30 października 2009

tribute

Tego roku wiosna przyjdzie zmęczona.
Usiądzie nad brzegiem stawu,
zagarnie cały mróz i śnieg pod poły
kwiecistego płaszcza, wypuści z dziurawych
kieszeni garście wielobarwnych,
szeleszczących motyli, zanuci coś słowiczym
głosem, a później umrze jak łabędź śpiewający
po raz pierwszy i ostatni.




- Ta zima będzie smutna.-powiedziała patrząc
na przyklejające się do szyby miękkie płatki śniegu.

- Dlaczego? Przecież zawsze lubiłaś zimę.-powiedział
cicho i zamilkł, posyłając jej pytające spojrzenie.
Ona jednak tego nie zauważyła, wciąż tęsknie spoglądała
za szybę.

- Jakiś idiota podpalił starą suszarnię ziół,
wiesz?-mówiła mażąc palcem po zaparowanym szkle.

To był koniec lata, zimny wieczór zwiastujący
nadchodzącą jesień. Całe miasto spało, kiedy
płonął drewniany dach, po kolei pękały wszystkie okna,
a szkło z sykiem topiło się jak masło.
Zostały tylko okopcone, wątłe mury i chwiejące się
kominy, które bez dachu wydawały się nienaturalnie
długie. Rozebrali mury, runęły kominy, a wraz z nimi cała
tajemnica tego budynku.


- Jeszcze czasem, kiedy tamtędy przechodzę,
zdaje mi się, że widzę dym unoszący się zza ogromnych
krzaków bzu, za którymi stała suszarnia. Tak naprawdę
go tam nie ma, ale lubię się tak okłamywać.- mówiła,
lekko się uśmiechając.- Nie ma dymu, nie ma bzu,
została tylko czarna, naga ziemia.-zawiesiła głos
i spuściła wzrok na świeżo wypastowaną podłogę.

- To nie znaczy, że zima będzie smutna. Kiedy tylko
zamarznie jezioro, pojedziemy tam i znów przetną się
nasze ślady łyżew w symetrycznych ósemkach.-powiedział
marszcząc czoło i patrząc jak cukier topi się na dnie
jego ulubionego kubka.

- Nie rozumiesz. Zima to zapach. Rumianek, szałwia,
lawenda, rozmaryn, cała fuzja różnych zapachów
i smaków. Wszystkie zioła, grzyby i zbiory,
suszą się przy ogniu, albo trafiają do słoików.
Przechodząc koło starej suszarni, czułam
wszystkie te zapachy, które nigdy nie były obecne
w moim rodzinnym domu. Teraz zimie zabraknie nie tylko
koloru, ale też smaku i zapachu, zupełnie jakby ktoś
wyprał ją w pralce w samym wybielaczu. I to właśnie
jest takie smutne.-umilkła i stanęła w drzwiach,
tuż za jego plecami, ciężko opierając się o futrynę.
Długo nic nie mówił, chyba naprawdę nie rozumiał.

- Ale kochanie, przecież ta suszarnia od ponad
trzydziestu lat była zamknięta...-wydusił
najdelikatniej, jak tylko potrafił, żeby tylko
jej nie urazić. Za jego plecami wciąż trwała
cisza. Odwrócił się, ale jej już tam nie było.
Czuł na plecach tylko zimny wiatr wdzierający się
do środka przez niedomknięte drzwi.

21 października 2009

głośna samotność

Krągłe krople deszczu leniwie płyną po szkle.
Anemiczne liście lekko opadają gdzieś wszędzie.
Pierwszy deszcz zabębnił po duszy kakofonicznym echem.
Pierwszą mgłą zaszły zmęczone, suche oczy.
Pierwszy wiatr zawył i pognał dalej pozostawiając
drżące brzęczenie w uszach.

W dni takie jak ten czekam na ciemność,
na gwiazdy, które zgasły i obudzą się wiosną,
na wiatr, który dusi mnie mroźnym oddechem,
na ciszę, która brzmi tak samotnie i pięknie,
kiedy jest przy mnie i tylko ja ją słyszę.

Grzejąc sine palce o gorący kubek staram się
patrzeć przed siebie tak, żeby nic nie widzieć,
staram się mieć w głowie pustkę, żeby nie myśleć.
Z głośników sączy się cisza, membrany milczą
jak zaklęte.

Taka głucha, ślepa i pusta, czekam, aż to wszystko
zniknie. Zamykam oczy i wierzę, że ta czerń spod
powiek jest moją jedyną rzeczywistością, a cała
reszta to złudzenie, jak połamane obrazki
z kalejdoskopu.

Dlaczego zawsze teraz bezsens otula mnie całą
jak płaszcz z igieł odwrócony na lewą stronę?

Taka głucha, ślepa i pusta staram się iść dalej
w mgłę, deszcz i zawieję.

Nie czuję już nóg.