25 maja 2010

ostatni spacer

"Pisarz zbiera obrazy, dźwięki, zapachy. Chomikuje je wszystkie, strzeże zazdrośnie, jakby każdy był nieobjawiona tajemnicą fatimską. A to ukryje pod powiekami kłótnię w sklepie, a to grymas twarzy nieznajomego, a to niepozorne, choć kongenialne zdanie, które wypowiedział taksówkarz. Wszystko się przyda, ponieważ najlichsze nawet słowo może odbijać człowieczy kosmos."

Mariusz Sieniewicz
"Pisarski stosunek przerywany"


Choć pisarz ze mnie żaden, to sama też zbieram różne obrazy i historie,
które dzieją się gdzieś obok, po drodze, a same w sobie w danym momencie
nie mają dla mnie żadnego sensu, nic nie wnoszą. Często wielu z nich nigdzie
nie da się przykleić, dopasować do chaotycznej układanki pływającej w mojej
głowie. Tkwią zawieszone między snem a jawą, czasem się przyśnią, a czasem,
usłyszane gdzieś słowa rozbrzmiewają nagle w mojej pamięci pełną frazą,
trzeźwym tonem i tym samym głosem. Chwilami mam wrażenie, że robią
to specjalnie, że tłuką się po mojej czaszce celowo, grzechoczą jak
mak w makówce i każą mi spisać je na papier, zanim zupełnie się
rozmyją i odpłyną bezpowrotnie w cień. Wiem, że są i staram się
o nich pamiętać, a one tymczasem leniwie leżakują i czekają,
aż na powrót tchnę w nie życie. Są mi potrzebne, choć właściwie często
nie wiem dlaczego, ale one o tym wiedzą.
To jest trochę tak, jak z ludźmi, którzy żyją obok ciebie i w zasadzie są ci
obojętni, ale kiedy znikają, czegoś ci brakuje i jest inaczej. Ty nawet ich nie
znasz, wiesz jedynie na którym przystanku wysiadają, o której godzinie idą
z psem na spacer, jakie zajmują miejsce w autobusie. Wiesz, że palą papierosy
i wiesz jakie, ale to wszystko. Oni po prostu są, mijają cię i prawdopodobnie
nigdy nie zamienisz z nimi nawet jednego słowa. Do tak wielu rzeczy się
przyzwyczajasz i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Znasz na pamięć
drogę, którą chodzisz codziennie i w zasadzie jest ci ona obojętna,
ale kiedy nagle zabraknie na niej choćby jednego drzewa, domu, czy latarni,
to wpatrujesz się w puste miejsce dziwiąc się, jak mogłeś tego nie zauważyć,
skoro chodzisz tędy tak często. Od tego momentu już zawsze będziesz
mimowolnie spoglądał na te puste miejsca i przy każdym takim spojrzeniu,
poczujesz delikatne ukłucie gdzieś między kręgosłupem a żebrami.

Ostatnio znowu się to stało. Czegoś zabrakło, coś zamilkło i zgasło.
W pierwszej chwili pomyślałam, że po prostu go nie zauważyłam,
że gdzieś poszedł na chwilę i dlatego, kiedy autobus, którym jechałam
mijał płot jego posesji, on umknął moim oczom. W drodze powrotnej
siedziałam w innym miejscu, a zmęczenie, które mnie ogarnęło spowodowało,
że zapomniałam spojrzeć za jego płot i sprawdzić, czy wrócił.
Następnego dnia rano znów go nie było. Wieczorem także. Od wtedy,
codziennie, w zaniepokojeniu, z nosem przy szybie, czujna jak
ptak w chwili grozy, wypatrywałam jego zmęczonej, pokrzywionej
starością sylwetki, jego poblakłych, smutnych oczu, ale nigdzie
ich nie było. Rażąca pustka powtarzała się tak dzień za dniem.
A on? A on zniknął gdzieś, zapadł się pod ziemię, ktoś go nakrył
niewidzialną peleryną i schował przed światem.
W takich chwilach zawsze spodziewasz się najgorszego. Masz jeszcze
nadzieję, że będzie inaczej, że będzie tak samo, ale z dnia na dzień
ona topnieje jak lód na gorącym słońcu i w końcu znika, rozmywa się
gdzieś wąskim strumykiem, a potem paruje i ginie pośród rozstrzelanych
promieni gorącego słońca. A ty, nie wiedzieć czemu, czując piekąca sól
pod powiekami, ronisz łzę za łzą, zastygasz i nieświadomie wtulasz
się w zimne objęcia smutnej melancholii.

Właściwie to go nie znałam. Nigdy nie widziałam go nawet inaczej,
niż zza szyby. Przyzwyczaiłam się do niego i polubiłam go.
Miał w sobie coś takiego, co kazało mi go lubić, a jednocześnie
budziło we mnie współczucie i żal. Chciałam go uwolnić. Otworzyć
tę furtkę, za którą ktoś go zamknął i kazać mu uciekać. Może
wreszcie spojrzałby wtedy na mnie tymi smutnymi oczami, a potem
by odszedł i już nigdy bym go nie spotkała. Nie wiem nawet, czy
by mi podziękował. Nie wiem nawet, czy mógłby uciec na tych wątłych
krzywych nogach.
Nie ma go już od jakiegoś miesiąca. Wiem już, że na pewno nie wróci,
że odszedł na dobre. Mam tylko nadzieję, że jest tam szczęśliwy,
że jest młody, zdrowy i sprawny. Wierzę w to, że gdzieś jest
i z radości merda ogonem. Wiem, bo przecież wszystkie psy idą
do nieba. Wiem to na pewno. To był jego ostatni spacer.

18 maja 2010

W czym mogę pomóc? Czyli bieżcie i jedźcie po mnie wszyscy.

Praca w sklepie zoologicznym stanowi dla mnie niebywały wręcz zaszczyt, stwarza mi ona tę wyjątkowa okazję do bezsprzecznie fascynującej, prawie codziennej-przerywanej nudnymi i zupełnie niepotrzebnymi przerwami, nieuchronnymi dniami wolnymi i czasem na sen, (którego też mogłoby nie być, bo i po co?)-konwersacji z niewiarygodnie czarującymi klientami. Aż się wierzyć nie chce, że tak absolutnie fantastyczni ludzie stąpają po tym ziemskim padole i w swej wyjątkowej łasce zstępują właśnie tu, gdzie pracuję i właśnie MNIE zwiastują swoją dobrą nowinę. Zaprawdę powiadam
Wam, że nie ma na ziemi szczęśliwszego sprzedawcy, niż ja.
Powiesz ironia, sarkazm? Posłuchaj człowieku-opowiem ci kilka historyjek z mojego barwnego życia zawodowego i-głowę daję-będziesz siedział i słuchał urzeczony, z rozdziawioną gębą, a potem powiesz sobie w myśli "K...a, ta dupa to ma cholerne szczęście!...".

Historia numer jeden.

Chwila po dziewiątej-rano, rzecz jasna. Do sklepu wchodzi pierwszy klient. Mija mnie oczywiście, bo jakżeby inaczej, skoro lada, za którą stoję, ciągnie się prawie od samych bramek. No ale on mnie nie widzi, żadnego "dzień dobry", skinienia głową, czy choćby spojrzenia w moją stronę. Wchodzi gość jak do siebie, a przecież jest U MNIE. Facet kręci się przy psich karmach, schyla się, sapie, coś gada pod nosem, szarpie się z czymś, znowu sapie i gada. Podchodzi w końcu do lady, czerwony jak pomidor, wściekły i nadęty jak purchawka, którą-zdawałoby się-lekkie nawet muśnięcie doprowadziłoby do eksplozji-i zadzierając nos do góry, rzęzi przez zaciśnięte zęby:
- Podejdzie pani do mnie, czy potrzebuje pani specjalnego zaproszenia?
- Wystarczyłoby zwyczajne "dzień dobry", "przepraszam", albo "czy mógłbym".
- Dobrze, w takim razie proszę o przyniesienie do kasy tej piętnastokilowej karmy, która leży na samym dole.
- W porządku, skoro nie ma pan wystarczająco dużo siły z samego rana i musi się pan wyręczać kobietą niższą i słabszą od siebie, to proszę bardzo.- To powiedziawszy, podchodzę do góry worków z karmą i po kolei rzucam je na podłogę. Zupełnie nieopatrznie jedna z nich ląduje na bucie ów jegomościa, za co oczywiście serdecznie przepraszam. Dokopuję się do ostatniej, (tej jedynej!) i z błyskiem w oku, zarzucam ją sobie na ramię. Facet dębieje. Lekko wygięta na bok targam karmę do kasy. Facet bąka za moimi plecami, że może jednak pomoże. Proszę się nie fatygować-ucinam krótko. Gość daje mi pieniądze, chowa resztę wraz z paragonem do sfatygowanego, skórzanego portfela i... nie może podnieść worka. Ja triumfuję w środku. Próbuje na drugą rączkę-też nic. W końcu łapie worek za dwa rogi i ciągnie go za sobą jak zwłoki. Na odchodne, siny z wysiłku, ciska mi gniewne spojrzenie i znowu przez zęby cedzi: do widzenia i miłego dnia. A ja? Udaję, że nie słyszę.

Historia numer dwa

Paryskim krokiem, nóżką numer 38, odzianą w kozaki z pantery, wkracza do sklepu dama-jakaś poirytowana, o ustach ściągniętych tak ciasno, jakby ktoś obwiązał je sznurkiem. Podchodzi do kasy i wymachując mi przed oczami rękami w aksamitnych rękawiczkach oraz cętkowaną torebką, krzyczy:
- Czy ma pani coś na zęby dla psa?!
- Oczywiście-pasty, przysmaki, spreje, tabletki...- Wymieniam i widzę, jak kobiecie stopniowo powiększają się oczy.
- Ja potrzebuje coś, no, żeby nie wypadały, bo ciągle tylko po chacie zęby zbieram i do tego nieziemsko mu z pyska jedzie!- Krzyczy i dalej wymachuje torebką i łapami.
- A w jakim wieku jest pani pies?
- No..yyy...Jakieś trzy miesiące ma...Chyba...
Od razu myślę-tępe babsko, książek nie czyta, na psach się nie zna i pewnie jeszcze myśli, że "siad" i "leżeć", to szczeniak z mlekiem matki w pakiecie wysysa. Zachowując powagę, pytam jednak:
- A czy pies ma już stałe zęby?
- Jak to stałe?
- Inaczej, czy wypadły mu już mleczaki?
- A to psy mleczaki mają, jak ludzie?!-pyta ona, a jej oczy, a raczej ich zawartość,albo wszystko naraz chyba zaraz chlusną mi na twarz. Potakuję głową, a ona przykrywa wszystko nerwowym, histerycznym śmiechem i krztusząc się, piszczy: A ja myślałam, (No na pewno!) że on jest chory! Hahahahahaha, ach no, dziękuję pani po stokroć! Nagle z impetem rzuca mi się na szyję, aż jej z torebki coś wypadło i całuje mnie tymi ściągniętymi ustami. Wyrywam się z potrzasku, że to niby chcę pozbierać szpargały z jej torebki. Spoglądam pod swoje nogi i-ku mojemu zdziwieniu-widzę małego szczeniaka, a wokół niego kilka śnieżno białych, mlecznych zębów.

Historia numer trzy

Standardowo bez "dzień dobry", wpada do sklepu zaaferowana, głośna, czteroosobowa rodzinka (jak się domyślam: mama, syn, córka i "coś", co mogłoby być ojcem). Drąc paszcze, nastoletnie dzieciaki, ciągną matkę i "coś" do regału z psimi puszkami. Obserwuję ich z boku i czekam. W końcu młody, nawet do mnie nie podchodząc, krzyczy:
- Jakaś pucha dla yorka! (tu: Yorkshire terrier-szczególnie popularna ostatnio rasa, rodzaj psa kieszonkowego, szczególnie lubującego się w przebierankach, spineczkach i innych szaradach. Nawet jeśli na rasowego nie wygląda, jego właściciel z pewnością będzie twierdził inaczej.)
Hamując nerwy podchodzę. Kolejno wymieniam i pokazuję rozmaite puszki i pasztety, zaczynając oczywiście od lepszych, a więc takich, które mają więcej, niż 4% mięsa i mniej, niż 96% wody. Na opakowaniu pierwszej z nich widnieje wizerunek west'a (tu: West highland white terrier-szczególnie popularna ostatnio rasa, rodzaj psa kieszonkowego, szczególnie lubującego się w przebierankach, spineczkach i innych szaradach. Nawet jeśli na rasowego nie wygląda, jego właściciel z pewnością będzie twierdził inaczej.) Rodzinka patrzy na mnie jak cielęta, a młody rzuca rozjuszony:
- Co pani mi tu pieprzy?! Przecież widzę, że to nie jest karma dla yorków, nie?!
- No fakt, to jest karma dla psów. Przykro mi, ale te dla yorków już się nam skończyły.

No i powiedz teraz sam, czy nie zazdrościsz mi tego, że codziennie na mojej drodze Bóg stawia same najznakomitsze osobistości? Czy nie jest tak, że od tej chwili Twoim największym marzeniem jest choć przez chwilę być na moim miejscu? Usłyszałbyś wtedy jeszcze inne historię, np. tę o kameleonie, którego właścicielka karmiła kurczakiem (bo tak słodko jadł!), do momentu, aż nie wyszła mu na wierzch kloaka. Albo tę o papudze żako, która została zabita przez pewnego mężczyznę, chcącego zemścić się na byłej dziewczynie za to, że od niego odeszła. Albo tę o pieskach kieszonkowych, które w porze deszczowej załatwiają się do kuwety, bo nie lubią moknąć. Albo wreszcie tę o yorku, którego podczas spaceru nad Wartą porwał jastrząb i nigdy już nie zaznał (ten york) ziemskich rozkoszy. Uwierz, że historii takich są tysiące, że mogę sobie nimi wytapetować pokój, przedpokój i wszystko, co zechcę. Sęk tylko w tym, że nie chcę, że duszę się w tej morowej atmosferze wypełnionej cudzymi, bzdetnymi problemami-typu, że piesek dzisiaj na spacerku zjadł kupkę i to nie swoją. Moje motto na dziś: żyj i pozwól żyć innym-najlepiej z dala od siebie.