Za dużo palę i piję, kiedy Cię nie ma.
Jem mało i rzadko. Bardzo dużo myślę.
O spacerach nad rzeką, piasku w oczach
i pod bluzką, gorzkich słowach przy kolacji
i tych ciepłych za kołnierzem tuż po niej,
o Twojej skupionej twarzy w moim lusterku,
tuż za moim ramieniem, kiedy się maluję,
o Tobie w moim kapeluszu i sobie w Twojej koszuli,
o Tobie przy mnie, ze mną, na mnie, we mnie
i o Tobie poza moim zasięgiem.
Wychodzę z mieszkania dopiero wieczorami,
bo świeże powietrze najlepiej uspokaja mój zmęczony
organizm. Chłód wieczoru przedziera się przez
przerzedzoną pajęczynę starego swetra, otulającego
moje sine, nagie piersi. Opuszkami zmarzniętych palców
muskam korę przydrożnych drzew. Idę wolno, szurając butami
i potykając się o grube korzenie.
Nocami nie śpię. Snuję się po mieszkaniu jak
ćma, która pragnie światła, a nie może go
sama wzniecić. Wypatruję Cię w oknie, choć
wiem, że i tak Cię w nim nie zobaczę, ale jeśli
kiedyś jednak będziesz w okolicy, to może dojrzysz
mnie za pomazaną szybą i nawet jeśli uśmiechniesz
się idąc dalej, to będę wiedziała, ze warto było czekać.
Nad ranem kładę się do łóżka, naciągam kołdrę na głowę,
żeby wstające słońce nie kłuło mnie w oczy.
W końcu spada na mnie ciężki, ołowiany sen.
Coraz trudniej mi się z niego wybudzić.
27 września 2009
8 września 2009
no title
Czy jeśli przywiążę Cię do drzewa w samym środku
lasu, w noc ciemną i zimną i odwrócę się na pięcie
w złości, ciekawości, albo roztargnieniu i odejdę,
to czy będziesz czekał?
Czy zostaniesz?
Czy jeśli deszcz płynąc wytrwale po Twoim karku
wypłucze kolor z Twojej koszuli, której tak nie lubię,
a szyszki nieustępliwe będą drążyć w Twoich kolanach
piekące rany, to czy nadal będziesz?
Co powiesz jeśli wrócę, kiedy już uwolnię Twoje zmęczone
nadgarstki z pęt sztywnych, jednym cięciem noża?
Idziemy obok siebie muskając się jedynie wierzchami dłoni,
w milczeniu tak głębokim, jak czerń naszych połyskujących
źrenic, wbijając wzrok w przestrzeń i wcale jej nie widząc.
Marszczymy czoła i nosy, jakby coś nagle zafrapowało nas
wielce gdzieś za siódmym drzewem po lewej i było ważniejsze
od słów, które tak trudno cisną się na usta.
- Nic nie powiesz?
- Nie.- Odpowiadam, odgarniając kosmyk włosów opadający
na policzek.
Nie wiem na jak długo bym odeszła. Może stanęłabym gdzieś
daleko, wciąż Cię widząc i patrzyłabym czy nadal jesteś.
Czasami mam ochotę zniknąć, być gdzieś, gdzie nie ma nikogo,
mieć dla siebie potężną przestrzeń i chłonąć z jej powierzchni
cierpkie powietrze. Widzieć tylko kontury ludzi majaczące
szarością gdzieś za linią horyzontu. Wiem, że Ty też tak
masz, że chowasz się gdzieś dyskretnie, a ja wtedy siłą Cię
stamtąd wyciągam. Czasami jednak to ja chcę, żebyś zniknął.
Chcę wiedzieć, ze Cię nie ma i nie będzie, nie patrzeć,
nie myśleć, nie mówić nic. Przywiązuję Cię wtedy do drzewa
i odchodzę.
- Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia?
- Nie.
Zatrzymujesz się, opierasz się jedną ręką o gruby dąb
i ciężko wzdychasz, robiąc przy tym jedną z tych min,
które sprawiają, że w sekundę przestaję Cię lubić.
Powoli odchodzę, a Ty stoisz pod dębem i patrzysz
na wyschnięte, zszarzałe żołędzie.
Nie patrzę, nie myślę i nic nie mówię, słucham tylko
jak deszcz miarowo spada na wyschnięte liście.
Czy będziesz czekał-nie wiem, bo nie wiem, czy ja
po Ciebie wrócę.
lasu, w noc ciemną i zimną i odwrócę się na pięcie
w złości, ciekawości, albo roztargnieniu i odejdę,
to czy będziesz czekał?
Czy zostaniesz?
Czy jeśli deszcz płynąc wytrwale po Twoim karku
wypłucze kolor z Twojej koszuli, której tak nie lubię,
a szyszki nieustępliwe będą drążyć w Twoich kolanach
piekące rany, to czy nadal będziesz?
Co powiesz jeśli wrócę, kiedy już uwolnię Twoje zmęczone
nadgarstki z pęt sztywnych, jednym cięciem noża?
Idziemy obok siebie muskając się jedynie wierzchami dłoni,
w milczeniu tak głębokim, jak czerń naszych połyskujących
źrenic, wbijając wzrok w przestrzeń i wcale jej nie widząc.
Marszczymy czoła i nosy, jakby coś nagle zafrapowało nas
wielce gdzieś za siódmym drzewem po lewej i było ważniejsze
od słów, które tak trudno cisną się na usta.
- Nic nie powiesz?
- Nie.- Odpowiadam, odgarniając kosmyk włosów opadający
na policzek.
Nie wiem na jak długo bym odeszła. Może stanęłabym gdzieś
daleko, wciąż Cię widząc i patrzyłabym czy nadal jesteś.
Czasami mam ochotę zniknąć, być gdzieś, gdzie nie ma nikogo,
mieć dla siebie potężną przestrzeń i chłonąć z jej powierzchni
cierpkie powietrze. Widzieć tylko kontury ludzi majaczące
szarością gdzieś za linią horyzontu. Wiem, że Ty też tak
masz, że chowasz się gdzieś dyskretnie, a ja wtedy siłą Cię
stamtąd wyciągam. Czasami jednak to ja chcę, żebyś zniknął.
Chcę wiedzieć, ze Cię nie ma i nie będzie, nie patrzeć,
nie myśleć, nie mówić nic. Przywiązuję Cię wtedy do drzewa
i odchodzę.
- Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia?
- Nie.
Zatrzymujesz się, opierasz się jedną ręką o gruby dąb
i ciężko wzdychasz, robiąc przy tym jedną z tych min,
które sprawiają, że w sekundę przestaję Cię lubić.
Powoli odchodzę, a Ty stoisz pod dębem i patrzysz
na wyschnięte, zszarzałe żołędzie.
Nie patrzę, nie myślę i nic nie mówię, słucham tylko
jak deszcz miarowo spada na wyschnięte liście.
Czy będziesz czekał-nie wiem, bo nie wiem, czy ja
po Ciebie wrócę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)