31 sierpnia 2010

Kawa. (Histeria, wóda i koka.)

Codziennie rano budziła mnie kubkiem
gorącej, czarnej kawy. Podawała ją zawsze
w tym samym, porcelanowym, wyszczerbionym kubku,
z pękniętym uchem. Powtarzałem jej, że nie piję kawy,
bo kwaśny posmak po niej nie pozwala skupić
mi się na niczym innym, drażni mnie i męczy.
Ona zazwyczaj siadała wtedy na krześle w kuchni i kładąc
nogi na parapet, mówiła: Zostaw, ja ją wypiję.
Teraz paliła papierosa i mimowolnie zeskrobywała paznokciem
zielony tynk ze ściany. Patrzyła przez okno na podwórze-
usmolone sadzą i zaszczane przez meneli. Jakiś gówniarz
kopał piłkę o ściany. Pierdolone echo niosło się po wszystkich
budynkach. Gdyby nie to, że był mroźny poranek, a okno przymarzło
do framugi i puści pewnie dopiero na wiosnę i nie to,
że siedziała w samych koronkowych majtkach, pewnie otworzyłaby
okno i wrzasnęła coś w stylu: Wypierdalaj gnojku z tą zasraną
piłką! Warunki jednak nie sprzyjały, a w jej zachowaniu można było
już zauważyć pewne oznaki poirytowania. Nerwowo tupała stopą o szybę,
a z zeskrobanego tynku usypała się już spora górka. Nic jednak nie
mówiła; w milczeniu konsumowała żółty filtr papierosa- nie zauważyła
nawet, że papieros zgasł już jakiś czas temu.

Zastanawiałem się co nas łączy: seks, zamiłowanie do erotycznych
udziwnień, prochy, alkohol, czy literatura?
Ona widziała we mnie poetę, jakąś pseudo bohemę, elitę,
pierdolonego mistrza, kurwa, katastrofistę i alkoholika.
No i ćpuna. Cholernego ćpuna, któremu bez ukochanego brown sugar
świat sypie się na głowę-głodne oczy nie przyjmują światła,
a wysuszone żyły zwężają się trwale jak przećpane źrenice.
Dopiero kiedy świat zaczyna wirować i migać oślepiającym światłem jak
w kalejdoskopie, wtedy wszystko jest jakieś bardziej plastyczne
i przyjazne; łatwiej się dostosować, jakoś wkleić w otoczenie
i ludzie zaczynają mówić z sensem.

Nie potrafiła mówić "kocham", ale ja też nigdy jej tego nie mówiłem.
Z resztą nic dziwnego, skoro jej nie kochałem. Nawet nie chciałem
tego zmieniać. Czy ona chciała-tego nie wiem, może dlatego,
że nigdy jej o to nie pytałem, a ona gardziła rozmowami od serca.
Nasze serca z resztą były zmęczone. Ciągłe dawanie w kanał,
chlanie od rana do rana dnia następnego. Wiesz, ciągłe leżenie
we własnych rzygach, czasem nawet w sikach, i jaranie, jaraaaanieee!
Jak nie było co jarać, to też jaraliśmy-co się dało-pokruszoną
aspirynę, ketonal, gałkę muszkatołową. Wypróbowaliśmy, kurwa, wszystko.
A kiedy jeszcze byliśmy w stanie wyczuć własne ciała, wtedy
pieprzyliśmy się bez końca. A tak serio, to koniec zawsze następował
szybko, tylko, że żadne z nas go nie pamiętało. Kiedy się budziliśmy
potrafiłem jej powiedzieć, że jest piękna, choć nie była; rozmazana,
rozmyta, nieświeża i odpychająca, ale ja też taki byłem, więc trzymałem
się jej jak tonący brzytwy, bo wiedziałem, ze choć porani palce,
to bez niej pójdę na dno-sam i na zawsze. Mówiłem jej też, że jest
słodka, a była gorzka, pikantna, cierpka i kwaśna, parzyła język,
stawała kością w gardle i pozostawiała niesmak, który był gorszy,
niż ta jej pieprzona kawa.

Kiedy ją poznałem, była chyba najpiękniejszą dziwką na dworcu-
na pewno najlepszą, jaką tam widziałem. Krzykliwy makijaż,
cholernie długie nogi, pół dupy na wierzchu, a nad tym wszystkim
królował apetyczny biust, krągły jak dojrzałe, jędrne grejpfruty.
Była tak piękna, jak Madonna Sykstyńska, ta dziwka Raffaella.
Całe jej ciało zdawało się krzyczeć: "weź mnie tanio, tu i teraz!"
No i wziąłem, raz, drugi, potem już nie liczyłem. Później to ona mnie
Wzięła-do domu, kiedy jakieś kutasy okradły mnie na dworcu
i skopały do nieprzytomności, formując ze mnie zakrwawioną,
połamaną kupę mięsa na oplutym chodniku. Leżałem u niej ponad
dwa tygodnie. Zostawiała mnie samego prawie na całe dnie.
Czasem wpadała na chwilę, rzucała mi w biegu jakąś chińszczyznę
w styropianowym pudełku, parzyła kawę i stawiała ją obok łóżka.
A kiedy wracała na dobre, zaczynaliśmy rozmowy o nas samych. Pytała
skąd jestem, co robię; chciała wiedzieć wszystko. Zupełnie jakbym
był jakimś cholernym audiobookiem, którego włączasz po powrocie z pracy.
Siadasz sobie z fajką w kuchni, zamykasz oczy, a on tak gada i gada.
Z nami było tak samo, tylko, że ona wcześniej parzyła sobie
jeszcze kawę. Sama niewiele mówiła, ale nie musiała. Wiedziałem, że jest
dziwką, przecież tak się poznaliśmy. Niechętnie poruszała
ten temat, więc nie pytałem, z resztą wcale nie chciałem znać
szczegółów jej wyuzdanej profesji, ani tego jak się w to wciągnęła.
W takich momentach od razu odświeżałem sobie w głowie sceny
z różnych filmów i tych debilnych, amerykańskich seriali.
Zawsze mnie śmieszyły zwierzenia dziwek.
Nagle miałem jedną z nich na co dzień i to taką zupełnie prawdziwą.
Dziwna sprawa, bez kitu.

Ona, w przeciwieństwie do mnie, cały czas drążyła. Powiedziałem jej
więc, że piszę, bo to wydało mi się najbardziej godne uwagi spośród
całego syfu, jakim było moje życie, składające się głównie z fascynacji
nowymi używkami, przesiadywania w obskurnych knajpach i pustych
konwersacji z napalonymi, tępymi cipami. (Rozmowy te często
znajdowały swój finał w zaszczanych toaletach. Jeśli łapiesz, o co
mi chodzi.)
Liczyłem na to, że zainteresuje ją to na tyle, że przestanie wypytywać
o resztę. Podziałało na jakiś czas. Koniecznie chciała przeczytać
moje opowiadania. Systematycznie podrzucałem jej nowe teksty,
a ona zachwycała się każdym drobiazgiem, każdym epitetem, wybujałą
metaforą i postaciami, do których tak bardzo chciała się upodobnić.
Właściwie to dopiero ona otworzyła mi oczy i uświadomiła mnie-
autora tych tekstów, że moi bohaterowie, choć z pozoru tak normalni,
prowadzący banalne życie, są w porównaniu z nami tak idyllicznie
piękni, utopijnie szczęśliwi, tak schludni i poukładani, że wydają
się nam niedoścignioną wizją nas samych.

Sam nie wiem skąd te postacie się brały. Po prostu dojrzewały powoli
w mojej głowie, by w końcu się wykluć i rozlać plamą pisma na papierze.
Zasypiałem i budziłem się z nimi, nawet o nich nie myśląc, a one
szemrząc cicho, same formowały swoje kończyny, myśli i charaktery.

Mówiła, że chce być taka, jak Emma-piękna, młoda i skromna kobieta,
której ulubionym zajęciem było wyszywanie patchworków i plotkowanie
z sąsiadkami; którą wszyscy uwielbiali, bo emanowała ciepłem i spokojem
tak, że każdy chciał przebywać w jej towarzystwie.
Szczerze, jakoś nie widziałem jej w tej roli, ale nic jej nie mówiłem.
Nie chciałem jej urazić. I tak miała przesrane życie, a te naiwne marzenia
jakoś momentalnie ją uzdrawiały, choć sama musiała sobie przecież zdawać
sprawę, że to mrzonka.
Teraz już nawet nie wiem, czy na pewno to wiedziała.

Kiedy nie chciałem z nią rozmawiać, a raczej kiedy chciałem
uniknąć gradu pytań, udawałem, że piszę. Poruszała się wtedy jak
mgła-bezszelestnie i miękko; nie odezwała się dopóki jej na to nie
pozwoliłem. Często też upijałem się samotnie zanim wróciła z pracy,
żeby zasnąć szybko, żeby ona dała spokój. Sam nieraz wkurwiałem
się na siebie, że od tygodni nie napisałem nic nowego. Podrzucałem jej
wtedy stare teksty, których jeszcze nie znała i samotnie upijałem się
w trupa, albo ćpałem tak ostro, że przez kilka dni tkwiłem zawieszony
między zaplamionym prześcieradłem, a chińskimi zupkami.

W umiejętny sposób wyłapywała gorsze dla mnie momenty
i wykorzystywała je do tego, żeby samą siebie wprowadzić w stan
umysłowego otępienia. Zalewała się więc ze mną, paląc na zmianę dżointy
i papierosy. Czasami robiła to tylko po to, żeby odreagować. Właściwie to się
jej nie dziwię. Gdybym to ja był kurwą, to pewnie byłbym też największą
ćpunką w mieście. Ciągle, kurwa, byłbym na haju. Jak sobie tylko pomyślę
o obciąganiu obwisłych, starych kutasów, sikaniu na kolesi z tirów
(może jeszcze, kurde, przez pierdolone oczka w tych ich siatkowanych
koszulkach, he?) , albo o głowie z tłustymi kłakami w mojej własnej
pochwie, to mam ochotę po prostu się wyrzygać.

Czasami widziałem, że ją to męczy, choć skrzętnie starała się to ukryć
pod płachtą chłodnej beznamiętności. Ale ja i tak wiedziałem, że chciała uciec
od tego gówna, bo zachowywała się tak, jakby ktoś dał jej za małe buty,
które ranią stopy, gorset krępujący każdy, najdrobniejszy nawet ruch,
czy głębszy oddech, klepnął ją w tyłek, wysłał na imprezę i kazał dobrze się bawić.
Naprawdę nie da się nie zauważyć, kiedy ktoś miota się we własnym ciele. Sam tak czasem
mam. I może właśnie dlatego, dzięki tym podobieństwom przyrosłem do
niej jak huba do brzozy i, kurwa, nie mogłem puścić. Zatracam tylko nieraz
świadomość kto tak naprawdę był brzozą, a kto hubą. Chociaż
chyba to jednak ja byłem tym pasożytem, uwieszonym najsilniejszej gałęzi
i chłepcącym żywiczne soki wprost z samego źródła.
A czy ona bywała czasem moją hubą?


Nieraz miewała chwile słabości-jak każdy, wracała do cuchnącego,
nieuprzątniętego mieszkania, siadała przed oknem z kubkiem gorącej kawy
w dłoni i patrzyła na podwórze tak, jakby chciała zobaczyć coś więcej
niż odrapane, krzywe bloki, jakby czekała aż w końcu coś się zmieni.
Wyglądała wtedy tak, jakby naprawdę wierzyła w to, że zza tych
szpetnych murów, tuż po zachodzie, jeszcze raz wyjrzy słońce.
I czekała na to, bez mrugnięcia okiem.

Czasem po prostu zaczynała płakać-rozklejała się definitywnie,
na amen, a ja starałem się jakoś pozbierać ją do kupy, kawałek po kawałeczku,
pocieszyć i uspokoić. Chujowo to szło, właściwie, bo zawsze lądowaliśmy
w łóżku, często nawet niedosłownie-pieprzyliśmy się chyba w każdym
kącie jej mieszkania, na każdym meblu-poza szklaną ławą, bo bałem się,
że się rozpieprzy, a kawałki szkła powłażą mi w dupę.

Histeria, wóda i koka dawały nam katharsis głębsze od antycznych sztuk.
Dzięki nim, zawsze mówiłem to, co chciała, a kiedy budziliśmy się dnia
następnego, przesiąknięci ciężarem minionej nocy, nigdy nie słyszałem
tych pytań ponownie. Nie mogłem sobie często przypomnieć,
co jej nagadałem, więc nawet lepiej, że nie pytała.
Zwyczajnie tak siadała przy oknie, próbując jedną ręką ogarnąć zmierzwione
włosy, a drugą odpalała papierosa. Za jej plecami, nad parapetem
mieszała się już para z aromatem świeżej kawy. A ona znowu stawała
się tą zamknięta, chłodną dziewczyną i miała w dupie co ja sobie
o niej myślę. Miała w dupie szczerość i czułe słówka z zeszłej nocy.
Miała w dupie chyba wszystko, poza swoją kawą.

Choć tyle czasu u niej mieszkałem, to nigdy nie uważałem, że kiedykolwiek
poznałem ją naprawdę. Kiedy teraz o tym myślę, analizuję, to widzę, że
była tajemnicą, zagadką, jak kostka Rubika-za cholerę nie umiałem ułożyć
wszystkich elementów tak, żeby całość była przejrzysta i poprawna.
Zawsze jakiś drobiazg odstawał, przeszkadzał w zwieńczeniu misternego
portretu psychologicznego tej dziewczyny. A kiedy z kolei starałem się
spojrzeć na to pod innym kątem, rusztowanie mojej wiedzy sypało się
jak mury Babilonu.
Co wiem na pewno? Chociażby to, że lubiła marzyć i, cholera, naprawdę
umiała to robić. Potrafiła naćpać się marzeniami do oporu i ot tak, odwracając
się na lakierowanych szpilkach, pójść na dworzec do tych śmierdzących,
rozpalonych mętów, a potem wrócić, zapalić papierosa i wypić ulubioną
kawę. Bez dramatu i bez szczęścia. Po prostu być i nie krytykować losu.
Wiem też, że chciała uciec. Jebnąć to wszystko i spadać pierwszy lepszym
pociągiem. Nie potrafiła. Nie rozumiem dlaczego i chciałbym, żeby
odpowiedziała mi na to pytanie.
A czego nie wiem? Czy była silna. Waham się ciągle. Bo czy oznaką siły
jest walka z przeciwnościami losu za wszelką cenę? A może silny jest
ten, kto potrafi zabić swoją złą naturę?
Nie wiem też czy była szczęśliwa, bo czasem sprawiała takie wrażenie.
O tak wiele rzeczy chciałbym jeszcze ją zapytać. Wciąż w głowie
reżyseruję nasze wyimaginowane spotkania. Czasem śni mi się,
to wszystko i budzę się z krzykiem, kiedy ona nie przychodzi.
Kurwa.


Wiesz, miewam takie momenty, że moralizuję, takie przebłyski, że chciałbym
ulepszyć coś, o czym nie mam pojęcia. Później jednak uświadamiam
sobie, że sam sobie spierdoliłem życie, że jestem, kurwa, obok,
a ono ucieka mi sprzed nosa jak jakiś pieprzony autobus i zatrzaskując
mi drzwi przed pyskiem, triumfalnie wznosi w powietrze środkowy palec.
No i co ja , kurwa, mogę zdziałać? Jak taki odpad społeczny jak ja,
mógł sobie w ogóle ubzdurać, że jest w stanie komukolwiek pomóc?
I właśnie dlatego niczego w życiu nie dokonałem. Właśnie dlatego
jej też nie potrafiłem pomóc.

Kurwa, wiesz co? Ten dzień był najgorszym dniem mojego życia.
Wiem to na pewno. Gówno prawda, powiesz, bo mam 24 lata
i jeszcze „tyle przede mną”.
Telefon o czternastej czterdzieści dwie. Dzwonił Bolas. Alfons.
Powiedział, że ona nie żyje.
Głos utknął mi w gardle. Razem ze śliną i wczorajszym obiadem.
Zapytałem cicho: co? Ale nie odpowiedział. Chyba nie wypowiedziałem
tego na głos. Powtórzyłem raz jeszcze, a on westchnął i chrząknął.
- Zabiła się, stary. Znaleźliśmy ją w kiblu z testem ciążowym. Zaćpała
się i pocięła.
Jego słowa ciągle rozbrzmiewają w mojej głowie, tłuką się wciąż
gdzieś z tyłu czaszki. Zwłaszcza wtedy, kiedy zachleję, albo
popłynę z prochami. Nie wiem, czy to było moje dziecko.
Czasem mam wrażenie, że ona tak myślała i dlatego się zabiła.

Wydawało mi się, że moje życie było do dupy, a teraz w ogóle
go, kurwa nie mam. Ja już, stary, nie istnieję. Zdechłem z nią
i tym dzieciakiem. Choć właściwie dużo się nie zmieniło.
Histeria, wóda i koka. Tylko wizyty na cmentarzu stały się moim
kolejnym obowiązkiem.