28 sierpnia 2011

toxic


This time I've learned from my past falls
Old wounds might reopen soon
Burn them in alcohol

Sage Francis - Agony in her Body


W zachodzącym słońcu wylizujemy swoje rany.
Gdzieniegdzie sączy się krew; płynie leniwie w dół,
drażniąc zmęczoną skórę. Zaschnięte strupy pękają
w słońcu tryskając przezroczystą, gęstą ropą.
Poranionym ciałom dodają kolorytu wielobarwne sińce.
Leżymy zmęczeni w trawie, nasze klatki piersiowe coraz ciężej
unoszą się ku chmurom. Potem opadają ciężko, przygniecione
kilogramami niewypowiedzianych słów.
Pod powłoką skóry, siatką żył i rusztowaniem
z żeber, w mieszaninie krwi i tłuszczu, tłucze się
nieudolnie mięsień wielkości ludzkiej pięści.
Otaczający nas upał odbiera mu resztki sił.
Z mikrootworów naszych ćwierćzwłok
wylewa się zimnym potokiem słony pot.
Krew miesza się z solą, a my zagryzamy
wargi z bólu zaciskamy powieki tak mocno,
aż sklejają nam się rzęsy.
Zaczynają na nas siadać muchy. Maczają swoje
włochate, brudne odnóża w małych kałużach potu
grzejących się na naszych splotach słonecznych, w naszych pępkach
i tych słodkich zagłębieniach, tuż przy obojczykach.
Plączą się nam we włosach, spijają z nas wszystkie wydzieliny.
Zamykamy znów oczy, ale otwieramy usta, starając się zerwać
z nieba jakiś głębszy łyk powietrza, a muchy wędrują po naszych
wilgotnych powiekach i wargach chłepcąc zachłannie to,
co z nas wypływa. Brak nam sił, żeby je odgonić.
Nawet gdyby nam się to udało – i tak wrócą, kiedy przestaniemy
rozkładać się na niby, a zaczniemy tak na poważnie.
Brudnym paznokciem rozdrapujesz wyschnięty strup na ramieniu.
Swędzi cię tak bardzo, że nie możesz przestać. Skóra dookoła
coraz mocniej się czerwieni. Zawsze lubiłeś nowe blizny.
Zawsze ja je lubiłam. Tylko, że ty lubiłeś te na mnie, a ja te na tobie.
Mówiłeś ‘ładnie wyglądasz z tym podbitym okiem, jak gwiazda
filmu sensacyjnego’, a ja słuchałam cię głaszcząc kolejno
każde zadane ci kiedyś cięcie nożem.
Krwawa skorupa z każdą chwilą bardziej odstaje od skóry.
Czołgam się w twoją stronę po omacku i z całej siły ją odrywam,
uśmiecham się błogo opadając na miękką trawę.
Jęknąłeś z bólu.
Nie spuszczam wzroku z twojego ciała. Idealnie krągły balon krwi
napełnia się rozrastając się na boki i po chwili pęka, rozlewając się
po twojej skórze wiśniową kałużą. Śmiejesz się.

Widzisz? Widzisz co z nas zostało? Jakieś suche wspomnienia,
które bez sensu jest wskrzeszać na okrągło jak pokruszoną, sfatygowaną
kliszę. Bez sensu jest odgrzewać ten film pt. „My razem” jak stary kotlet
w mikrofalówce, żeby potem znowu go zamrozić i udawać, że jeszcze
się nie zepsuł, że jeszcze nie śmierdzi.
Staramy się przyciągnąć siebie nawzajem wymachując sobie
przed nosem tymi wspólnymi latami, litrami alkoholu i pełnymi
popielniczkami fajek, którymi razem się truliśmy; nieprzestanymi
wspólnie nocami, w które wyliczaliśmy miejsca na świecie,
które razem zdobędziemy na stopa i tym parzącym seksem,
który w nas wybuchał chwilę później, gdy chwytałeś mnie
za udo i mówiłeś „niech już będzie lato”.
Staram się przykleić cię znów do siebie tekstami „a pamiętasz, jak…?”
Wciąż odbierasz moje popółnocne telefony, kiedy krzyczę, że cię nie ma
i proszę, żebyś był choć na jeden łyk porannej kawy. Tłumaczysz się
kilometrami, brakiem samochodu, mówisz, że to koniec i że po następnym
moim telefonie spuścisz swój w kiblu. Bełkoczę wtedy o śmierci,
o miękkim kaftanie ze szpitala dla czubków, a ty odpowiadasz, że będziesz
u mnie za pół godziny. Potem przychodzisz i waląc pięścią w ścianę płaczesz
i błagasz, żebym zniknęła, że nie zniesiesz już tego ani chwili dłużej.
Głaszczę cię po głowie i przytulam swój policzek do twojego. Czuję
delikatne ukłucia zarostu. Jak zwykle nie miałeś czasu się ogolić.

Kiedyś to się skończy. Kiedyś któreś z nas odejdzie. Może to będę ja?
Przestanę wreszcie kłaść się ołowianym cieniem na twoim
kruchym życiu. Może to ty odejdziesz rozwalając mi wcześniej łeb
o futrynę drzwi. Zostawisz mnie połamaną i martwą

wychodząc przez okno mojego mieszkania

na czwartym piętrze.




Dla Tripa, żeby otwierał szerzej oczy,
kiedy rozmawia z kobietami.