28 lutego 2009

kocie nawyki

Jak kot przechadzał się własnymi ścieżkami.
Znaczył przy tym teren i robił to tak umiejętnie,
że inni niechętnie odwiedzali jego ulubione miejsca.
W ogóle przypominał kota. Miał duże, błyszczące,
zielone oczy, piorunujące nieufnym spojrzeniem,
przyćmionym pogardą. Poza tym, uwielbiał mleko
i surowe mięso. Nie wiem czy jadł cokolwiek innego.
Lubiłam jak na mnie patrzył, może dlatego, że tak
rzadko to robił. Przebiegał mnie wtedy dreszcz
i czasem miałam wrażenie, że on-widząc to,
mruczy dyskretnie. Dzikość jego spojrzenia przyciągała
mnie jak magnes, chodziłam za nim jak kotka w rui,
wdzięcząc się i łasząc. On był oziębły i hermetycznie
zamknięty na każde moje słowo i gest. Nigdy nie widziałam
jak się uśmiecha, nigdy o nikim nie mówił z uczuciem.
W ogóle mało mówił.
Poznałam go wiosną. Leżał na trawniku w parku i wygrzewał się
w plamach słońca. Światło, przebijając się przez
gałęzie drzew, malowało witrażem wymyślne wzory,
na jego nagim ciele. Leżąc w milczeniu, z zamkniętymi oczami,
wylizywał swoją prawą rękę. Ludzie mijali go pukając się
w czoło i mamrocząc obelgi, on jednak zupełnie nie zwracał
na to uwagi. Dozorczyni z miotłą też nie dała mu rady.
Dopiero trzech policjantów przekonało go, żeby przynajmniej
się ubrał. Ze stoickim spokojem, nie spiesząc się zupełnie,
wciągał po kolei na siebie swoje ubrania. W końcu usiadł
na ławce i mrużąc oczy, spojrzał na przelatujące nad naszymi
głowami wróble, oblizując się tak, jakby patrzył na deser
lodowy, zwieńczony rumianą wisienką.

-Jesteś głodny?
-Tak.
-Trzymaj.-powiedziałam, podając mu świeżą drożdżówkę ze śliwką.
Spojrzał na nią i skrzywił się jak małe dziecko.
-Nie jadam takich rzeczy.

Od tamtego dnia, przychodziłam do parku codziennie.
Nasze rozmowy kończyły się zaledwie po kilu słowach.
Stopniowo nauczyłam się wszystkich jego kryjówek.
Pewnego dnia, powiedział mi, że nikt nigdy się nim tak
nie interesował i że mam dać mu spokój.
Nie potrafiłam. Przychodziłam ciągle w te same miejsca
i widziałam jak coraz bardziej narasta w nim wściekłość,
pomieszana z obojętnością i zaciętym milczeniem.
Wiedziałam, że w końcu sam odejdzie, chociażby dlatego,
że zmieniała się pora roku i słońce już nie tak chętnie
zaglądało do jego miejsc ucieczki.
I stało się. Tamtego dnia, poszłam jak zwykle poszukać go
w zakamarkach miasta. Nigdzie jednak go nie było. Tracąc czas
w autobusach, zdzierając podeszwy o nierówne chodniki,
błądziłam jak ślepiec, wiedziony równie ślepą intuicją.
Wreszcie dopadło mnie zmęczenie i chłód wczesnowiosennego
wieczoru. Poddałam się. Zrozumiałam, że odszedł.
Ze zwieszoną głową poszłam do domu.
Jak zwykle zgasły latarnie na mojej ulicy. Po omacku,
potykając się co chwilę, starałam się dotrzeć do drzwi
wejściowych. Nagle potknęłam się o coś dużego. Schyliłam się.
Leżał bez życia u moich stóp, z sercem na wyciągniętej dłoni.
Więc nie spadł na cztery łapy, a to życie, które właśnie zgasło,
było najwyraźniej jedynym, a nie jednym z dziewięciu.
Nie był więc prawdziwym kotem.

23 lutego 2009

unikaj otwartych okien

Dzisiaj mokry dach mojego domu,
jest mi droższy, niż gorący piasek pod bosą stopą.
Dzisiaj otwieram szeroko okno i z nadzieją patrzę w dół.
Czarne chmury pożarły słońce. Sznurowadła tańczą
na wietrze, farba cichym chrupnięciem odpryskuje z parapetu,
zimne powietrze wdziera się pod bluzkę i chaotycznie
biegnie w dół po plecach.
Jest za wcześnie, w świetle dnia wciąż rosną skrzydła.
Zostawiam otwarte okno.

Trzymam w ręce parasol, żeby dodać sobie odwagi.
Blaszany parapet ugina się leniwie. Jest tak cicho,
że słyszę jak sucha farba upada na chodnik.
Otwieram parasol i wyciągam go przed siebie.
Zimny wiatr szarpie nim na boki. Składam parasol.
Jest za wcześnie.

Czekam aż pójdziesz spać, nie chcę Cię obudzić.
Wreszcie zamykam oczy i biegnę w stronę okna,
żeby wybić się z parapetu i skoczyć, zanurzając się
po sam czubek głowy w falującym, zimnym powietrzu.
Stopy ciężko i niepewnie spadają na dywan,
korytarz dłuży się nadzwyczajnie.
Nagle uderzam głową w podwójną szybę.
Szkło pekając wbija mi się w twarz, rani ręce,
przecina brzuch i nogi, ciepła krew razem z potem
malują bohomazy na moim ciele. Wypadam z okna
i ciężko spadam na chodnik wśród dzwonienia
potłuczonego szkła.

Nie tak to miało wyglądać.
Całe życie myślałam, że najbardziej powinam unikać
otwartych okien. Myliłam się. Nie przewidziałam,
że możesz zamknąć okno, żebym w nocy nie zmarzła.

19 lutego 2009

alfabet i liczenie

"Twe jasne oko jest czymś skończenie pięknym.
Chcę wypełnić je tęczą barw i stadem kaczek,
Zwierzyńcem nowości,
Dla którego obmyślasz nazwę-
Kwietniowa śnieżyczko, korzeniówko,
Mała"


Sylvia Plath "Dziecko" (fragment)

Siedzieli obok siebie w autobusie, śmiejąc się
i trzymając za zmarznięte ręce. Obydwoje mieli
zaczerwienione, obszczypane mrozem nosy i policzki.
Wracali z sanek, które teraz-równie zmęczone-leżały
u ich stóp i w milczeniu, przysłuchiwały się ich rozmowie.

- No to pamiętasz już cały alfabet?
- Noooo..A, be, ce, de, e...ee...
- Ef.
- ce, de, ef...
- Nie. Ce, de, E, EF.

Mały, z drobnymi pomyłkami-błyskawicznie prostowanymi
przez ojca, dotarł wreszcie do końca alfabetu.

- Mogę też po angielsku powiedzieć. Ej, bi, si, di,
i, ef, dżi,(...), zet!
- Po polsku ciągle Ci się myli, a po angielsku bez problemu.
- No tak jakoś...

Bez żadnych pomyłek, mały dotarł do końca alfabetu.

- A liczyć po angielsku też umiesz?
- Tak, do dwunastu. Łan, tu, fri, for, fajf,(...) tłelf!
- Świetnie.
- A nauczysz mnie do dwudziestu, tato?
- Dobrze, to słuchaj. Łan, tu, fri, for, fajf, (...), tłenti.
Tłenti jest ostatnie. Teraz ty.
- Łan, tu, fri, (...), tłelf...Jak to było dalej, tato?
- feeertin, fooortin, fiiiftin..
- Okej. To ty zaczynaj, a ja będę mówił "tin".
- fer..
- tiiin!
- foor..
- tiiin!
- fif..
- tiiin!

(...)

- najn..
- tiiin!
- i ostatnie sam powiedz.
- tłelftin!!!

15 lutego 2009

już wiosna

Pierwszy raz zobaczyłam ją miesiąc temu.
Miała twarz białą jak porcelana, ogromne,
błękitne oczy i purpurowe usta, jak świeża krew.
Pszenne blond włosy wpadały jej do tych pięknych oczu,
ale ona nie zamrugała nigdy ani przez chwilę,
nie odgarniała ich z twarzy. Cały czas była spokojna i piękna.
Od pierwszego spotkania odwiedzałam ją codziennie.
Nie romawiałyśmy. Patrzyłam na nią,
a później odchodziłam bez słowa.
Ona też spoglądała w moim kierunku,
ale chyba nigdy tak naprawdę nie spojrzała
właśnie na mnie. Byłam jej obojętna,
nawet nie wiem, czy wiedziała, że ją odwiedzam,
że przychodzę właśnie do niej, żeby na nią popatrzeć.
Przez całą zimę spędzałyśmy razem kilka godzin dziennie.
Nigdy nie powiedziała mi jak ma na imię, a ja nigdy
nawet o to nie zapytałam.
Kiedy nadeszła wiosna, jej policzki się zaróżowiły,
a oczy nabrały blasku i odbijały blade słońce.
Przez kilka dni jej nie odwiedzałam.
Zwątpiłam w to, że kiedykolwiek poznamy się naprawdę.
Nie przychodziłam, ale i tak cały czas wypełniała moje myśli.
Poszłam do niej pewnego popołudnia, żeby ostatecznie
się pożegnać. Nie było jej.
Biegłam wzdłuż rzeki, ale nigdzie nie było
śladu jej pszennych włosów, ani kremowej sukienki.
Brodziłam w wodzie, co jakiś czas prąd rzeki zwalał
mnie z nóg. Nigdzie jej nie znalazłam.
Cóż, odpuścił mróz, stopniał śnieg i lód na rzece też
zniknął bezpowrotnie. Zima odeszła na dobre,
a topielce wraz z nią. Już wiosna.

14 lutego 2009

zima

Zadzwonił wieczorem i zaproponował spacer.
Był wczesny, zimowy wieczór, śnieg skrzył się
w bladym blasku latarń, skrzypiał pod butami
jak mak w zębach, a jego świeże płatki przyklejały się
nam do twarzy, włosów, wpadały do ust i oczu.
Szliśmy razem w niewygodnej ciszy, co jakiś czas tylko
uśmiechając się do własnych myśli. On wyraźnie chciał
coś powiedzieć, ale i tak cały czas milczał.
Zerkał na mnie i wzdychał, jakby z pretensją.
W pewnym momencie stanął, spojrzał w niebo
i znowu się uśmiechnął. Nie patrząc na mnie,
powiedział, że lubi kiedy płatki śniegu rozpuszczają
mu sie na rzęsach, a później łzy przymarzają mu do policzków.
Powiedział, że wtedy jest prawdziwa zima.
Nie spoglądając na mnie, wolnym krokiem ruszył przed siebie.
Ja stałam cały czas w tym samym miejscu i patrzyłam na ślady,
które zostawiał na śniegu. Jakoś tak niezdarnie stawiał nogi.
Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam.
W końcu odwrócił się i zaczął iść w moją stronę.
- Co z tobą? Idziesz?
- Właściwie to nie mam ochoty na spacer.
Chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku domu.
Znowu nic nie mówił, cały czas tylko mocno trzymał mnie za rękę.
Stanęliśmy na schodach mojego domu i dopiero wtedy
znowu się odezwał.
- Nie lubisz zimy, co?
- Nie.
- Dlaczego? Zawsze lubiłaś.
- A pamiętasz zimę stulecia, kiedy martwe ptaki spadały z drzew
na zamarznięty śnieg? To była zima.
Wiedział, że nie oczekuję jego odpowiedzi, więc po prostu odszedł
kręcąc głową.

4 lutego 2009

wysoka perspektywa

Lubię patrzeć z góry. Odpowiada mi taka perspektywa.
Kręci mi się w głowie, wiatr wyciska cierpkie
łzy spod powiek. Tynk osypuje się spod stóp, drżą kolana
i ten histeryczny uśmiech. Widzę małe punkty przesuwające
się tam w dole. Odbijają się od siebie jak cząsteczki powietrza.
Poruszają się szybko i chaotycznie, zupełnie bez sensu.
Wypuszczam z ręki jabłko i ciskam nim w przepaść pod sobą.
Po chwili znika mi z oczu. Nie wiem czy ktoś nim dostał w głowę,
czy ktoś je złapał, czy może soczyście rozbryzgało się na ziemi,
ku zdziwieniu przechodniów. Tak bardzo chciałabm to zobaczyć.

Chcę się udusić lodowatym powietrzem, a później roztrzaskać
o chodnik z wielkim hukiem. Chcę, żeby żaden cieć nie mógł
później przez lata wyczyścić chodnika z mojej krwi,
żeby wszyscy znajomi i rodzina unikali tego miejsca.
Jakie to musi być uczucie, taki upadek.

Dotknąć nieba. Dlaczego się nie da?
Chcę stanąć w chmurach tak gęstych,
żeby nic nie widzieć. Oślepnąć i sparzyć się
na popiół od słońca, przemarznąć od śniegu i deszczu,
zostać tam i umrzeć, przy głośnym krzyku ptaków.

"Chciałem być w chmurach, lecz raczej nie będę,
bo ten upadek to prędzej wbije mnie w glebę,
niż w Eden, ale pierdolę, ostatni raz się poświęcę,
bo mogę lecieć przez moment, a to jest dla mnie ważniejsze."

Kisiel "Złamane Skrzydła" (Skrzydła Mixtape vol.2)

Dlaczego stać mnie na śmierć tylko wśród liter, mamo?