającą trzewia. Wtapialiśmy się w rzekę istnień
na ulicy odstając od niej jak zardzewiałe gwoździe od ściany.
Wciąż byliśmy, ale osobno, inaczej. Czyli nas nie było.
now all your love is wasted
then who the hell was I?
Nie wracamy już pod mur. Odeszliśmy od niego zapominając
drogę powrotną. Nikt nie rozsypał za nami okruchów chleba.
Odchodząc, zamknęliśmy oczy. Pod naszymi butami
rozległ się głuchy trzask łamanych serc.
In the morning I'll be with you
but it will be a different kind
Wracam do ciebie w myślach prosząc, żebyś ty nie wracał.
Wieczorami wpatruję się w sufit i leżąc pod zimną kołdrą,
zwinięta w kłębek jak kot, myślę o tym kiedy. Kiedy wpadłeś
w moje oczy po raz pierwszy, kiedy pierwszy raz objęłam
cię ramionami, a kiedy oplotłam wokół ciebie uda.
Kiedy stałeś się moją pełnoprawną częścią, kiedy połową,
a kiedy całym światem.
My my my my my my …
my my my my my ...
Bo to wszystko dobiegło końca, skręciło kark na prozie życia.
Dziwne uczucie zostawić cię i zniknąć w swoim nowym starym świecie.
Idę gdzieś i sama nie wiem czy idę w przód, czy może znów się cofam.
Zostawiam za sobą wszystkie wspólne chwile - słodkie i czułe,
pełne słońca, te gorzkie, cierpkie, niepotrzebne i te nie do zniesienia.
I tylko jedna myśl nie daje mi spokoju.
Who will love you? who will fight?
and who will fall far behind?
Come on skinny love...
Skinny love - Bon Iver
pour a little salt we were never here
Dawno temu zaczęłam budować między nami mur.
Stawiałam cegłę, za cegłą, skrupulatnie wypełniałam
gliną każdą wolną szczelinę. Czas płynął wolno,
mur ociekał deszczem. Zimą skuwał go lód, a wiosną
ten sam lód go rozsadzał. Mur kruszył się pyląc
czerwonym kurzem, obsypując nasze twarze
krwistą ochrą. Nawet w największym wietrze,
w największym sztormie, w najpodlejszej ulewie,
zawinięta w szalik, z wełnianą czapką wciśniętą na oczy
dokładałam coraz więcej cegieł, żebyś tylko zniknął
z moich oczu. Mur, choć się przechylał i chwiał, cały czas rósł.
W ciemnościach wychodziłam przed dom i wspinając
się na palce patrzyłam, czy nadal pod nim stoisz.
Na początku obchodziłam mur dookoła, idąc długo
i cierpliwie na jego skraj. Wychylałam się zza niego
i gorzkim uśmiechem na spierzchniętych od mrozu
ustach cieszyłam się, że jesteś.
Opierałeś pochylone, zmarszczone czoło o mur,
bębniąc przy tym palcami o nierówne, tępe cegły.
Nuciłeś jakąś melodię, kopiąc co jakiś czas
pożółkłym trampkiem w pękniętą butelkę po piwie.
I tell my love to wreck it all
cut out all the ropes and let me fall
Nie umiałam przestać na ciebie patrzeć.
Nie umiałam przestać chcieć.
Ty nie potrafiłeś odejść.
Nie potrafiłeś zamknąć za sobą drzwi tak,
jak to robią inni; tak, jak to robi ten, kto nie chce,
żeby ktoś do niego wracał. Zostawiałeś zawsze małą szczelinę,
przez którą wdzierało się we mnie całe światło
mojego życia. Cały mój sens wyciekał wąskim strumieniem
spod twoich drzwi i obmywał moje nagie stopy błogim ciepłem.
Delikatnie wsuwałam się do środka czując, jak fala ciepła
wspina się po moich kostkach w stronę ud.
Przychodziłam nocami, przy zgaszonym świetle,
z potarganymi zimowym wiatrem włosami.
Przychodziłam, bo wiedziałeś jak lubię zasypiać.
I told you to be patient
I told you to be fine
I told you to be balanced
I told you to be kind…
Pogubiliśmy się w sobie. W tych zakamarkach mózgów,
serc i cieple kończyn, zgubiliśmy drogę do tlenu.
I znów zachciało nam się szczęścia z kulawymi nogami,
wlokącego nas za sobą za przeciwległe strony muru.
Jak przez dziurkę od klucza zerkaliśmy w swoje rozporki
i telefony. Patrzyliśmy na swoje dłonie pieszczące od niechcenia
inne ciała. Piliśmy kawę w ulubionej kawiarni czując pustkę
przewiercającą trzewia. Wtapialiśmy się w rzekę istnień
na ulicy odstając od niej jak zardzewiałe gwoździe od ściany.
Wciąż byliśmy, ale osobno, inaczej. Czyli nas nie było.
now all your love is wasted
then who the hell was I?
Nie wracamy już pod mur. Odeszliśmy od niego zapominając
drogę powrotną. Nikt nie rozsypał za nami okruchów chleba.
Odchodząc, zamknęliśmy oczy. Pod naszymi butami
rozległ się głuchy trzask łamanych serc.
In the morning I'll be with you
but it will be a different kind
Wracam do ciebie w myślach prosząc, żebyś ty nie wracał.
Wieczorami wpatruję się w sufit i leżąc pod zimną kołdrą,
zwinięta w kłębek jak kot, myślę o tym kiedy. Kiedy wpadłeś
w moje oczy po raz pierwszy, kiedy pierwszy raz objęłam
cię ramionami, a kiedy oplotłam wokół ciebie uda.
Kiedy stałeś się moją pełnoprawną częścią, kiedy połową,
a kiedy całym światem.
My my my my my my …
my my my my my ...
Bo to wszystko dobiegło końca, skręciło kark na prozie życia.
Dziwne uczucie zostawić cię i zniknąć w swoim nowym starym świecie.
Idę gdzieś i sama nie wiem czy idę w przód, czy może znów się cofam.
Zostawiam za sobą wszystkie wspólne chwile - słodkie i czułe,
pełne słońca, te gorzkie, cierpkie, niepotrzebne i te nie do zniesienia.
I tylko jedna myśl nie daje mi spokoju.
Who will love you? who will fight?
and who will fall far behind?
Come on skinny love...
Skinny love - Bon Iver
jaskółki
Jechali samochodem szosą pełną mgieł i półcieni. Była chłodna, wiosenna noc.
On palił papierosa i patrzył przed siebie przez szybę pełną dymu. Ona, nucąc jakąś
dziecinną melodię, przesuwała w palcach sznur czarnych korali. Jeszcze kilka minut temu się kłócili, teraz już ze sobą nie rozmawiali. Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
- Wysiadaj.-powiedział sucho.
Podniosła głowę, oderwała wzrok od korali i spojrzała na niego mrużąc oczy od dymu.
- Nie zostawisz mnie tutaj.-Wyszeptała głosem tak kruchym, jak najcieńsza chińska porcelana.
- Wysiadaj, powiedziałem!
Ani drgnęła. Pochylił się nad jej udami i nacisnął na klamkę z jej strony. Drzwi skrzypnęły i powoli zaczęły się otwierać. Zimny wiatr wdarł się do środka. Kiedy cień spłynął, ich twarze
stały się wyraźne. Spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie zrobisz mi tego, do cholery!-Krzyknęła, przełykając łzy.
Wypchnął ją z samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, zostawiając ją samą na wilgotnym asfalcie.
- Głupia suka!- Wypluł ze złością. Pędził przed siebie nie patrząc w lusterka i nerwowo stukając palcami o kierownicę. W jego dłoniach rozbłysła zapałka. Dym papierosa wtopił się w mgłę i rozpłynął. On też zniknął.
Kucnęła na brzegu asfaltu i nadal bawiła się koralami. Owijała je wokół nadgarstków i kostek, przesuwała nad górną wargą, układając usta w dziubek. Czekała. Jej rodzice też się tak kłócili. Nieraz ojciec wyrzucał matkę z samochodu i kazał jej pieszo iść do domu. Po jakimś czasie wracał, a kiedy nie mógł jej znaleźć, bo poszła skrótem, albo ktoś ją podwiózł, darł się na nią później jeszcze bardziej. Krzyczał, że tak się martwił, że jak ona mogła. Ale zawsze wracał. On też wróci.
Jechał cały czas dalej zostawiając za sobą kilometry mokrego asfaltu. Obracał w palcach wilgotny filtr i co chwilę zaciągał się mocno marszcząc przy tym brwi. Nagle przypomniała mu się ich dawna rozmowa.
- Podobno mnie kochasz?-Pytał i spoglądał na nią kątem oka.
- Podobno ty mnie też.-Mówiła i uśmiechała się spuszczając wzrok.
- Kto ci takich głupot naopowiadał?
- Nie wiem. Obiło mi się o uszy.-Odpowiadała, a dołeczki w jej policzkach robiły się coraz wyraźniejsze.
Zatrzymał samochód, wysiadł i spojrzał za siebie. Mgła połknęła wszystko. Ją też. Wsiadł z powrotem do auta i zawrócił. Dusił mocno na pedał gazu i starał się ją odnaleźć we mgle. Zawsze tak robił. Zawsze wracał, a ona czekała. Zawsze się kłócili, a później wracali
do domu i bez słowa ogrzewał w dłoniach jej zmarznięte stopy. Znalazł ją w końcu, skuloną pod wielkim dębem, zziębniętą i drżącą. Obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi.
- Chodź.- Powiedział i pocałował ją w zroszone mgłą czoło. Odjechali. W końcu ona odezwała się zduszonym głosem.
- Wiesz, że jaskółki znów budują gniazdo pod naszym dachem?
- To dobrze...
Znów odetchnął z ulgą, że ją znalazł i powiedział sobie, że nigdy więcej. Znów.
-...To bardzo dobrze.
On palił papierosa i patrzył przed siebie przez szybę pełną dymu. Ona, nucąc jakąś
dziecinną melodię, przesuwała w palcach sznur czarnych korali. Jeszcze kilka minut temu się kłócili, teraz już ze sobą nie rozmawiali. Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
- Wysiadaj.-powiedział sucho.
Podniosła głowę, oderwała wzrok od korali i spojrzała na niego mrużąc oczy od dymu.
- Nie zostawisz mnie tutaj.-Wyszeptała głosem tak kruchym, jak najcieńsza chińska porcelana.
- Wysiadaj, powiedziałem!
Ani drgnęła. Pochylił się nad jej udami i nacisnął na klamkę z jej strony. Drzwi skrzypnęły i powoli zaczęły się otwierać. Zimny wiatr wdarł się do środka. Kiedy cień spłynął, ich twarze
stały się wyraźne. Spojrzała na niego ze łzami w oczach.
- Nie zrobisz mi tego, do cholery!-Krzyknęła, przełykając łzy.
Wypchnął ją z samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, zostawiając ją samą na wilgotnym asfalcie.
- Głupia suka!- Wypluł ze złością. Pędził przed siebie nie patrząc w lusterka i nerwowo stukając palcami o kierownicę. W jego dłoniach rozbłysła zapałka. Dym papierosa wtopił się w mgłę i rozpłynął. On też zniknął.
Kucnęła na brzegu asfaltu i nadal bawiła się koralami. Owijała je wokół nadgarstków i kostek, przesuwała nad górną wargą, układając usta w dziubek. Czekała. Jej rodzice też się tak kłócili. Nieraz ojciec wyrzucał matkę z samochodu i kazał jej pieszo iść do domu. Po jakimś czasie wracał, a kiedy nie mógł jej znaleźć, bo poszła skrótem, albo ktoś ją podwiózł, darł się na nią później jeszcze bardziej. Krzyczał, że tak się martwił, że jak ona mogła. Ale zawsze wracał. On też wróci.
Jechał cały czas dalej zostawiając za sobą kilometry mokrego asfaltu. Obracał w palcach wilgotny filtr i co chwilę zaciągał się mocno marszcząc przy tym brwi. Nagle przypomniała mu się ich dawna rozmowa.
- Podobno mnie kochasz?-Pytał i spoglądał na nią kątem oka.
- Podobno ty mnie też.-Mówiła i uśmiechała się spuszczając wzrok.
- Kto ci takich głupot naopowiadał?
- Nie wiem. Obiło mi się o uszy.-Odpowiadała, a dołeczki w jej policzkach robiły się coraz wyraźniejsze.
Zatrzymał samochód, wysiadł i spojrzał za siebie. Mgła połknęła wszystko. Ją też. Wsiadł z powrotem do auta i zawrócił. Dusił mocno na pedał gazu i starał się ją odnaleźć we mgle. Zawsze tak robił. Zawsze wracał, a ona czekała. Zawsze się kłócili, a później wracali
do domu i bez słowa ogrzewał w dłoniach jej zmarznięte stopy. Znalazł ją w końcu, skuloną pod wielkim dębem, zziębniętą i drżącą. Obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi.
- Chodź.- Powiedział i pocałował ją w zroszone mgłą czoło. Odjechali. W końcu ona odezwała się zduszonym głosem.
- Wiesz, że jaskółki znów budują gniazdo pod naszym dachem?
- To dobrze...
Znów odetchnął z ulgą, że ją znalazł i powiedział sobie, że nigdy więcej. Znów.
-...To bardzo dobrze.
29 września 2011
makaron i cukier
Do ust mnie nieś i dław zachłystuj się
wyjąkaj ten głód i jedz łapczywie znów
nim rozbełta ci spojrzenie dziwny wstyd
nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół *
No i stało się. Trzasnęły drzwi. Przez rozbite okno wdarł się
do mieszkania nieprzyjemny, nieuprzejmy chłód. Skruszył
się tynk nad naszym wspólnym zdjęciem. Drewniana ramka
zakołysała się na gwoździu, przekrzywiając się nienaturalnie
i zastygła. Jeszcze przez chwilę tłukły się o ściany
pojedyncze słowa, popychane pospiesznie ciepłym oddechem.
To lato jakoś szybko się skończyło. Wsiąknęło w drewnianą
podłogę, rozwiało się ze świszczącym wiatrem, pofrunęło z morskim
piaskiem w jakieś gdzieś. Jesień przemknęła niezauważona pod ścianą,
ciągnąc za śnieżny welon pieprzoną królową śniegu.
Nagle z sierpnia zrobił się grudzień. Chropowaty lód skuł wszystkie
lustra na niewidome obrazy, rozsadził słoiki z malinową konfiturą
skrywaną w mroku spiżarni. Woda kapiąca z rury w kuchni, formowała
coraz większe lodowisko.
Szafy opróżniły się po cichu, poopadały firanki, garnki i kubki zeszły
schodami na dół. Tylko na chwilę, bo zaraz miały przecież wrócić.
Zostały więc niepodlane kwiaty, niedokarmione gołębie i koty, cukier
i makaron w szafce obok piekarnika. Czekały. Zostały obietnice
wiążące nasze losy na gordyjski supeł. Nigdy niespełnione.
A my wyszliśmy na chwilę trzaskając drzwiami.
Kwiaty uschły zwieszając się smutno z wysokich tyczek.
Koty poszły paść brzuchy do innych .
Gołębie odleciały w jakąś nicość i zostawiły po sobie puste niebo,
a makaron i cukier nigdy się nie psują.
W łazience prowokujesz torsje
i twoje serce zwraca na posadzkę chłodną
podniecenie całą czułość uwielbienie
bulimiczne serce zwraca na posadzkę
całą moją miłość
myjesz palce *
* Kasia Nosowska – Nomada
wyjąkaj ten głód i jedz łapczywie znów
nim rozbełta ci spojrzenie dziwny wstyd
nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół *
No i stało się. Trzasnęły drzwi. Przez rozbite okno wdarł się
do mieszkania nieprzyjemny, nieuprzejmy chłód. Skruszył
się tynk nad naszym wspólnym zdjęciem. Drewniana ramka
zakołysała się na gwoździu, przekrzywiając się nienaturalnie
i zastygła. Jeszcze przez chwilę tłukły się o ściany
pojedyncze słowa, popychane pospiesznie ciepłym oddechem.
To lato jakoś szybko się skończyło. Wsiąknęło w drewnianą
podłogę, rozwiało się ze świszczącym wiatrem, pofrunęło z morskim
piaskiem w jakieś gdzieś. Jesień przemknęła niezauważona pod ścianą,
ciągnąc za śnieżny welon pieprzoną królową śniegu.
Nagle z sierpnia zrobił się grudzień. Chropowaty lód skuł wszystkie
lustra na niewidome obrazy, rozsadził słoiki z malinową konfiturą
skrywaną w mroku spiżarni. Woda kapiąca z rury w kuchni, formowała
coraz większe lodowisko.
Szafy opróżniły się po cichu, poopadały firanki, garnki i kubki zeszły
schodami na dół. Tylko na chwilę, bo zaraz miały przecież wrócić.
Zostały więc niepodlane kwiaty, niedokarmione gołębie i koty, cukier
i makaron w szafce obok piekarnika. Czekały. Zostały obietnice
wiążące nasze losy na gordyjski supeł. Nigdy niespełnione.
A my wyszliśmy na chwilę trzaskając drzwiami.
Kwiaty uschły zwieszając się smutno z wysokich tyczek.
Koty poszły paść brzuchy do innych .
Gołębie odleciały w jakąś nicość i zostawiły po sobie puste niebo,
a makaron i cukier nigdy się nie psują.
W łazience prowokujesz torsje
i twoje serce zwraca na posadzkę chłodną
podniecenie całą czułość uwielbienie
bulimiczne serce zwraca na posadzkę
całą moją miłość
myjesz palce *
* Kasia Nosowska – Nomada
20 września 2011
made in china
Nie była już pierwszej młodości, bladosiwe strąki włosów
opadały niedbale na pomarszczone czoło i drażniły zmęczone oczy.
Przygarbiona sylwetka, powykrzywiane wieloletnią pracą palce
i sękate kolana, drżące pod taflą plisowanej spódnicy.
Jej twarz wyglądała jak zmięta kartka papieru, nie tyle pomarszczona,
co po prostu zgnieciona w dłoni i uformowana w kulkę. Gdzieś
w tej głębi tliły się nieśmiało jasnozielone oczy, jakieś pożółkłe
i nieostre, jakby ktoś zmniejszył kontrast i rozmazał obraz.
Była filigranowej postury, maleńka jak miniatura człowieka,
jak obraz z niewłaściwej strony lupy; niepozorna postać,
zwyczajny, szary obywatel ubrany w spódnicę z marketowej promocji
i bluzkę z żabotem, z pobliskiego bazaru; uosobienie smutku,
kwintesencja społecznego niebytu, żywy pomnik oczekiwania
na śmierć.
Kiedyś to miasto było dla niej nadzieją, oczekiwaniem, krętą
drogą ku lepszemu, wygranym losem w loterii fantowej.
Pojechała tam jak inni – dla pieniędzy, które leżą na chodnikach
i wystarczy tylko się po nie schylić; dla miłości, która rozkwita
na drzewach wraz z radosnym przyjściem wiosny i dla pracy,
w której miała być czymś więcej, niż maszyną do zarabiania
pieniędzy.
Kiedy przyjechała, szybko okazało się, że po pieniądze z chodnika
sięgają tylko żebracy, że miłość to plastikowy wytwór
z metką MADE IN CHINA, a jeśli już kwitnie, to głównie
na wynaturzonych billboardach, wykorzenionych z rzeczywistości
przez kilkumetrowe słupy, a jeśli już tam nie chce ci się wdrapać,
to możesz zawsze skorzystać z przytulnej kabiny w którymś z sexshopów.
Żeby dostać pracę, trzeba mieć dwadzieścia pięć lat,
najlepiej pięć ukończonych fakultetów, biegłe trzy języki,
wymiary z photoshopa, dziesięć lat doświadczenia na podobnym
stanowisku i znajomości w euro parlamencie.
W końcu jednak znalazła pracę w saloniku prasowym, za najniższą
krajową pensję, a jej naiwne serce skradł sprzedawca włoskich
butów. Miłość jak z filmu – piękna, namiętna, gwałtowna i ślepa.
On przynosił jej stokrotki z trawnika przed sklepem, a ona gotowała
mu rosół na drobiowym udzie o niskim terminie ważności.
Czytali wspólnie nekrologi objadając się krówkami i rozwiązywali
krzyżówki w gazecie z programem TV, z nadzieją, że uda im się
wygrać czerwony ekspres do kawy. Ona cerowała mu włoskie
skarpetki, a on w podzięce naprawiał cieknący wciąż kran i wymieniał
baterie w sfatygowanym pilocie.
Nie lubiła tego miasta, czuła się w nim jak na raftingu w Kalifornii –
wieczny hałas i pęd, który przyprawiał ją o torsje. Miasto wsysało
ją zachłannie, przeżuwało jej kruchą psychikę i przegryzało
pulsujące nerwy. Coś w niej pękało, pruło się jak niesforna,
niezłapana nić, a im bardziej pękało, tym bardziej bolało,
dudniło i wyło. Chrzęściły w środku jej mięśnie i stawy,
żyły drżały dźwięcząc jak szklane kieliszki, trzewia chlupały
i chrobotały. Nauczyła się oswajać swoje wnętrze, tego intruza,
który wyżerał ją od strony serca; chwilami naprawę potrafiła
go ugłaskać. Jej ukochany sprzedawca pytał wciąż: „ Coś cię
boli, rybeńko? Jesteś jakaś blada. Może połóż się i weź jakąś
tabletkę?” Ona kwitowała to cichym pomrukiem i machnięciem
ręki, a on odpuszczał zapadając się w fotel i popołudniowy,
telewizyjny seans z piwem. W końcu przestała jeść regularnie.
Posiłki ograniczyła do jednego na wieczór, żeby szybciej zasnąć.
Jej ciało chudło stopniowo, oblekając się w łukowate cienie pod żebrami.
Piersi obwisły, jakby ktoś wyssał z nich cały tłuszcz razem z mięśniami.
Włosy zaczęły wypadać garściami, zęby coraz drapieżniej wystawały
z pociemniałych dziąseł. Rysy wyostrzyły się, a cera pobladła
nadając jej twarzy wampiryczny wygląd. Nie patrzyła więc w lustro,
kiedy stała naga w łazience. Makijaż robiła dopiero wtedy, gdy
była zapięta pod szyję. Skrzętnie maskowała sińce pod coraz
bardziej wyłupiastymi oczami. Gasła powoli unikając ludzi,
a potem sprzedawca butów porzucił ją dla cycatej blondyny
z solarium o intelekcie jedwabnika. Miasto mełło ją wciąż
w betonowej gębie, w końcu wypluło na bruk miażdżąc jej
twarz lusterkiem nadjeżdżającego samochodu. Mimika pogrzebała
się w nierównych fałdach skóry, oczy wcisnęły się głębiej,
a nieforemne wargi rozlały się niezgrabnie na lewym policzku.
Wnętrze pęknięte na pół pokruszył na pył jej eks kochanek,
zaczęło wyciekać z jej ust bezładnym potokiem słów,
niezrozumiałym wprost bełkotem.
Ktoś ją stamtąd zabrał, ni stąd ni zowąd spakował ją i zabrał.
Po tylu nieprzespanych nocach, niestrawionych posiłkach,
ułożyła się bezwładnie w walizce jak kot i głaskana po
głowie przez rękę Boga zasnęła.
Tego miasta już nie ma. Zburzono je. Zniknęło z powierzchni
ziemi. To była bomba. Ogromna. Japońska bomba. Zakopano
je głęboko. Pogrzebano nie stawiając żadnego krzyża.
Tam byli ludzie. Spali kiedy miasto zapadało się. Pod ziemię.
Nikt ich nie obudził. Nie obudzą się już nigdy. Zostaną tam
na zawsze. Musieli tam zostać. Musieli. Oni pilnują. Jest tam
mój sprzedawca. Włoskich butów – mówiła.
opadały niedbale na pomarszczone czoło i drażniły zmęczone oczy.
Przygarbiona sylwetka, powykrzywiane wieloletnią pracą palce
i sękate kolana, drżące pod taflą plisowanej spódnicy.
Jej twarz wyglądała jak zmięta kartka papieru, nie tyle pomarszczona,
co po prostu zgnieciona w dłoni i uformowana w kulkę. Gdzieś
w tej głębi tliły się nieśmiało jasnozielone oczy, jakieś pożółkłe
i nieostre, jakby ktoś zmniejszył kontrast i rozmazał obraz.
Była filigranowej postury, maleńka jak miniatura człowieka,
jak obraz z niewłaściwej strony lupy; niepozorna postać,
zwyczajny, szary obywatel ubrany w spódnicę z marketowej promocji
i bluzkę z żabotem, z pobliskiego bazaru; uosobienie smutku,
kwintesencja społecznego niebytu, żywy pomnik oczekiwania
na śmierć.
Kiedyś to miasto było dla niej nadzieją, oczekiwaniem, krętą
drogą ku lepszemu, wygranym losem w loterii fantowej.
Pojechała tam jak inni – dla pieniędzy, które leżą na chodnikach
i wystarczy tylko się po nie schylić; dla miłości, która rozkwita
na drzewach wraz z radosnym przyjściem wiosny i dla pracy,
w której miała być czymś więcej, niż maszyną do zarabiania
pieniędzy.
Kiedy przyjechała, szybko okazało się, że po pieniądze z chodnika
sięgają tylko żebracy, że miłość to plastikowy wytwór
z metką MADE IN CHINA, a jeśli już kwitnie, to głównie
na wynaturzonych billboardach, wykorzenionych z rzeczywistości
przez kilkumetrowe słupy, a jeśli już tam nie chce ci się wdrapać,
to możesz zawsze skorzystać z przytulnej kabiny w którymś z sexshopów.
Żeby dostać pracę, trzeba mieć dwadzieścia pięć lat,
najlepiej pięć ukończonych fakultetów, biegłe trzy języki,
wymiary z photoshopa, dziesięć lat doświadczenia na podobnym
stanowisku i znajomości w euro parlamencie.
W końcu jednak znalazła pracę w saloniku prasowym, za najniższą
krajową pensję, a jej naiwne serce skradł sprzedawca włoskich
butów. Miłość jak z filmu – piękna, namiętna, gwałtowna i ślepa.
On przynosił jej stokrotki z trawnika przed sklepem, a ona gotowała
mu rosół na drobiowym udzie o niskim terminie ważności.
Czytali wspólnie nekrologi objadając się krówkami i rozwiązywali
krzyżówki w gazecie z programem TV, z nadzieją, że uda im się
wygrać czerwony ekspres do kawy. Ona cerowała mu włoskie
skarpetki, a on w podzięce naprawiał cieknący wciąż kran i wymieniał
baterie w sfatygowanym pilocie.
Nie lubiła tego miasta, czuła się w nim jak na raftingu w Kalifornii –
wieczny hałas i pęd, który przyprawiał ją o torsje. Miasto wsysało
ją zachłannie, przeżuwało jej kruchą psychikę i przegryzało
pulsujące nerwy. Coś w niej pękało, pruło się jak niesforna,
niezłapana nić, a im bardziej pękało, tym bardziej bolało,
dudniło i wyło. Chrzęściły w środku jej mięśnie i stawy,
żyły drżały dźwięcząc jak szklane kieliszki, trzewia chlupały
i chrobotały. Nauczyła się oswajać swoje wnętrze, tego intruza,
który wyżerał ją od strony serca; chwilami naprawę potrafiła
go ugłaskać. Jej ukochany sprzedawca pytał wciąż: „ Coś cię
boli, rybeńko? Jesteś jakaś blada. Może połóż się i weź jakąś
tabletkę?” Ona kwitowała to cichym pomrukiem i machnięciem
ręki, a on odpuszczał zapadając się w fotel i popołudniowy,
telewizyjny seans z piwem. W końcu przestała jeść regularnie.
Posiłki ograniczyła do jednego na wieczór, żeby szybciej zasnąć.
Jej ciało chudło stopniowo, oblekając się w łukowate cienie pod żebrami.
Piersi obwisły, jakby ktoś wyssał z nich cały tłuszcz razem z mięśniami.
Włosy zaczęły wypadać garściami, zęby coraz drapieżniej wystawały
z pociemniałych dziąseł. Rysy wyostrzyły się, a cera pobladła
nadając jej twarzy wampiryczny wygląd. Nie patrzyła więc w lustro,
kiedy stała naga w łazience. Makijaż robiła dopiero wtedy, gdy
była zapięta pod szyję. Skrzętnie maskowała sińce pod coraz
bardziej wyłupiastymi oczami. Gasła powoli unikając ludzi,
a potem sprzedawca butów porzucił ją dla cycatej blondyny
z solarium o intelekcie jedwabnika. Miasto mełło ją wciąż
w betonowej gębie, w końcu wypluło na bruk miażdżąc jej
twarz lusterkiem nadjeżdżającego samochodu. Mimika pogrzebała
się w nierównych fałdach skóry, oczy wcisnęły się głębiej,
a nieforemne wargi rozlały się niezgrabnie na lewym policzku.
Wnętrze pęknięte na pół pokruszył na pył jej eks kochanek,
zaczęło wyciekać z jej ust bezładnym potokiem słów,
niezrozumiałym wprost bełkotem.
Ktoś ją stamtąd zabrał, ni stąd ni zowąd spakował ją i zabrał.
Po tylu nieprzespanych nocach, niestrawionych posiłkach,
ułożyła się bezwładnie w walizce jak kot i głaskana po
głowie przez rękę Boga zasnęła.
Tego miasta już nie ma. Zburzono je. Zniknęło z powierzchni
ziemi. To była bomba. Ogromna. Japońska bomba. Zakopano
je głęboko. Pogrzebano nie stawiając żadnego krzyża.
Tam byli ludzie. Spali kiedy miasto zapadało się. Pod ziemię.
Nikt ich nie obudził. Nie obudzą się już nigdy. Zostaną tam
na zawsze. Musieli tam zostać. Musieli. Oni pilnują. Jest tam
mój sprzedawca. Włoskich butów – mówiła.
28 sierpnia 2011
toxic
This time I've learned from my past falls
Old wounds might reopen soon
Burn them in alcohol
Sage Francis - Agony in her Body
W zachodzącym słońcu wylizujemy swoje rany.
Gdzieniegdzie sączy się krew; płynie leniwie w dół,
drażniąc zmęczoną skórę. Zaschnięte strupy pękają
w słońcu tryskając przezroczystą, gęstą ropą.
Poranionym ciałom dodają kolorytu wielobarwne sińce.
Leżymy zmęczeni w trawie, nasze klatki piersiowe coraz ciężej
unoszą się ku chmurom. Potem opadają ciężko, przygniecione
kilogramami niewypowiedzianych słów.
Pod powłoką skóry, siatką żył i rusztowaniem
z żeber, w mieszaninie krwi i tłuszczu, tłucze się
nieudolnie mięsień wielkości ludzkiej pięści.
Otaczający nas upał odbiera mu resztki sił.
Z mikrootworów naszych ćwierćzwłok
wylewa się zimnym potokiem słony pot.
Krew miesza się z solą, a my zagryzamy
wargi z bólu zaciskamy powieki tak mocno,
aż sklejają nam się rzęsy.
Zaczynają na nas siadać muchy. Maczają swoje
włochate, brudne odnóża w małych kałużach potu
grzejących się na naszych splotach słonecznych, w naszych pępkach
i tych słodkich zagłębieniach, tuż przy obojczykach.
Plączą się nam we włosach, spijają z nas wszystkie wydzieliny.
Zamykamy znów oczy, ale otwieramy usta, starając się zerwać
z nieba jakiś głębszy łyk powietrza, a muchy wędrują po naszych
wilgotnych powiekach i wargach chłepcąc zachłannie to,
co z nas wypływa. Brak nam sił, żeby je odgonić.
Nawet gdyby nam się to udało – i tak wrócą, kiedy przestaniemy
rozkładać się na niby, a zaczniemy tak na poważnie.
Brudnym paznokciem rozdrapujesz wyschnięty strup na ramieniu.
Swędzi cię tak bardzo, że nie możesz przestać. Skóra dookoła
coraz mocniej się czerwieni. Zawsze lubiłeś nowe blizny.
Zawsze ja je lubiłam. Tylko, że ty lubiłeś te na mnie, a ja te na tobie.
Mówiłeś ‘ładnie wyglądasz z tym podbitym okiem, jak gwiazda
filmu sensacyjnego’, a ja słuchałam cię głaszcząc kolejno
każde zadane ci kiedyś cięcie nożem.
Krwawa skorupa z każdą chwilą bardziej odstaje od skóry.
Czołgam się w twoją stronę po omacku i z całej siły ją odrywam,
uśmiecham się błogo opadając na miękką trawę.
Jęknąłeś z bólu.
Nie spuszczam wzroku z twojego ciała. Idealnie krągły balon krwi
napełnia się rozrastając się na boki i po chwili pęka, rozlewając się
po twojej skórze wiśniową kałużą. Śmiejesz się.
Widzisz? Widzisz co z nas zostało? Jakieś suche wspomnienia,
które bez sensu jest wskrzeszać na okrągło jak pokruszoną, sfatygowaną
kliszę. Bez sensu jest odgrzewać ten film pt. „My razem” jak stary kotlet
w mikrofalówce, żeby potem znowu go zamrozić i udawać, że jeszcze
się nie zepsuł, że jeszcze nie śmierdzi.
Staramy się przyciągnąć siebie nawzajem wymachując sobie
przed nosem tymi wspólnymi latami, litrami alkoholu i pełnymi
popielniczkami fajek, którymi razem się truliśmy; nieprzestanymi
wspólnie nocami, w które wyliczaliśmy miejsca na świecie,
które razem zdobędziemy na stopa i tym parzącym seksem,
który w nas wybuchał chwilę później, gdy chwytałeś mnie
za udo i mówiłeś „niech już będzie lato”.
Staram się przykleić cię znów do siebie tekstami „a pamiętasz, jak…?”
Wciąż odbierasz moje popółnocne telefony, kiedy krzyczę, że cię nie ma
i proszę, żebyś był choć na jeden łyk porannej kawy. Tłumaczysz się
kilometrami, brakiem samochodu, mówisz, że to koniec i że po następnym
moim telefonie spuścisz swój w kiblu. Bełkoczę wtedy o śmierci,
o miękkim kaftanie ze szpitala dla czubków, a ty odpowiadasz, że będziesz
u mnie za pół godziny. Potem przychodzisz i waląc pięścią w ścianę płaczesz
i błagasz, żebym zniknęła, że nie zniesiesz już tego ani chwili dłużej.
Głaszczę cię po głowie i przytulam swój policzek do twojego. Czuję
delikatne ukłucia zarostu. Jak zwykle nie miałeś czasu się ogolić.
Kiedyś to się skończy. Kiedyś któreś z nas odejdzie. Może to będę ja?
Przestanę wreszcie kłaść się ołowianym cieniem na twoim
kruchym życiu. Może to ty odejdziesz rozwalając mi wcześniej łeb
o futrynę drzwi. Zostawisz mnie połamaną i martwą
wychodząc przez okno mojego mieszkania
na czwartym piętrze.
Dla Tripa, żeby otwierał szerzej oczy,
kiedy rozmawia z kobietami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)