9 grudnia 2009

plaża

Pierwszy raz zobaczyłam go na plaży koło falochronu.
Siedział zgarbiony i nagi, na gorącym, białym piasku
i patrzył w morze. Dookoła nie było nikogo,
tylko on, woda i ptaki krzyczące gdzieś tam wysoko
ponad głowami.
Miał piękną, smukłą twarz-niemłodą, pooraną czasem
jak nożem. Opadające na kark blond włosy,
przyprószone siwizną i solą jak śniegiem, układały się
w delikatne fale, a jasno niebieskie, wąskie oczy,
mrużyły się, kiedy niesforne pukle pląsały po spalonych
słońcem rzęsach. Chude plecy, z których kręgosłup wystawał
jak wrak statku z rozkrzyczanych fal, obsypane były
czekoladowymi piegami. Drżały, kiedy przebiegała po nich
poranna bryza.
Siedział tak bez ruchu, ze skrzyżowanymi nogami, splecionymi
na piersi rękami i patrzył. Pomyślałam, że lubi morze, że szum
go uspokaja, że tańczące rytmicznie fale mają dla niego jakieś
szczególne znaczenie, że coś przypominają. Czasami przychodziłam
tam sama, wiedząc, że go tam nie ma, żeby w końcu zobaczyć
lub usłyszeć to, do czego wciąż powraca.
Nie mogłam tego zrozumieć. Był w tym jakiś rodzaj mistycznego
romantyzmu, jakaś magia i zupełnie normalna naturalność, na którą
jednak niewielu by się zdobyło. To wszystko przyciągało mnie
do niego tak silnie, jak pszczoły do słodkich kwiatów akacji,
kota do ciepłych promieni słońca. Z dnia na dzień coraz
bardziej chciałam go poznać, usłyszeć jego głos, spojrzeć
w oczy i zrozumieć, wysłuchać.

***


- Często tu przychodzisz.-Powiedziałam, starając się znaleźć punkt
na morzu, w który właśnie był wpatrzony.

- Ja ciebie tutaj nigdy nie widziałem.-Odpowiedział, rzucając mi
kątem oka krótkie, badawcze spojrzenie.

Jego głos był niski i chrapliwy, choć ciepły, to jednak
pobrzmiewała w nim pewna nuta rezerwy. Nie patrzył na mnie.
Widział mnie po raz pierwszy i zupełnie nie interesowało go
to, jak wyglądam. Jego pierwsze i jedyne spojrzenie, było
jakby rodzajem upewnienia się, że jestem prawdziwa, że oto
siedzę obok niego, na parzącym piasku i, że jestem kobietą.
To wszystko. Nie wiedziałam już co powiedzieć i czy w ogóle
mówić dalej.

- Chcesz wiedzieć dlaczego, co?-Spytał, jakby z kpiną.
Zmieszałam się. Uświadomiłam sobie, że zdemaskował moją ciekawość,
że drwi ze mnie i moich intencji. Nie odpowiedziałam, tylko
spuściłam głowę i starałam się policzyć wszystkie kolory ziarenek
piasku.

- Nie umiem rozstać się z tym miejscem. I choćbym nawet chciał
uciec gdzieś i zacząć inne życie, to nie potrafię. Nie ma drugiej
takiej plaży, rozumiesz?
Wiedział, że nie rozumiem, że nie znam jego tajemnicy i że ta plaża
jest według mnie taka sama zarówno paręnaście kilometrów w prawo,
jak i w lewo. Przecież piasek jest wszędzie taki sam, falochrony
też, czasem tylko pojawia się więcej ludzi.
Zamilkł na chwilę, zagryzł usta i jeszcze bardziej zmarszczył brwi.

- Przychodzę tu od dawna. Nie ma dnia, żebym się tutaj nie zjawił
choć na chwilę.-Powiedział i na moment zawiesił głos.-Kiedyś
spotkałem tutaj kobietę. Siedziała w tym miejscu, co ja
i patrzyła w morze. Miała długie włosy, czarne jak gradowe chmury,
które powiewały za jej plecami przy każdym uderzeniu fali.
Później widywałem ją tutaj codziennie. Czasami spacerowała boso
po falochronie, czasami rysowała coś na mokrym piasku,
a czasem po prostu siedziała głęboko zamyślona
i spoglądała tęsknie w stronę morza.
Kiedyś podszedłem do niej tak, jak ty dzisiaj do mnie, usiadłem
obok i spojrzałem tam gdzie ona, żeby zrozumieć, co ona widzi
takiego, czego ja nie jestem w stanie zobaczyć, choć zdawałoby się,
że patrzymy na to samo. Nie umiałem. Rozmawialiśmy, ale ona większość
moich pytań zbywała milczeniem. Spędziłem z nią wiele godzin,
ale tak naprawdę nie wiedziałem o niej nic, nie znałem nawet
jej imienia. Nie wiem, czy kochała morze, ale przychodziła na plażę
codziennie, nawet w czasie sztormu. Kiedyś powiedziała mi,
że nie potrafi uciec z tego miejsca i, że nawet gdyby chciała
odejść stąd i zacząć gdzieś nowe życie, to nie jest w stanie.
Mówiła, że nie ma drugiej takiej plaży. Patrzyłem na nią wtedy
bezrozumnie i w żaden sposób nie potrafiłem pojąć o co jej chodzi.
Pewnego dnia nie pojawiła się na plaży. Pomyślałem, że może
przyjdzie później, ale ja już nie miałem czasu, żeby przyjść
tu po raz drugi. Następnego dnia, też jej nie spotkałem. Siedziałem
tu sam, ale jakoś brakowało mi tych naszych znikomych komunikatów,
które wysyłaliśmy do siebie, czasami tylko w postaci spojrzeń,
czy krótkich uśmiechów. Później starałem się przychodzić na plażę
o różnych porach. Liczyłem, że w końcu na nią trafię. Trwało to
parę dni, które z czasem zamieniły się w tygodnie, a te z kolei
w miesiące i lata. Nigdy więcej jej nie spotkałem. Wciąż przychodzę
tutaj każdego dnia, sam nie wiem dlaczego. Czasami o niej myślę
i podziwiam ją za to, że potrafiła stąd odejść.-Powiedział,
siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu, po czym wstał, otrzepał
nagie ciało z piasku i odszedł bez słowa.

***

Spotkaliśmy się znowu następnego dnia. Nic nie powiedział, kiedy
odgarnęłam stopą gorący piasek i usiadłam obok niego. Spojrzałam
na morze. Śnieżnobiała rybitwa pikowała właśnie w dół, schwyciła
wyskakującą z tafli rybę i klaszcząc skrzydłami o wodę odleciała.
Uśmiechnął się.

- A ty, po co tu przychodzisz?-Zapytał, jakby między dzisiaj
a wczoraj nie było żadnej różnicy, a nasza rozmowa trwała
nieprzerwanie. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Milczałam
licząc na to, że zrozumie i zacznie mówić dalej.-Nie martw
się. Może kiedyś to zrozumiesz i może wtedy to miejsce przestanie
mieć dla ciebie znaczenie.
Po tych słowach odszedł w milczeniu, jak poprzedniego dnia.
Nie zatrzymywałam go, nie miałoby to żadnego sensu.
Siedziałam tak, patrząc przed siebie, rozmyślając o tym,
co tak naprawdę mnie tu trzyma. Pomyślałam, ze gdyby nie on,
nigdy nie odkryłabym tego miejsca, a nawet jeśli, to nie
przystanęłabym nawet, bo przecież nie było w nim nic szczególnego.

***

Dzień później nie spotkałam go na plaży. Wiedziałam,
że coś zrozumiał, że dorósł i może ja mu w tym jakoś pomogłam.
Wiedziałam, że nie wróci, że odszedł, uciekł i zaczyna nowe
życie. Wiedziałam to wszystko, ale i tak wciąż chodziłam
na plażę każdego dnia. Łudziłam się, że go spotkam,
że pewnego dnia zobaczę jego chude, piegowate plecy
i będzie zdawało mi się, że słyszę jak jego wysuszona słońcem
skóra pęka. Trwało to parę dni, które z czasem zamieniły się
w tygodnie, a te z kolei w miesiące i lata. Nigdy więcej
go nie spotkałam. Wciąż przychodzę tutaj każdego dnia,
sama nie wiem dlaczego. Czasami o nim myślę i podziwiam go
za to, że potrafił stąd odejść.
Może kiedyś same też będę umiała to zrobić.

30 października 2009

tribute

Tego roku wiosna przyjdzie zmęczona.
Usiądzie nad brzegiem stawu,
zagarnie cały mróz i śnieg pod poły
kwiecistego płaszcza, wypuści z dziurawych
kieszeni garście wielobarwnych,
szeleszczących motyli, zanuci coś słowiczym
głosem, a później umrze jak łabędź śpiewający
po raz pierwszy i ostatni.




- Ta zima będzie smutna.-powiedziała patrząc
na przyklejające się do szyby miękkie płatki śniegu.

- Dlaczego? Przecież zawsze lubiłaś zimę.-powiedział
cicho i zamilkł, posyłając jej pytające spojrzenie.
Ona jednak tego nie zauważyła, wciąż tęsknie spoglądała
za szybę.

- Jakiś idiota podpalił starą suszarnię ziół,
wiesz?-mówiła mażąc palcem po zaparowanym szkle.

To był koniec lata, zimny wieczór zwiastujący
nadchodzącą jesień. Całe miasto spało, kiedy
płonął drewniany dach, po kolei pękały wszystkie okna,
a szkło z sykiem topiło się jak masło.
Zostały tylko okopcone, wątłe mury i chwiejące się
kominy, które bez dachu wydawały się nienaturalnie
długie. Rozebrali mury, runęły kominy, a wraz z nimi cała
tajemnica tego budynku.


- Jeszcze czasem, kiedy tamtędy przechodzę,
zdaje mi się, że widzę dym unoszący się zza ogromnych
krzaków bzu, za którymi stała suszarnia. Tak naprawdę
go tam nie ma, ale lubię się tak okłamywać.- mówiła,
lekko się uśmiechając.- Nie ma dymu, nie ma bzu,
została tylko czarna, naga ziemia.-zawiesiła głos
i spuściła wzrok na świeżo wypastowaną podłogę.

- To nie znaczy, że zima będzie smutna. Kiedy tylko
zamarznie jezioro, pojedziemy tam i znów przetną się
nasze ślady łyżew w symetrycznych ósemkach.-powiedział
marszcząc czoło i patrząc jak cukier topi się na dnie
jego ulubionego kubka.

- Nie rozumiesz. Zima to zapach. Rumianek, szałwia,
lawenda, rozmaryn, cała fuzja różnych zapachów
i smaków. Wszystkie zioła, grzyby i zbiory,
suszą się przy ogniu, albo trafiają do słoików.
Przechodząc koło starej suszarni, czułam
wszystkie te zapachy, które nigdy nie były obecne
w moim rodzinnym domu. Teraz zimie zabraknie nie tylko
koloru, ale też smaku i zapachu, zupełnie jakby ktoś
wyprał ją w pralce w samym wybielaczu. I to właśnie
jest takie smutne.-umilkła i stanęła w drzwiach,
tuż za jego plecami, ciężko opierając się o futrynę.
Długo nic nie mówił, chyba naprawdę nie rozumiał.

- Ale kochanie, przecież ta suszarnia od ponad
trzydziestu lat była zamknięta...-wydusił
najdelikatniej, jak tylko potrafił, żeby tylko
jej nie urazić. Za jego plecami wciąż trwała
cisza. Odwrócił się, ale jej już tam nie było.
Czuł na plecach tylko zimny wiatr wdzierający się
do środka przez niedomknięte drzwi.

21 października 2009

głośna samotność

Krągłe krople deszczu leniwie płyną po szkle.
Anemiczne liście lekko opadają gdzieś wszędzie.
Pierwszy deszcz zabębnił po duszy kakofonicznym echem.
Pierwszą mgłą zaszły zmęczone, suche oczy.
Pierwszy wiatr zawył i pognał dalej pozostawiając
drżące brzęczenie w uszach.

W dni takie jak ten czekam na ciemność,
na gwiazdy, które zgasły i obudzą się wiosną,
na wiatr, który dusi mnie mroźnym oddechem,
na ciszę, która brzmi tak samotnie i pięknie,
kiedy jest przy mnie i tylko ja ją słyszę.

Grzejąc sine palce o gorący kubek staram się
patrzeć przed siebie tak, żeby nic nie widzieć,
staram się mieć w głowie pustkę, żeby nie myśleć.
Z głośników sączy się cisza, membrany milczą
jak zaklęte.

Taka głucha, ślepa i pusta, czekam, aż to wszystko
zniknie. Zamykam oczy i wierzę, że ta czerń spod
powiek jest moją jedyną rzeczywistością, a cała
reszta to złudzenie, jak połamane obrazki
z kalejdoskopu.

Dlaczego zawsze teraz bezsens otula mnie całą
jak płaszcz z igieł odwrócony na lewą stronę?

Taka głucha, ślepa i pusta staram się iść dalej
w mgłę, deszcz i zawieję.

Nie czuję już nóg.

27 września 2009

myśli

Za dużo palę i piję, kiedy Cię nie ma.
Jem mało i rzadko. Bardzo dużo myślę.
O spacerach nad rzeką, piasku w oczach
i pod bluzką, gorzkich słowach przy kolacji
i tych ciepłych za kołnierzem tuż po niej,
o Twojej skupionej twarzy w moim lusterku,
tuż za moim ramieniem, kiedy się maluję,
o Tobie w moim kapeluszu i sobie w Twojej koszuli,
o Tobie przy mnie, ze mną, na mnie, we mnie
i o Tobie poza moim zasięgiem.

Wychodzę z mieszkania dopiero wieczorami,
bo świeże powietrze najlepiej uspokaja mój zmęczony
organizm. Chłód wieczoru przedziera się przez
przerzedzoną pajęczynę starego swetra, otulającego
moje sine, nagie piersi. Opuszkami zmarzniętych palców
muskam korę przydrożnych drzew. Idę wolno, szurając butami
i potykając się o grube korzenie.

Nocami nie śpię. Snuję się po mieszkaniu jak
ćma, która pragnie światła, a nie może go
sama wzniecić. Wypatruję Cię w oknie, choć
wiem, że i tak Cię w nim nie zobaczę, ale jeśli
kiedyś jednak będziesz w okolicy, to może dojrzysz
mnie za pomazaną szybą i nawet jeśli uśmiechniesz
się idąc dalej, to będę wiedziała, ze warto było czekać.

Nad ranem kładę się do łóżka, naciągam kołdrę na głowę,
żeby wstające słońce nie kłuło mnie w oczy.
W końcu spada na mnie ciężki, ołowiany sen.
Coraz trudniej mi się z niego wybudzić.

8 września 2009

no title

Czy jeśli przywiążę Cię do drzewa w samym środku
lasu, w noc ciemną i zimną i odwrócę się na pięcie
w złości, ciekawości, albo roztargnieniu i odejdę,
to czy będziesz czekał?
Czy zostaniesz?
Czy jeśli deszcz płynąc wytrwale po Twoim karku
wypłucze kolor z Twojej koszuli, której tak nie lubię,
a szyszki nieustępliwe będą drążyć w Twoich kolanach
piekące rany, to czy nadal będziesz?
Co powiesz jeśli wrócę, kiedy już uwolnię Twoje zmęczone
nadgarstki z pęt sztywnych, jednym cięciem noża?

Idziemy obok siebie muskając się jedynie wierzchami dłoni,
w milczeniu tak głębokim, jak czerń naszych połyskujących
źrenic, wbijając wzrok w przestrzeń i wcale jej nie widząc.
Marszczymy czoła i nosy, jakby coś nagle zafrapowało nas
wielce gdzieś za siódmym drzewem po lewej i było ważniejsze
od słów, które tak trudno cisną się na usta.


- Nic nie powiesz?
- Nie.- Odpowiadam, odgarniając kosmyk włosów opadający
na policzek.

Nie wiem na jak długo bym odeszła. Może stanęłabym gdzieś
daleko, wciąż Cię widząc i patrzyłabym czy nadal jesteś.
Czasami mam ochotę zniknąć, być gdzieś, gdzie nie ma nikogo,
mieć dla siebie potężną przestrzeń i chłonąć z jej powierzchni
cierpkie powietrze. Widzieć tylko kontury ludzi majaczące
szarością gdzieś za linią horyzontu. Wiem, że Ty też tak
masz, że chowasz się gdzieś dyskretnie, a ja wtedy siłą Cię
stamtąd wyciągam. Czasami jednak to ja chcę, żebyś zniknął.
Chcę wiedzieć, ze Cię nie ma i nie będzie, nie patrzeć,
nie myśleć, nie mówić nic. Przywiązuję Cię wtedy do drzewa
i odchodzę.

- Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia?
- Nie.

Zatrzymujesz się, opierasz się jedną ręką o gruby dąb
i ciężko wzdychasz, robiąc przy tym jedną z tych min,
które sprawiają, że w sekundę przestaję Cię lubić.
Powoli odchodzę, a Ty stoisz pod dębem i patrzysz
na wyschnięte, zszarzałe żołędzie.
Nie patrzę, nie myślę i nic nie mówię, słucham tylko
jak deszcz miarowo spada na wyschnięte liście.
Czy będziesz czekał-nie wiem, bo nie wiem, czy ja
po Ciebie wrócę.

22 sierpnia 2009

spacer po jeziorze

"Zastyga w kwiaty mróz.
Rosa w gwiazdy.
Głuchy i martwy
Dzwonu ton.

Komuś zbrakło tchu."

Sylvia Plath - "Śmierć i Spółka"





Spacerowała z psem po trzeszczącej, nierównej tafli lodu.
Było wczesne popołudnie, ale-jak to zimą bywa-wszystko
ogarniała już drżąca, gęsta ciemność. Zimne księżycowe
światło, skrzyło się diamentowym blaskiem na bladym śniegu.
W zmarzniętej dłoni trzymała skórzaną smycz.
Idąc wolno przed siebie, kopała bryłki lodu przemokniętym
butem, a pies biegł za nimi merdając ogonem
i radośnie poszczekując.
Szła wciąż z pochyloną głową, pochłonięta
jakimiś ponurymi myślami, nie zwracając wcale uwagi
na psa, który wciąż szarpał za smycz i zaplątywał
się w nią próbując złapać wszystkie bryłki wypryskujące
spod jej stóp. Myśli coraz gęściej kotłowały się w jej
głowie, krzyczały, bolały i rozdzierały ją na pół.
Szła coraz szybciej i coraz dalej wykopywała przed siebie
kawałki lodu. Pies, szalejąc z radości pędził za nimi
z wywieszonym językiem. W końcu szarpnął tak mocno,
że jej bezwładna, sina ręka bez oporu upuściła smycz.
Pies gnał daleko w czerń, wznosząc w powietrze tumany
lewitujących płatków śniegu i prawie frunąc nad lodem,
haczył łapami o powiewającą za nim smycz. Zniknął gdzieś
w ciemności, pozostawiając za sobą głuchą, martwą ciszę.
Po chwili po zasypanej śniegiem tafli jeziora, poniósł się
rozdzierający skowyt, trzask pękającego lodu i chlupot
lodowatej wody. Co chwilę jeszcze dobiegało z daleka
zduszone szczekanie, przechodzące w rozpaczliwe wycie,
i bulgoczące rzężenie. Poźniej wszystko zupełnie ucichło.
Biegła przed siebie najszybciej, jak tylko potrafiła,
połykając łapczywie mroźne powietrze. Znalazła w końcu
to miejsce, ale nie mogła podejść zbyt blisko, bo lód
zaczynał trzeszczeć pod jej stopami i strzelając głucho, pękał.
Uklękła i ukryła twarz w dłoniach. Płakała i krzyczała, a echo
niosło się po całym jeziorze roztrzaskujac się tępo o przybrzeżne
drzewa. Uniosła wzrok ku górze, jakby winiąc Opatrzność za to,
co się przed chwilą wydarzyło. Niewzruszone gwiazdy, spoglądały
na nią nienachalnie i tylko ta ciemność jakoś ciężej przysiadła
na jej ramionach.

6 sierpnia 2009

papierowy przyjaciel

W moich oczach biały szron,
Krajobrazy skute mrozem.
On mych pragnień kruszy lód,
Nieporadny, pełen ciepła mały człowiek.
W moim sercu już się zrodził
Niepojęcie mały ktoś.
Mały człowiek, niby nikt,
Wielkie morza moich myśli ułagodził.

Śpij mój mały synku,
Zaśnij, nie płacz dłużej.
Twój maleńki, biały okręcik
Stoi bezpieczny w wielkiej kałuży.
Twój maleńki okręt
Piękną ma pogodę.
Ile jeszcze deszczów przeminie,
Nim ruszysz tam, całkiem sam na wielką wodę?

"Mały Człowiek"
Krewni i Znajomi Królika




Jej mały przyjaciel był z papieru. Patrzył na nią
czarnymi kropkami narysowanymi szkolnym flamastrem
i uśmiechał się równie nieprawdziwym uśmiechem.
Był naprawdę niewielki. Mieszkał na statku z okładki
folderu biura podróży i dryfował nim po blaszanej misce
wypełnionej deszczówką.
Spędzała z nim każdy dzień, godzinami rozmawiając z nim
i wymyślając rozmaite zabawy. Wrzucała mu do miski czysty
piasek i muszle znad morza piszcząc przy tym z radości.
Kolebała miską rozlewając wodę, a mały stateczek niepewnie
kołysał się na rozhuśtanych falach.
Nie bój się, mówiła. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić,
mój przyjacielu. Uśmiechała się do niego serdecznie
i ciepłym oddechem starała się osuszyć go z kropli wody.
Jego statek z każdym dniem nabierał coraz więcej wody,
dno przemakało, a burty rozmiękały jak ciasto. Ona jednak,
pochłonięta zabawą, nie zwracała na to uwagi. Po deszczu
dolewała do miski wody, która zdążyła się zebrać pod rynną.
Śmiała się widząc, jak stateczek kręci się w kółko
po spienionej tafli. Z czasem, woda zaczęła się przelewać.
Każdy krok, postawiony na drewnianej podłodze
powodował, że po brzegu miski spływał coraz to większy
wodospad, tworząc na podłodze wciąż powiększającą się
kałużę. Ona ciągle się śmiała i klaszcząc w dłonie, krzyczała:
Widziałeś ile masz już wody?! Jeszcze trochę i będziesz
żeglował po pokoju! Cieszysz się?
Przyjaciel patrzył na nią jednak niezmiennym spojrzeniem
i uśmiechał się tak, jak zawsze.
O tej porze roku deszcz padał bardzo często, więc wiaderko
ustawione pod rynną napełniało się przynajmniej raz dziennie.

Biegała akurat boso po deszczu, kiedy zauważyła, że z wiaderka
zaczyna wylewać się woda. Podbiegła do rynny, chwyciła wiadro
za pogiętą, metalową rączkę i chlustając na boki strumieniami
ciepłego deszczu, pobiegła do domu. Zbliżyła się do miski,
którą otaczała metrowa już kałuża, uniosła wiadro nad biodra,
a kiedy chciała je przechylić, metalowy pałąk pękł na pół.
Wiadro z łoskotem wpadło do miski, która chybocząc się
dramatycznie, ostatecznie wywróciła się do góry dnem.
Wiadro bębniąc i dzwoniąc toczyło się dalej, wywracając
przy tym wszystko, co spotkało na swojej drodze.
Woda płynęła przez pokój-po linoleum i wzorzystych dywanach,
a wraz z nią sunął mały, papierowy okręcik. Kręcił w wodzie
kołowrotki, zanurzał się pod falami i coraz bardziej
rozmakał i pęczniał. Papierowy przyjaciel zniknął gdzieś
wcześniej, a ona, posuwając się teraz wolno na czworakach,
zataczając dłońmi szerokie koła, płacząc i krzycząc,
szukała go wśród przemokniętych przedmiotów.
Chwyciła wiadro i cisnęła nim w złości przed siebie.
Sięgnęła po miskę, odwróciła ją i wtedy go zobaczyła.
Leżał na dnie miski, bezwładny i martwy. Kratka jego
papieru rozmazała się, tworząc chaotyczny i smutny obraz.
Twarz też miał zamazaną. W miejscu oczu i dawnego uśmiechu,
tkwiły teraz czarne kleksy. Sflaczały, mokry i cieknący
jak zużyty kondom, leżał tam, na dnie miski, nieświadomy
swojej śmierci, ani wcześniejszego życia. A ona?
A ona płakała; zanosiła się płaczem, rozmazując przy tym
na twarzy łzy razem ze smarkami. Zawsze tak się kończyło.
To był jej dziesiąty papierowy przyjaciel w tym miesiącu.
Miała trzydzieści siedem lat, chorobę psychiczną i cholerną
potrzebę bycia kochaną.

22 lipca 2009

frozen in time

And I can't see straight
feel myself shakin'
feel my eyes closin'
tryin' regain control
in time frozen

I don't wanna close my eyes
but I can't move
and the air's real thick
so I'm as well just drift


Ghost - "Frozen in Time"




Nie było go w mieście przez dwa lata.
Żadnego telefonu, żadnej wiadomości gdzie jest,
co robi. Pewnego dnia po prostu zniknął.
Skończył pracę wieczorem, zjadł hamburgera w pobliskim
barze, wychylił kilka strzałów, a później nikt go już
nie widział. Po prostu się rozpłynął jak kamfora,
jak ziarenko piasku w pustynnej burzy. Przepadł.
Kumple szybko zapomnieli. Rodzina też.
To był kawał skurwysyna, mówili. Włóczył się tylko
po barach, chlał na umór i ćpał tak, że nie był
w stanie wydobyć z siebie niczego, poza jednym
nie kontrolowanym rzygiem na zlany piwem chodnik.
Klepał się w klubach za byle co, za to, że ktoś
dotknął jego ręki kiedy odpalał szluga i gasł mu
płomień. Posuwał panny w toaletach, rozprowadzał
dragi w podstawówkach, kradł w sklepach, na ulicy.
Patrząc na niego, odnosiło się wrażenie, że wszystko
czego dotknie, co zrobi, zamienia się w ogień,
że w jego żyłach płynie krew tak czarna jak smoła,
a oczy wypalają Ci duszę, drążąc w ciele ropiejącą
ranę. Pewnie w końcu go ktoś sprzątnął, mówili.
Pewnie w końcu kutas dostał za swoje. Może siedzi
w pierdlu, a może gnije w jakimś dole. Doigrał się skurwiel.
Nikogo nie obchodziły jego losy. Dzięki temu, że zniknął
zrobiło się spokojniej na ulicach. Nie było już ręki
rządzącej i grożącej i nikt nie chciał nawet przejmować
jego fuchy. Spokój w dzielnicy ogarniętej bezrobociem,
nękanej nędzą, naszpikowanej brzuchatymi małolatami na haju
jak tort bakaliami-powiesz, że to niemożliwe? A jednak.
Był spokój. Na swój pojebany, patologiczny sposób naprawdę,
kurwa, był. Nie wyprostujesz tego, co jest chore w zarodku,
ale uwierz mi, że tym ludziom żyło się lepiej.
Tylko, ze życie pisze różne scenariusze, stawia Cię różnych
sytuacjach, wkleja Cię w miejsca jak znaczek do klasera.
Czasem głaszcze Cię po głowie, czasem pluje Ci w twarz,
a czasem ciągnie Cię gdzieś, tak po prostu-
po raz pierwszy lub gdzieś z powrotem. Nawet jeśli nie chcesz.
On też wrócił. Tak, jak zniknął-nagle. Bez słowa dosiadł
się do kumpli w barze. No siemasz bracie, mówili poklepując
go po zgarbionych plecach. Trochę cię tu nie było. Gdzie Cię
poniosło? Uniósł rękę nad głowę i dwukrotnie kiwnął palcami.
Piwo, krzyknął i zamilkł na dłuższą chwilę.
Mam córkę, wyszeptał wręcz pochylając głowę nad schłodzonym
kuflem, wodząc palcem po jego brzegu jak melancholijna panna,
która próbuje być sexy.
Nie byli zdziwieni. Nawet gdyby chcieli, nie zdołaliby nigdy
zgadnąć ile panienek miał w łóżku, toalecie, na masce
swojego bordowego BMW i w różnych innych miejscach.
Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął z niej pomięte białe
pudełko. To dla niej, powiedział. Przyjechałem, żeby jej
to dać. Kumple zarżeli i zaraz otworzyli pudełko. Były
w nim różowe buciki niemowlęce z czerwoną różyczką na boku.
No, tatuś, nieźle się szarpnąłeś na to cacko!...Krzyknął jeden
i parsknął śmiechem, a po chwili dołączyli się do niego
pozostali. To w takim razie zdrowie małolaty! Wychylili
do końca zawartość swoich kufli. On wciąż siedział przygaszony.
Obracał w palcach mały bucik, który był mniejszy niż wnętrze
jego dłoni.
Chodź,stary, mam dla ciebie coś ekstra. Kumpel mrugnął do niego
okiem i pociągnął go w stronę kibla. Przez chwilę stał do niego
tyłem, po czym odwrócił się i podał mu załadowaną strzykawkę.
Trzymaj, to prezent. Wyluzujesz się.
Spojrzał na strzykawkę, i długą, cienką jak włos igłę.
Nie mogę. Weź. Nie mogę, kurwa, daj mi spokój. Weź, wiesz,
że TO robi dobrze na wszystko. Nie, daj spokój. Już tego
nie biorę. Jak chcesz, tylko proponowałem, powiedział
i wyciągnął do niego rękę. Podał dłoń kumplowi, a ten
przygarnął go do siebie ramieniem i jedną dłonią objął kark.
Drugą zamachnął się i wbił mu igłę prosto w nabrzmiałą
od wkurwienia tętnicę szyjną. Opadł na kolana i spojrzał
w mrugająca nad nim świetlówkę. Zawirował sufit, drgawki,
bulgot krwi przelewającej się przez mózg, pulsującej jak
tąpnięcia tektoniczne na jego kruchej czaszce.
Ty skurwysynu, wyszeptał. Moja córka.. Urwał wijąc się
na posadzce jak mysz, którą wąż boa owija śmiertelnym
uściskiem, a ona drga jeszcze chwilę, łapiąc w nozdrza
ostatnie drobinki powietrza.
Dwadzieścia pięć miligramów
koki wystarczy, żeby odlecieć w dookołagalaktyczny lot
kończący się katastrofą.
Kumple wyszli z knajpy, a na zachlapanym stoliku stały
wciąż moje małe, różowe buciki. Dziękuję, tato.

18 lipca 2009

trzy dźwięki

Codziennie rano wypatrywał jej przez okno.
Wybiegała pospiesznie z domu i niedbałym
ruchem dłoni poprawiała chmurę loków opadających
na zroszone potem czoło. Co jakiś czas jeden obcas
jej dronych bucików, klinował się pomiędzy nierównymi
płytami chodnika, a ona w zakłopotaniu unosiła jedną
rękę do głowy i ciężko wydmuchiwała powietrze,
drugą natomiast zamykała w pięści i uderzała nią
energicznie o biodro, szepcząc przekleństwa jak zaklęcia.
W pośpiechu rozpinała delikatne klamerki butów,
jednym szarpnięciem uwalniała obcas z kleszczy ulicy
i drąc pończochy biegła boso na przystanek.

Wsparty o parapet, patrzył na nią tak długo, aż nie
zniknęła w tłumie na przystanku. Zawsze była
ostatnia i zawsze też drzwi zamykały się dopiero za nią.
Autobus odjeżdżał, pozostawiając za sobą siwy obłok spalin,
a on jeszcze przez chwilę stał przy oknie i paznokciem
zeskrobywał z futryny popękaną od słońca pożółkłą farbę.

Wracała ostatnim autobusem, zmęczona, w wygniecionej
sukience, z potarganymi włosami, smutna. Podchodził do okna,
żeby się upewnić, czy wróciła. Nigdy tak jak rano,
nie odprowadzał jej wzrokiem do końca. Rankiem była piękna,
a słońce w jej rudych włosach skrzyło się jak żywy ogień.
Nawet nie otwierając okna widział na jej białej skórze
całą plejadę piegów, zupełnie jakby ktoś posypał jej ciało
kruszonym bursztynem. Wieczorem jej blask przygasał.
Nie spieszyła się już z tą swoją dziecinną bezradnością.
Szła wolno ze spuszczoną głową i twarzą schowaną pod
przyklapniętymi włosami, które w świetle latarń wyglądały mdło
i zupełnie nijak. Skóra była szara i nie dało się dostrzec
na niej rudych piegów.
Siadał w fotelu w zupełnej ciszy, przy zgaszonym świetle
i nadsłuchiwał , kiedy stukot jej obcasów zniknie za ciężkimi
drzwiami jej domu. Chrzęst klucza w zardzewiałym zamku,
skrzypnięcie mosiężnej klamki i trzaśnięcie drzwiami. Trzy
dźwięki, które pozwalały mu spokojnie zasnąć. Trzy dźwięki,
które dawałymu poczucie bezpieczeństwa i harmonii jego
małego świata.

Widywał ją codziennie. Nie tylko zza pomazanej szyby
swojego okna. Weekendy miała wolne i często spacerowała
wtedy po okolicy z grubą książką w ręce. Ciągle tą samą.
Nigdy jej nie czytała. Wkładała między jej strony pachnące
płatki kwiatów i soczyste liście, które pod naciskiem grubej
oprawy puszczały sok i rozmazywały tłuste litery. On też
wychodził z domu, żeby przyjrzeć jej się z bliska.
Kiedy siadała na ławce, siadał koło niej i rozkładał gazetę,
starając sie schować za nią siebie i swoją ciekawość. Co jakiś
czas tylko kątem oka zerkał na nią jak przegląda swój literacki
zielnik i prostuje skrzywione szypułki palcem kruchym jak ciastko.
Wpatrywała się właśnie w ususzone płatki maków, kiedy silniejszy
podmuch wiatru zdmuchnął je z pozlepianych kartek. Cieniutkie
jak bibuła maki pofrunęły dalej i wirowały nad chodnikiem
z jesiennymi liśćmi. On zerwał się z ławki i zaczął łapać
maki tańczące na wietrze. Zamknął je w swoich wielkich dłoniach,
podszedł do niej i powoli rozsunął palce tuż nad jej wąskimi
kolanami. Delikatne płatki pokruszyły się na drobny pył w jego
niezgrabnych rękach.

- Przepraszam.- Wybełkotał, strzepując proszek na chodnik.
- Nic nie szkodzi. Mam ich jeszcze kilka.- Powiedziała z uśmiechem.
Zbieram je na pamiątkę. Każdy z tych kwiatów i liści jest symbolem.

Usiadł obok niej. Otworzyła książkę, a on spoglądał na jej drobne
palce biegające po poplamionym, karbowanym papierze.


- Konwalia to maj. Uwielbiam ten zapach, chociaż uschnięta już
nie pachnie. Koniczyna to czerwiec, a czterolistna
przynosi szczęście. Ja znalazłam pięciolistną, oderwałam jeden
liść, ale i tak ciągle mam pecha. Chyba to tak nie działa.

Roześmiała się perliście, a kilka piegów skryło się na chwilę
w zmarszczkach na jej małym nosie.

- O, widzi Pan, są maki! -Krzyknęła.- Piękne kwiaty.
Rosną na torach przy lesie, a najpiękniej wyglądają w zachodzącym
słońcu. Mają dokładnie taki sam kolor jak niebo. I wie Pan,
że jest to chyba jedyny kwiat, który gubi płatki w wazonie?

Patrzył na nią z podziwem i słuchał uważnie każdego słowa
wypływającego z jej drobnych ust. Starał się poznać każdy
centymetr jej ciała. Badał wzrokiem jej małe uszy, pozawijane
jak skorupa ślimaka, a w wyobraźni łączył ze sobą cienką kreską
pojedyńcze piegi na jej skórze, pisząc do niej czułe słowa.
Rzeczywiście miała przepiękne rude piegi na skórze białej jak cukier.
Nagle przerwała, spojrzała na zegarek i z trzaskiem zamknęła książkę.
Zniknął uśmiech z jej twarzy, nawet piegi nie wyglądały już tak
radośnie jak przedtem.

- Muszę iść. - Powiedziała oszczędnie. - Przepraszam.

Odeszła w pośpiechu, a on patrzył jak jej biodra kołyszą
się na boki, jak wahadło zegara. Słońce przedzierające się
przez korony drzew znów rozkwitało jak płomień na jej miedzianych
włosach. Co jakiś czas też, obcas wpadał między płyty chodnika.
Chrzęst klucza w zardzewiałym zamku, skrzypnięcie mosiężnej klamki
i trzaśnięcie drzwiami. Nie słyszał tych trzech dźwięków,
ale wiedział, że na pewno są na swoim miejscu.

Następnego dnia o tej samej porze kręcił się po okolicy,
ale nigdzie jej nie było. Szukał jej w tych samych miejscach,
ale bez skutku. Dzień później też jej nie spotkał. Nastał
poniedziałek. Usłyszał w końcu szybki stukot obcasów, który nagle
ucichł. Podszedł do okna. Miała bose stopy i trzymając w dłoni
skórzane pantofelki biegła na przystanek.
Wieczorem czekał aż wróci. Spojrzał na zegarek. Dziesięć minut
temu przyjechał ostatni autobus. Ale ona nie wracała.
Wstał z fotela. Może szła na boso? Stał przy oknie przez pół
godziny, wszystkie drzwi na ulicy pozamykały się już za ostatnimi
pasażerami autobusu. Tej nocy nie mógł zasnąć. Nie usłyszał
wyczekiwanych trzech dźwięków, które dawały mu spokojny sen.
Przewracał się w łóżku z boku na bok i co chwilę podchodził
do okna jak lunatyk. Łudził się, że w końcu wróci, że nagle
podjedzie pod jej dom taksówka, a ona wysunie z niej zgrabną nóżkę,
potem drugą i stukając obcasami pójdzie do domu. Zmęczony bijatyką
myśli, zasnął.
Rano znowu jej nie było. W jej oknach wciąż wisiały
śnieżnobiałe firanki. Minęły kolejne dwa dni czekania,
kiedy zobaczył przed jej domem wielką cieżarówkę i dwóch
facetów wynoszących meble ze środka. Nie było tego wiele.
Łóżko, szafa, stół, dwa krzesła i jeden zaklejony karton
po bananach. Po niecałej godzinie, faceci zamknęli drzwi
ciężarówki na zasuwy i odjechali. Dopiero kiedy ciężarówka
ruszyła, zauważył stojącą na schodach starszą kobietę.
Miała twarz ukrytą w dłoniach i lekko dygotały jej ramiona.
Płakała.
Do wieczora schody jej domu zakwitły feerią różnokolorowych
kwiatów. Akurat zachodziło słońce, kiedy poszedł do lasu,
na przejazd kolejowy. Zrywając maki uświadomił sobie, jak bardzo
miała rację. Kolory ich płatków były dokładnie takie, jak niebo-
miedziany jak jej włosy, rudy jak jej piegi i czerwony jak krew.
Położył bukiet na schodach, był to jedyny taki bukiet pośród całych
naręczy kwiatów. Stał przez chwilę w milczeniu i odszedł. Stanął
kawałek dalej i wpatrywał się w chodnik. Dopiero teraz widział,
jaki był nierówny i popękany.
Chrzęst klucza w zardzewiałym zamku, skrzypnięcie mosiężnej klamki
i trzaśnięcie drzwiami. Trzy dźwięki, które już nie mają dla niego
znaczenia.

19 czerwca 2009

Łysy

Choć już dawno skończyła podstawówkę nadal czesała się
w dwa warkoczyki związane na końcach gumkami z biedronką,
motylkiem, albo innym gównem. Kolorowe, znoszone sukienki
i białe skarpetki z koronką. Od dawna passé.
Na nadgarstkach brzęczące, plastikowe bransoletki
z magazynów dla nieletnich i zegarek z cukierków pudrowych.
Codziennie ten sam. Nienadgryziony. Nawet nieliźnięty.
Druciane, pokrzywione okulary z zapaćkanymi szkłami,
ciągle zsuwające jej się z nosa. Poprawiała je wyuczonym
ruchem i bezbłędnie trafiała środkowym palcem w drucik
łączący szybki. Nie goliła nóg, pach, nie używała
antyperspirantów. Z błogim uśmiechem na ustach, mrucząc
coś do siebie i żywo gestykulując, spacerowała dookoła swojego
domu. Czasem bawiła się lalką. Woziła ją wtedy w małym
wózeczku w kolorowe wzory i rozmawiłą z nią. Co jakiś czas
płakała zamiast niej i strasznie przejęta tuliła ją w ramionach.
Dzieciaki się z niej śmiały. Wiadomo. Wytykały ją palcami,
pluły, strzelały do niej z procy i przezywały "Jebnięta".
Normalne. A ona miała to w dupie. Nie wiem, zupełnie się
tym nie przejmowała. Nawet jak kiedyś dostała od Łysego
kamieniem w tył głowy tak mocno, że aż rozciął jej skórę,
a krew przesiąknęła białą sukienkę i kapała z blond warkoczy,
nie powiedziała nic. Zapłakała cicho, pozbierała zabawki
i poszła do domu. Łysy dostał wtedy taki wpierdol od starego,
że że przez dwa tygodnie nie wychodził z chaty. Nawet do budy
go starzy nie puszczali.
A ona już następnego dnia, z ogromnym bandażem na głowie,
krążyła z tym swoim wózkiem po okolicy. W końcu spotkaliśmy
Łysego. Był wkurwiony. Mówił, że rozstrzaśnie Jebniętej
okulary na tym jej krzywym ryju i skróci długi jęzor.
Łysy sam był niezłym popierdoleńcem. Wydawało mu się,
że pozjadał wszystkie rozumy, a naprawdę był tępym matołem
i gdyby nie to, że potrafił się bić po chamsku i brutalnie
jak cholera, to nie umiałby nic. Jak już ktoś mu podpadł,
koniec końców zawsze miał obite gnaty. Z Jebniętą było inaczej.
Ta panna serio nie miała piątej klepki i przez to była dzieckiem
specialnej troski całego osiedla. Oczywiście my nie podpisywaliśmy
się pod tym. My mogliśmy jej nienawidzić, ale po cichu, kiedy
nikt nie patrzy. Generalnie Jebnięta była nieszkodliwa. Chłopaki
z nudów jej dokuczali, a dziewczyny z nudów im w tym pomagały.
Ja byłam tam tylko przelotem i miałam mieszane uczucia.
Nie robiło na mnie wrażenia pierdolenie Łysego o tym jak zmiażdży
Jebniętą. Wiedzieliśmy, że ponad połowa z tego, co gada, to
gówno prawda. Po jakimś czasie jednak Łysy zaczął przeginać.
Więcej ćpał, ciągle był wstawiony i totalnie się nie kontrolował.
Powoli nasza ekipa robiła się coraz mniejsza. Nikomu nie chiało
się słuchać przechwałek tego palanta. Ja też przestałam się z nimi
spotykać. Każdy z nas znalazł dla siebie zajęcie i nie interesował
się resztą. Po jakimś z resztą czasie musiałam stamtąd wyjechać
do domu. Wróciłam tam znowu dopiero dwa lata później. Chudy
i Ola wyjechali z miasta. Młoda wyszła za mąż, bo wpadła z jakimś
typem. Paweł wyjechał za granicę do pracy. Tylko Ola cały czas
pracowała w osiedlowym spożywczaku i od niej wiem to wszystko.
O Łysego nie pytałam, sama zaczęła gadać. Sam fakt, ze siedzi
w więzienu nawet mnie nie zdziwił. Koleś z taką agresją, która
zdawała się być wytatuowana na jego skórze, ćpun i handlarz,
nie mógł dobrze skończyć. Zapytacie za co kibluje? Kutas zwgałcił
i zabił Jebniętą. Przywiązał ją do drzewa, zasłonił oczy i zatkał
usta. Najpierw zerżnął ją jak zwierzę, a potem narysował jej kredą
biały krzyż na czole, odsunął się na kilka kroków i strzelił.
Wykonał egzekucję jak na chorym koniu, ale zasłonił oczy,
które mówiły tak wiele i nic zarazem. Nie wiesz pewnie jak patrzy
na Ciebie koń, który wie, że za sekundę zwali się na ziemię.
Piękne, wielkie, błyszczące, kasztanowe oczy. Ona też takie miała.
No i powiedz sam, kto z nich był bardziej jebnięty?

8 czerwca 2009

pożegnanie

Pamiętam ją. Zawsze z uśmiechem i dobrym słowem na
ustach. Duszę towarzystwa, do której wszyscy garnęli
się jak ćmy do światła. Chętnie opowiadała anegdoty
ze swojego dzieciństwa. O trzech siostrach, rodzicach,
mężu i dzieciach. Przeplatane humorem i wyważonymi
przekleństwami. Nigdy nie była wysoka, ani ładna.
Nie była też bogata, ani wykształcona, ale zawsze
miała dobry humor. Poznałam ją już jako staruszkę.
Poznałam ją już jako żonę, która pochowała męża;
matkę, która pochowała syna i jako siostrę, która
pochowała trzy młodsze siostry. I choć każda jej
zmarszczka powinna wykrzywiać się w bólu i krzyku,
to wszystkie one były wypełnione pogodnym uśmiechem
i spokojnym ciepłem. Miała w sobie jakiś rodzaj magii,
która przyciągała jak magnes i chyba każdy patrząc
na nią, myślał w duchu, że właśnie tak chce iść przez
życie-energicznie i radośnie, przechowując w sercu
wszystkie dobre chwile i dary od Boga, jak biżuterię
w misternie rzeźbionej szkatułce zamykanej na srebrny
klucz. Była człowiekiem, który w każdym nieszczęściu
potrafił doszukać się powodu do radości. Pamiętam jak
opowiadała, że po śmierci jednej z sióstr-Uli,
likwidowali jej rzeczy. Znalazła wtedy w szafie granatowe,
bawełniane spodnie i zamiast wrzucić je do pieca i spalić
jak resztę, wycięła z nich sześć równych kwadratów
i obszyła białą nicią. Na każdym wyhaftowała kwiaty
z ozdobnym ornamentem. Sześć eleganckich serwetek.
Cieszyła się, że mogła zrobić z nich coś ładnego.
I wiem, że do dzisiaj przy większej okazji,
te serwetki skromnie ozdabiają obrus.
W końcu dopadła ją choroba. Kolano, którego nie chciała
leczyć, z każdym rokiem coraz bardziej odmawiało jej
posłuszeństwa. Psuł się też wzrok, a w powietrzu zawisło
widmo zaćmy. Powykrzywiały się też palce, męczone przez
lata ciężką, fizyczną pracą, relaksujące się często
przy szydełkowaniu pięknych serwet i obrusów dla rodziny
i znajomych. Dokuczliwa noga ostatecznie posadziła ją
na wózku. Otoczona zdjęciami bliskich spędzała całe dnie
w swoim małym mieszkanku. Co jakiś czas przychodziła do
niej opiekunka, żeby zrobić zakupy, pranie i trochę
posprzątać. Czasem też pojawiał się ktoś z rodziny,
a ona wtedy aż promieniowała szczęściem i za każdym razem,
z dumą i tym samym entuzjazmem pokazywała fotografie-stare
i nowe i opowiadała historie ze swojego życia.
Przerażał mnie widok jej malutkiego ciała na tym wielkim
wózku. Przerażało mnie to małe mieszkanie, które dla niej
było klatką, a dla mnie tylko chwilowym przystankiem.
Ona mogła tylko zadzwonić do mojego świata, a on i tak często
nie odbierał, bo nie miał czasu. Później i na to brakowało
jej siły. Nie pamiętała numerów, nie widziała cyfr na tarczy,
nie wiedziała co powiedzieć. Nie wiem, ale później już nie
dzwoniła. Było mi jej żal, nie chciałam tego dla niej.
Bolało mnie serce i wszystko w środku, kiedy widziałam jak
powoli gaśnie w niej światło, jak wypala się, jak dogasająca
zapałka. Przestałam ją odwiedzać, bo wszystko we mnie pękało
i rwało się na strzępy, kiedy mówiła, a ściany zdawały się
zacieśniać wokół mnie coraz bardziej i bardziej.
Nie wiem kiedy widziałam ją po raz ostatni. Dzisiaj
dowiedziałam się, że jakiś czas temu złamała biodro i leżała
w szpitalu, a na jej ciele kwitły odleżyny. Nie wiem kto wtedy
z nią był. Nie wiem ile czasu tam spędziła. Nie wiem jak
i kiedy odeszła. Mam żal do siebie, że z zimą krwią odwróciłam
się od niej, że zapomniałam, bo była już stara, schorowana,
że przypominała mi o śmierci, na którą ja miałam jeszcze czas.
Mam żal do siebie, że tyle razy chciałam ją odwiedzić i zawsze
brakowało mi siły i czasu. Ale najbardziej mam do siebie żal o to,
że żałuję dopiero teraz. Ona odeszła, a ja nawet o tym nie
wiedziałam, bo tak szczelnie pozamykałam ten mój świat.
Mam tylko nadzieję, że To Niebo naprawdę istnieje, a ona
przechadza się po nim trzymając za ręce swoje siostry,
przytula syna i rozmawia z rodzicami.
Ciociu, pozdrów ode mnie babcię Ulę. Przepraszam.

2 czerwca 2009

piegi

"Far far, there's this little girl
she was praying for something to happen to her
everyday she writes words and more words
just to spit out the thoughts that keep floating inside
and she's strong when the dreams come cos' they
take her, cover her, they are all over
the reality looks far now, but don't go"


Yael Naim "Far far"




Kiedy go poznałam, miał dwa lata. Ja nie byłam wtedy
wcale dużo starsza, ale dokładnie pamiętam jego upaćkaną,
pulchną twarz i paluszki jak serdelki umazane błotem,
dżemem i pisakami. Zaschnięte smarki pod nosem, roztarte
na policzkach i świeża strużka spływająca wprost do ust.
Wiecznie zaśliniony, z jedzeniem poprzyklejanym do ubrania
i twarzy, włosy posklejane syropem malinowym i zaschnięty
brud pod paznokciami. Dziurawe skarpetki i brudne uszy.
Pamiętam, jak jego mama wciąż biegała za nim ze ściereczką
i ciuchami na zmianę. Pamiętam też, jak go karmiła, a on
pluł jedzeniem przed siebie opryskując cały stół i podłogę,
bo ciągle krztusił się herbatą.

Nie lubiłam go. Skutecznie mnie odpychał. Brzydziłam się
go i wstydziłam. Później tak jak on, nosiłam fartuszek.
On żeby się nie pobrudzić, a ja, żeby on nie pobrudził mnie.
Wychowywaliśmy się razem. Widywałam go codziennie
i obserwowałam, jak pomału zmienia się z dziecka
w chłopaka, z nastolatka w mężczyznę. Później nasze drogi
się rozeszły i chyba żadne z nas nie ubolewało specjalnie
nad tym faktem. Nie widziałam go wiele lat i przez cały
ten czas, ani razu o nim nie pomyślałam.

Spotkaliśmy się ponownie całkiem niedawno. Przyszedł do mnie
kilka dni temu. Spojrzał na mnie, zrobił wielkie oczy i rozchylił
wargi. Po chwili zorientował się jak głupią ma minę i uśmiechnął
się, żeby jakoś zatuszować ten nietakt. Przywitał się nieśmiało
i ostrożnie przysiadł na brzegu mojego łóżka. Przez chwilę
mówił nieskładnie coś o sobie, o żonie i dzieciach, gładząc
przy tym fałdki na białym prześcieradle. Nie pytał co u mnie.
Z lśniącej, skórzanej, czarnej aktówki, zamykanej na złote
zatrzaski wyjął podniszczony album ze zdjęciami. Otworzył go
i po kolei pokazywał mi fotografie z dzieciństwa. Z naszego
dzieciństwa. Nie chciałam ich oglądać, ale nie powiedziałam
mu tego. Wszystkie te obrazy, zakopane gdzieś głęboko w mej
pamięci, wracały co noc i tłukąc się w czaszce ponaglały oddech.
On nie rozumiał, mówił i śmiał się dalej. Przyglądałam mu się
w milczeniu i patrzyłam ze smutkiem jak drżą mu dłonie i dolna
warga. Nie chciał tu być. Ja też. Naprawdę, cholera, najbardziej
na świecie nie chciałam tu być.

W dzieciństwie drwiłam z niego, brzydziłam się nim i zupełnie
się z tym nie kryłam. Wytykałam go palcem i poniżałam przed innymi.
Dzieci są okrutne. Ja też taka byłam. Teraz z tamtego chłopca nie
zostało już nic. Wyprasowana, śnieżnobiała koszula zastąpiła brudny
fartuszek, a pozlepiane, malinowe włosy-krótko przystrzyżona fryzura.
Był ogolony i miał idealnie dopasowane spodnie z lekkim kantem.
Zawsze uważałam, że facet w spodniach z tweed'u wygląda staroświecko,
ale on prezentował się w nich naprawdę nieźle. Czyste, równiutko
spiłowane paznokcie i otulający go zapach perfum, powiewający morską
bryzą. Tamten chłopiec uśmiechał się już tylko na wyblakłych,
prześwietlonych fotografiach. Teraz siedzi przy mnie inny człowiek.
Tamtej dziewczynki też już nie ma. Zamknięta w nieruchomym ciele
wypełnia bezsenne noce niemym krzykiem i niewidzącym wzrokiem,
parzy w ślepą przyszłość. Tylko co jakiś czas otula oczy suchymi
powiekami i spogląda na piegi na nosie, które jeszcze pamiętają ciepłe,
słoneczne dni.

8 maja 2009

zniewoleni

Zauważyłeś, że wszyscy pierwszoklasiści piszą tak samo?
Stawiają identyczne, wielkie, rozchwiane litery, starając
się wcisnąć je w ciasne linie i kratki. Wielkie bazgroły,
które dziurawią papier, przebijają na drugą stronę lepkim
tuszem i zdają się ważyć tonę. W wymiętym zeszycie roi się
od błędów, skreśleń, kleksów. Nie ma w nim miejsca i czasu
na białe plamy korektora i rysunki na marginesie.

Zauważyłeś, że wszyscy starzy ludzie piszą tak samo?
Haczykowate, pokurczone, litery z wpadniętymi brzuszkami,
tak ostre, że gdybyś wyciął je z papieru, pewnie poraniłyby
Ci palce. Lista zakupów, spis rachunków do zapłacenia,
składników na ciasto bakaliowe-wszystko zapisane czarnym
flamastrem, żeby móc przeczytać to bez okularów.
Zapisują to wszystko na pociętych kartkach z tych
ściennych kalendarzy z przesuwanym okienkiem,
żeby nie marnować papieru.
Ja nigdy takiego nie miałam, ale pewnie kiedyś
i u mnie zawiśnie ten cud techniki.

A zauważyłeś jak piszą wszyscy Ci, którzy są pomiędzy?
Każdy inaczej. Po swojemu.

A wiesz jak pachnie skóra dziecka? Nie przesiąknięta
jeszcze potem, strachem, brudem? Taka czysta, miękka,
gładka i jednolita. Tym zapachem można się zachłysnąć
i stracić oddech na chwilę. Słodki jak cukier
i delikatny jak powietrze.

A wiesz jak pachnie skóra starego człowieka? Czujesz
starość, szarość, pot i ogólne zmęczenia materiału,
nieświeży oddech. Zmiany pigmentowe na pomarszczonej,
suchej skórze i te zamglone oczy.

Zniewoleni w zapachu własnego ciała,
literach dużych i małych.

5 maja 2009

jesteśmy specjalistami

Wśród lekarzy z toksykologii krąży takie powiedzenie:
"Powiedz mi co wziąłeś, a powiem Ci kim jesteś."
I faktycznie, każdy z nas jest kimś innym. Każdy, wiesz?

Relanium plus środki nasenne-wszystko w dużych dawkach.
Jeśli to wziąłeś-jesteś kobietą. Jeśli jesteś mężczyzną,
to na pewno nie masz jaj.

Pomieszane z poplątanym, czyli całe bogactwo Twojej apteczki.
Nieważne czy to antybiotyki, witaminy, leki przeciwbólowe,
czopki, czy zastrzyki-łykasz wszystko jak gęś, bo myślisz,
że tak będzie kolorowiej. Jeśli zjadasz co popadnie, to jesteś
głupią nastolatką, która nie zna się na lekach, boi się śmierci
i płukania żołądka.

Leki Twoich starych, albo dziadków-na depresję, podagrę,
stwardnienie rozsiane, kataraktę i tym podobne pierdoły.
Jeśli Twoi starzy się leczą, to znasz skład ich leków na pamięć,
a Twój ulubiony fragment z ulotki, to "działania niepożądane"
i "przedawkowanie". Bóle brzucha. Nudności. Wymioty. Biegunka.
Zaparcia. Utrata przytomności. Padaczka. Śpiączka. Ślepota.
Nigdy nie piszą "śmierć"-sam musisz wiedzieć, jak osiągnąć taki
efekt. I wiesz. Jesteś w końcu specjalistą.

Barbiturany. Nie jesteś samobójcą, tylko ćpunem. Będziesz wracał
tu za każdym razem, kiedy ktoś zauważy, że przedawkowałeś, bo na
zajebistym tripie masz omamy i bełkoczesz bez sensu.

Metadon. Co wolisz: metadon, czy heroinę? Biorąc to pierwsze,
nie zapomnisz o drugim. Metadon to gówno. Jak już ćpasz,
to porządnie. He-ro-i-na. Do zobaczenia na następnym haju.

Wiesz, właściwie mogłabym wymieniać wszystkie leki i narkotyki
po kolei, układać je w różne kombinacje, dolewać do nich trochę
alkoholu, albo nawet denaturatu, dla odważniejszych, po prostu
bardziej spragnionych i mało wymagających, ale to bez sensu.
Opowiem Ci jedną historię.

Była tu kiedyś pewna dziewczyna. Niebrzydka. Wysoka szatynka,
o ciężkich, lśniących, zdrowych włosach. Miała śniadą karnację
i piegi na nosie. Właściwie nie była zjawiskowa, ani ciekawa.
Właściwie była zwykła. Niczym się nie wyróżniała na zewnątrz,
tutaj jednak była sensacją. Zdziwiło mnie, że taka zadbana
dziewczyna znalazła się w takim miejscu. Wiesz, ci wszyscy
ćpuni, lekomani, samobójcy z powołania, którym się wydaje,
że mają po siedem żyć i wszystkiego muszą spróbować. Ona nie
miała pociętych rąk, ani nóg, nie miała blizn po niedopałkach,
ani agrafek w ustach. Nie miała nawet tatuaży, ani kolczyków.
Była zwykła, a jednak taka inna.
Kiedy pojawia się taka dziewczyna na szpitalnym korytarzu,
to każdy z nas chce wiedzieć kim ona jest, zdaniem lekarzy.
My sami już dobrze wiemy, kim jesteś jeśli powiesz nam co wziąłeś.
Ona z nikim nie chciała rozmawiać. Zakładaliśmy się o to,
co wzięła. Kilka osób twierdziło, że jest modelką i bierze
tylko fetę, żeby nie paść na wybiegu. Pasowałoby.
Inni twierdzili, że jara trawkę z haszem, a później daje dupy
za pieniądze. Pasowałoby.
Jeszcze inni uważali, że to po prostu jedna z tych "normalnych",
którzy trafili tu przypadkiem, bo zatruli się nieświadomie.
Nie pasowałoby. Nie rzygała. Nie słaniała się na nogach. Nie
trzymała się za brzuch. Ona po prostu wkroczyła na szpitalny
korytarz w piżamie w różowe misie i grzecznie położyła się
w wyznaczonym dla niej łóżku.

Ja z Weroniką uważałam, że przedawkowała i jest specjalistką.
Była zielona na twarzy. Pasowałoby. Poza tym, z jej oczu i spod
wachlarza tych zalotnych, wytuszowanych rzęs, wyzierało spojrzenie
małej kurwy. Pewnie się załamała, że dała już dupy całemu liceum,
chciała odlecieć i nigdy nie wylądować. Pasowałoby.

Po kilku dniach ją wypisali. Wiedziała, że obstawiamy, co wzięła.
Gardziła nami. Ubrała się w swoje modne ciuchy, skrojone jakby
specjalnie na nią, pasujące na tylko jedną osobę na świecie,
wcisnęła wszystkie swoje rzeczy do zielonej walizki na kółkach,
firmy "Samsonite" i zarzucając biodrami jak struś, wyszła.
Kroczyła wolno korytarzem, do szklanych drzwi, za którymi
zaczynał się normalny świat-ten, od którego tak bardzo chcieliśmy
uciec, ten, za którym każdy z nas był taki sam.
Wytrzeszczone, przećpane oczy całego oddziału, z których zamiast
łez płynął alkohol, nadtlenek wodorku, spirytus salicylowy, albo
denaturat, żegnały ją i odprowadzały tam, gdzie my nie chcieliśmy
się znaleźć na dłużej nigdy. Zatrzymała się przed drzwiami
i przez chwilę stała do nas tyłem, szukając czegoś w małej
torebce Viton'a. Widzieliśmy w szybie jej odbicie, to, jak
marszczy brwi i zagryza usta. Rzuciła małą kartkę na podłogę
i wyszła, trzaskając drzwiami do naszego świata. Podbiegliśmy tam,
gromadząc się w ciasnym kółku dookoła kartki jak zwierzątka, które
jeśli trzeba wejdą sobie na głowę, żeby tylko zaspokoić swoją
ciekawość. Każdy z nas bał się schylić. Patrzyliśmy na zmięty
kawałek papieru w kratkę, okolony ciasnym murem naszych
kolorowych kapci. Wreszcie Sylwia podniosła kartkę z ziemi,
spojrzała na nią, przesunęła wzrokiem po tekście i odeszła.
Każdy po kolei robił to samo. Wyglądało to jakbyśmy stali
w kolejce po sakrament, tylko, że każdy brał go sobie sam
i po chwili miał go w dupie. W końcu, wiadomość od nowej
przeczytała Weronika. Podniosła wzrok, odszukała mnie w tłumie
i uśmiechnęła się.

- Wygrałyśmy, ale nie do końca.-Powiedziała do mnie.
- Jak to nie do końca?
- Wzięła fenodrom w bardzo dużych dawkach, domieszała
siedmiokrotną dawkę fluoksetyny i popiła nieoczyszczonym
spirytusem. Niezła jest.
- Cholera, czyli nie dawała dupy.
- No. Szkoda, kurwa, bo to by do niej pasowało.
- No, pasowało...-Powiedziałam smutno i poszłyśmy do swojego pokoju.

Później, słyszałam jak facet z OIOMu mówił o tej dziewczynie, że
nigdy jeszcze nie widział tyle spermy w trakcie płukania żołądka.
Nie musisz nawet mówić co wziąłeś, nie musisz mówić nawet
kim jesteś. My to wiemy. Popatrz jak wyglądasz. Jesteśmy
specjalistami. Wygrałyśmy. Do zobaczenia na następnym haju.

26 kwietnia 2009

wanna

Leżała naga w wannie, wypełnionej do połowy wrzątkiem.
Prawą stopę oparła o zewnętrzną krawędź, na tle ciemnej
ściany kafelków widać było wyraźnie, jak nad jej skórą
unosi się gęsta para. Druga stopa spoczywała na dnie,
a żyły w niej pulsowały gorącą krwią. Lewe udo oparła
o ścianę wanny, a jej kolano spoczywało dokładnie pod kranem,
z którego co jakiś czas spadała zimna kropla wody. Z samej góry
jej czoła spływały krople potu, wędrowały dalej po jej rozpalonych
skroniach i wzdłuż nosa, a później wpadały do rozchylonych,
suchych ust, albo drżały chwilę na jej brodzie i spadając
rozpryskiwały się na rozgrzanym dekolcie. Serce tłukło się
o jej żebra z ogromną siłą, oddychała ciężko i płytko,
coraz trudniej było jej złapać rześki tlen w płuca.
W końcu wstrzymała oddech zupełnie i osuwając się plecami po
gładkim brzegu wanny, zanurzyła się cała pod wodą. Skulona na boku
jak embrion, leżała tak przez dłuższą chwilę, zakrywając twarz rękami.
Nie mogła już wytrzymać ciśnienia w swojej głowie, czuła na czaszce
każdą żyłę, tętnicę, które drżąc, stawały się coraz szersze i szersze.
Pękła wreszcie. Wynurzyła się z wody i płacząc zaciągnęła się
silnie powietrzem, jak nowo narodzone dziecko.

I po co Ci była ta szopka, kretynko?
On i tak przyjdzie i zapyta gdzie byłaś dzisiaj w nocy.

20 kwietnia 2009

cukier

Siedzieli przy stole naprzeciwko siebie i milczeli.
Ona złotą łyżeczką usypywała małe, białe górki w cukierniczce,
później wygładzała je zupełnie, rozchylając przy tym usta
i zamykając je dopiero, kiedy pojedyńcze kryształki zdawały
się ściśle do siebie przylegać.
On przesuwał w palcach koronkowy rąbek obrusu-od prawej
do lewej, tak daleko jak sięgnął nie ruszając się z miejsca-
i z powrotem. Wahadło zegara leniwie wybijało kolejne kwadranse
i cichym tykaniem płynęło dalej po tarczy.

- To nie ma sensu.-Powiedziała wreszcie ona, upuszczając
z łyżeczki ostatnie ziarenko cukru.
- Co?-Zapytał on, nie odrywając wzroku od obrusu.
- My.
- Ach my... Tak...-Odpowiedział, ściągając brwi, pochylając
głowę i wbijając wzrok w obrus tak, jakby nagle dostrzegł
w nim coś niezmiernie interesującego.
- Wyjdź.- Powiedziała ona spokojnie, wygładzając cukier łyżeczką.
On milczał. Coraz szybciej przesuwał koronkę w palcach.
Wreszcie szarpnął obrus gawałtownie i zerwał go z blatu stołu.
Cukierniczka roztrzaskała się na podłodze wśród brzęku porcelany.
Wyszedł, rozgniatając butem skrzypiący cukier rozsypany na kafelkach.
Ona wbiła wzrok w podłogę. Mrówki podkradały jej cukier i znikały
szeregiem pod kuchenną szafką.

30 marca 2009

ślimak

Siedziałam na mokrym krawężniku przed Twoim domem.
Słońce odbijało się w rozlanej przede mną kałuży
i raziło ostrym światłem w oczy. Co jakiś czas
tonęło w chmurach i pozwalało mi na moment odpocząć.
Między moimi stopami, na samym środku kałuży leżał kapsel
od tymbarka, co jakiś czas tylko, kiedy zawiał wiatr, unosił się
lekko na płytkiej wodzie, dryfował i kręcił się przez chwilę.
W stronę kałuży wolno i ślamazarnie sunął ślimak.
Miał żółtą muszlę z czarnym paskiem podkreślającym
każdy fantazyjny wywijas, która lekko kołysała się na boki
w czasie jego mozolnej wędrówki. Zostawiał za sobą ścieżkę
wilgotnego śluzu, wyglądało to jak ślina rozmazana butem na asfalcie.
Patrzyłam na niego i zastanawiałam się jak to jest dźwigać
wciąż swój dom na plecach, ciągnąć go wszędzie za sobą jak
wędrowny cygan swój roztańczony wóz. Nie możesz go zrzucić
z pleców nawet na chwilę, nie wychodzisz z niego nigdy tak naprawdę.
Wlecze się za Tobą z dziurawym dachem, pomazanymi oknami
i zakurzonym stołem, razem z brudem wmiecionym pod dywan
i pajęczynami zza szafy. Idziesz wciąż dalej, żeby uciec
i złapać oddech, a on skrzypiąc drewnianą podłogą podąża
za Tobą i kiedy się zatrzymujesz zamyka Cię w środku
zasłaniając niebo.
Ślimak wszedł do kałuży. Wiatr co chwilę podmywał go od spodu,
kołysał nim na boki i okręcał lekko, wpychając go pod wodę,
ale on szedł dalej. W końcu upadł pozostawiając nad wodą
tylko kawałek barwnej muszli. Jego ciało falowało bezwładnie
jak zwłoki. Patrzyłam na niego jak starał się wysunąć różki
ponad powierzchnię, ale woda była zbyt głęboka.
Wtedy przyszedłeś Ty i w roztargnieniu wszedłeś w kałużę zdeptując
ślimaka. Lekki trzask pękania muszli ginący pod Twoim butem.
Poślizgnąłeś się na mokrych zwłokach ślimaka, podniosłeś but
i spojrzałeś na podeszwę.

- Oblecha, kurwa.-Powiedziałeś strząsając ślimaka i maskując
obrzydzenie wymuszonym uśmiechem.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na to, co zostało ze ślimaka.
Kawałki muszli powbijały się w jego ciało i sterczały jak kolce,
a pozostałe pływały dookoła. Nawet w ostatniej chwili
jego życia, dom dał znać o sobie, werżnął się w jego ciało
przebijając głowę ostatnim wspomnieniem. Może tak miało być?

- No chodź.-Powiedziałeś ciągnąc mnie za łokieć.
- Moment.- Odpowiedziałam. Wyłowiłam z kałuży zielony kapsel,
odwróciłam go i przeczytałam: "Uważaj na niego". Nie wiem
do kogo to było.

Chwyciłeś mnie za rękę i odeszliśmy stamtąd.
Nad naszymi głowami przefrunął żółty motyl i zapachniało cytryną.

- Czujesz?-Zapytałam.
- Co?
- Nieważne...

20 marca 2009

czekanie

Siedział na ławce i nerwowo tupał nogą.
Było ponuro, zimno i wiał przeszywający,
lodowaty wiatr. Nikt poza nim nie wpadłby dzisiaj
na tak absurdalny pomysł, jak marznięcie na ławce,
zwłaszcza, że zanosiło się na deszcz. On jednak, choć
zniecierpliwiony, siedział wciąż w tym samym miejscu.
Co jakiś czas rozglądał się we wszystkie strony,
przyglądał się uważnie każdemu, kto przechodził
obok niego, po czym spoglądał na zegarek, przylizywał włosy
opadające mu na twarz, zwieszał na chwilę głowę, by zaraz
znów unieść ją i się rozjerzeć. Wyraźnie na kogoś czekał,
ale nikt nie nadchodził. Park pustoszał coraz bardziej,
wszyscy gnani czasem i pogodą, pozamykali się w domach,
barach lub ramionach bliskich. Nie wiem ile czasu spędził
na tej ławce. Chłód nadchodzącego wieczoru złośliwie szczypał
go po policzkach i rozkwitał na nich pąsowym rumieńcem.
Obserwowałam go przez dłuższą chwilę. Strasznie intrygowało
mnie kim jest ktoś, kogo tak nerwowo wypatruje. Podeszłam do niego.
Siedział ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w zegarek,
przesuwając wolno palec po jego tarczy.

- Cześć.-Powiedziałam.
Poderwał się z ławki i spojrzał na mnie wielkimi,
orzechowymi oczami wypełnionymi ogromną nadzieją,
sącząca się jeszcze gdzieś zza czarnych źrenic.
- To ty?-Zapytał bez mrugnięcia okiem i nie zamykając ust.
- Chyba nie.-Odpowiedziałam.
Uniósł brwi w zaskoczeniu, po czym ściągnął je przygryzając
dolną wargę i opuścił w rezygnacji głowę.
- Na kogo czekasz?-Zapytałam i sięgnęłam do kieszeni kurtki
po papierosy, żeby ukryć jakoś swoje zażenowanie.
- Nieważne. Nie przyszła, a ja marznę tu jak palant.
- Kobiety...
- Nie, wiosna.-Odpowiedział i kopiąc kapsel od piwa,
odszedł.
Usiadłam na jego miejscu, rozejrzałam się po parku,
spojrzałam na zegarek i przygładziłam włosy rękami.
Poczekam, może chociaż do mnie przyjdzie.

11 marca 2009

112

Była śliczna i słodka jak Audrey Hepburn za młodu.
Jej twarz wśród przechodniów, wyglądała jak perła,
która nagle, nieśmiało wychylała się z chropowatej,
brudnej muszli. Poruszała się z baletową gracją;
po chodznikach stąpała lekko i zwiewnie, jakby unosiła
się ciut nad ziemią. Kiedy szła, jej zgrabne, długie nogi,
utkane w pastelowe pończochy, kusząco wychylały się
spod zrębów spódnicy. Maleńkie, wąskie stopy, schowane
w kolorowe pantofelki, z lekkim stukaniem opadały na chodnik.
Zawsze też unosił się za nią lekki zapach perfum,
który nawet w chłodne dni, przywoływał karmione słońcem
pomarańcze i pola żółtych tulipanów.
Dzisiaj się spieszyła. Wiatr co chwilę wciskał jej do oczu
pukle pszenno-złotych włosów, miotał jej ubraniem i cieniem,
a aksamitny szal, złośliwie porywał do tyłu, jakby zwodząc
ją w innym kierunku. Staranny makijaż, kołysząca się
na biodrze mała torebka, kremowa bluzka z ekstrawaganckim
żabotem i satynowa sukienka w kolorze czerwonego wina,
podkreślająca jej perfekcyjne kształty. Pospieszne stukanie
obcasów na schodach i aksamitna, mała dłoń
na podrdzewiałej klamce. Szeroki korytarz z wysokim sufitem,
i przepalonymi częściowo świetlówkami, a na końcu-uchylone,
dębowe drzwi-numer 112. Puk, puk, puk-bez odzewu-weszła.


- Hello. I want work. You want me?
- Any job?
- Yes.
- Even blow job?
- Yes.
- You're hired.

4 marca 2009

wróble na pięciolinii

Wróble na trakcjach kolejowych są jak nuty
na pięciolinii. Te pierwsze, skacząc z gracją
po drutach, intonują melodyjne preludium.
Idę wolno wzdłuż torów, a one wzlatują i siadają
w coraz to innych miejscach, ciągnąc melodię dalej,
jakby nie miała końca. Niektóre siedzą rządkiem obok
siebie-są wielokrotnością jednego dźwięku, inne pojedyńczo,
z dala od wszystkich. Te, nagłym krzykiem zderzają się
z ciszą, biegnącą na paluszkach po przewodach.
Jeszcze inne podrywają się nagle do lotu,
tworząc niewygodne pauzy. Niestety, wiele jest
też gawronów, które siadają gdzie popadnie, burząc harmonię
chaotycznym trzepotem skrzydeł, stroszniem piór
i zachrypniętym skrzekiem. Są głuche na krzyki wróbli,
nie słyszą kolejowego grania, nie wiedzą gdzie ich mejsce.
Dzisiaj też przylatuje kilka czarnych ptaszysk, które drąc się
do siebie, psują wszystko, co do tej pory udało się zagrać.
Potłuczone dźwięki skrzypią i brzęczą w moich uszach jak
włochaty chrząszcz majowy. Przyspieszam kroku, żeby ominąć
ten fragment, który już nie jest melodią, tylko skrzępem nut
poplątanych z rozdzierającym krzykiem, ale one, drażniąc wróble,
co chwilę siadają w innym miejscu i klaskaniem aksamitnych,
granatowcyh skrzydeł tną jak nożem powietrze, w którym
jeszcze unosi się mgła kolejowej muzyki. W uszach huczy i dudni
kakofonia w takim natężeniu, że aż nagle rozlega się dzwonienie
w samym środku mojej czaszki, które oznajmia zapelnie się
czerwonej kontrolki. Zaczynam biec, zatykam uszy, ale
im bardziej staram się je zamknąć, tym bardziej tracę równowagę
i potykam się o wszystko, co mam pod stopami. Nie mogę uciec.
Zastrzymuję się więc, opuszczam ręce i schylam się.
Ciskam kamieniami z nasypu, w stronę ptaków.
Nie patrzę gdzie rzucam, po prostu wypryskują z moich rąk
w niebo jak wrzątek z kipiącego garnka, płosząc ptaki i bezowocnie
upadając na tory. Ze złością i rezygnacją wyrzucam ostatni,
największy. Nie staram się już trafić w gawrony, po prostu
pozwalam mu lecieć jak one. Wiruje w górze jak siatka popychana
wiatrem i kręcąc się szybko, opada. Odwracam się i idę w stronę
domu. Nagle za plecami słyszę rozdzierający, smutny krzyk.
Biegnę za nim. Na torach, z otwartym brzuchem, leży mały
wróbel, a obok jego głowa.

3 marca 2009

o niej

Wciąż za mną kroczy. Idzie wolno i cicho
stąpa po chodnikach i dachach, nie wyprzedza mnie,
nie podkłada nóg-zupełnie jakby jej nie było. Wciąż idzie.
Patrzy mi na ręce kiedy maluję rzęsy, stoi za mną
w kolejce po bilet, siada w autobusie na miejscu obok.
Wtedy potrafię ją oswoić.
Kiedy jestem sama-jest ciemno, nie mam już
czym zająć rąk, ani uszu, a oczy same się zamykają-
często siada koło mnie na łóżku i w milczeniu mi się
przygląda. Zastanawiam się wtedy jak bardzo ona istnieje
i czy warto z nią chodzić pod rękę.
Staram się w ciemnościach dostrzec wyraz jej twarzy,
wytrzeszczam oczy, nie mrużąc ich, żeby nie umknął mi nawet
najmniejszy zarys, wyłowiony na ślepo z gęstej ciemni.
Wyciągam rękę przed siebie, ale nie mogę jej dotknąć, dosięgnąć
Ona wtedy, cierpkim, zimnym oddechem zamyka moje powieki
i znika. Rano znów się pojawia. Słyszę cierpliwy tupot
jej stóp i szczękanie łańcucha. Tak bardzo boję się
ją poznać naprawdę.

28 lutego 2009

kocie nawyki

Jak kot przechadzał się własnymi ścieżkami.
Znaczył przy tym teren i robił to tak umiejętnie,
że inni niechętnie odwiedzali jego ulubione miejsca.
W ogóle przypominał kota. Miał duże, błyszczące,
zielone oczy, piorunujące nieufnym spojrzeniem,
przyćmionym pogardą. Poza tym, uwielbiał mleko
i surowe mięso. Nie wiem czy jadł cokolwiek innego.
Lubiłam jak na mnie patrzył, może dlatego, że tak
rzadko to robił. Przebiegał mnie wtedy dreszcz
i czasem miałam wrażenie, że on-widząc to,
mruczy dyskretnie. Dzikość jego spojrzenia przyciągała
mnie jak magnes, chodziłam za nim jak kotka w rui,
wdzięcząc się i łasząc. On był oziębły i hermetycznie
zamknięty na każde moje słowo i gest. Nigdy nie widziałam
jak się uśmiecha, nigdy o nikim nie mówił z uczuciem.
W ogóle mało mówił.
Poznałam go wiosną. Leżał na trawniku w parku i wygrzewał się
w plamach słońca. Światło, przebijając się przez
gałęzie drzew, malowało witrażem wymyślne wzory,
na jego nagim ciele. Leżąc w milczeniu, z zamkniętymi oczami,
wylizywał swoją prawą rękę. Ludzie mijali go pukając się
w czoło i mamrocząc obelgi, on jednak zupełnie nie zwracał
na to uwagi. Dozorczyni z miotłą też nie dała mu rady.
Dopiero trzech policjantów przekonało go, żeby przynajmniej
się ubrał. Ze stoickim spokojem, nie spiesząc się zupełnie,
wciągał po kolei na siebie swoje ubrania. W końcu usiadł
na ławce i mrużąc oczy, spojrzał na przelatujące nad naszymi
głowami wróble, oblizując się tak, jakby patrzył na deser
lodowy, zwieńczony rumianą wisienką.

-Jesteś głodny?
-Tak.
-Trzymaj.-powiedziałam, podając mu świeżą drożdżówkę ze śliwką.
Spojrzał na nią i skrzywił się jak małe dziecko.
-Nie jadam takich rzeczy.

Od tamtego dnia, przychodziłam do parku codziennie.
Nasze rozmowy kończyły się zaledwie po kilu słowach.
Stopniowo nauczyłam się wszystkich jego kryjówek.
Pewnego dnia, powiedział mi, że nikt nigdy się nim tak
nie interesował i że mam dać mu spokój.
Nie potrafiłam. Przychodziłam ciągle w te same miejsca
i widziałam jak coraz bardziej narasta w nim wściekłość,
pomieszana z obojętnością i zaciętym milczeniem.
Wiedziałam, że w końcu sam odejdzie, chociażby dlatego,
że zmieniała się pora roku i słońce już nie tak chętnie
zaglądało do jego miejsc ucieczki.
I stało się. Tamtego dnia, poszłam jak zwykle poszukać go
w zakamarkach miasta. Nigdzie jednak go nie było. Tracąc czas
w autobusach, zdzierając podeszwy o nierówne chodniki,
błądziłam jak ślepiec, wiedziony równie ślepą intuicją.
Wreszcie dopadło mnie zmęczenie i chłód wczesnowiosennego
wieczoru. Poddałam się. Zrozumiałam, że odszedł.
Ze zwieszoną głową poszłam do domu.
Jak zwykle zgasły latarnie na mojej ulicy. Po omacku,
potykając się co chwilę, starałam się dotrzeć do drzwi
wejściowych. Nagle potknęłam się o coś dużego. Schyliłam się.
Leżał bez życia u moich stóp, z sercem na wyciągniętej dłoni.
Więc nie spadł na cztery łapy, a to życie, które właśnie zgasło,
było najwyraźniej jedynym, a nie jednym z dziewięciu.
Nie był więc prawdziwym kotem.

23 lutego 2009

unikaj otwartych okien

Dzisiaj mokry dach mojego domu,
jest mi droższy, niż gorący piasek pod bosą stopą.
Dzisiaj otwieram szeroko okno i z nadzieją patrzę w dół.
Czarne chmury pożarły słońce. Sznurowadła tańczą
na wietrze, farba cichym chrupnięciem odpryskuje z parapetu,
zimne powietrze wdziera się pod bluzkę i chaotycznie
biegnie w dół po plecach.
Jest za wcześnie, w świetle dnia wciąż rosną skrzydła.
Zostawiam otwarte okno.

Trzymam w ręce parasol, żeby dodać sobie odwagi.
Blaszany parapet ugina się leniwie. Jest tak cicho,
że słyszę jak sucha farba upada na chodnik.
Otwieram parasol i wyciągam go przed siebie.
Zimny wiatr szarpie nim na boki. Składam parasol.
Jest za wcześnie.

Czekam aż pójdziesz spać, nie chcę Cię obudzić.
Wreszcie zamykam oczy i biegnę w stronę okna,
żeby wybić się z parapetu i skoczyć, zanurzając się
po sam czubek głowy w falującym, zimnym powietrzu.
Stopy ciężko i niepewnie spadają na dywan,
korytarz dłuży się nadzwyczajnie.
Nagle uderzam głową w podwójną szybę.
Szkło pekając wbija mi się w twarz, rani ręce,
przecina brzuch i nogi, ciepła krew razem z potem
malują bohomazy na moim ciele. Wypadam z okna
i ciężko spadam na chodnik wśród dzwonienia
potłuczonego szkła.

Nie tak to miało wyglądać.
Całe życie myślałam, że najbardziej powinam unikać
otwartych okien. Myliłam się. Nie przewidziałam,
że możesz zamknąć okno, żebym w nocy nie zmarzła.

19 lutego 2009

alfabet i liczenie

"Twe jasne oko jest czymś skończenie pięknym.
Chcę wypełnić je tęczą barw i stadem kaczek,
Zwierzyńcem nowości,
Dla którego obmyślasz nazwę-
Kwietniowa śnieżyczko, korzeniówko,
Mała"


Sylvia Plath "Dziecko" (fragment)

Siedzieli obok siebie w autobusie, śmiejąc się
i trzymając za zmarznięte ręce. Obydwoje mieli
zaczerwienione, obszczypane mrozem nosy i policzki.
Wracali z sanek, które teraz-równie zmęczone-leżały
u ich stóp i w milczeniu, przysłuchiwały się ich rozmowie.

- No to pamiętasz już cały alfabet?
- Noooo..A, be, ce, de, e...ee...
- Ef.
- ce, de, ef...
- Nie. Ce, de, E, EF.

Mały, z drobnymi pomyłkami-błyskawicznie prostowanymi
przez ojca, dotarł wreszcie do końca alfabetu.

- Mogę też po angielsku powiedzieć. Ej, bi, si, di,
i, ef, dżi,(...), zet!
- Po polsku ciągle Ci się myli, a po angielsku bez problemu.
- No tak jakoś...

Bez żadnych pomyłek, mały dotarł do końca alfabetu.

- A liczyć po angielsku też umiesz?
- Tak, do dwunastu. Łan, tu, fri, for, fajf,(...) tłelf!
- Świetnie.
- A nauczysz mnie do dwudziestu, tato?
- Dobrze, to słuchaj. Łan, tu, fri, for, fajf, (...), tłenti.
Tłenti jest ostatnie. Teraz ty.
- Łan, tu, fri, (...), tłelf...Jak to było dalej, tato?
- feeertin, fooortin, fiiiftin..
- Okej. To ty zaczynaj, a ja będę mówił "tin".
- fer..
- tiiin!
- foor..
- tiiin!
- fif..
- tiiin!

(...)

- najn..
- tiiin!
- i ostatnie sam powiedz.
- tłelftin!!!

15 lutego 2009

już wiosna

Pierwszy raz zobaczyłam ją miesiąc temu.
Miała twarz białą jak porcelana, ogromne,
błękitne oczy i purpurowe usta, jak świeża krew.
Pszenne blond włosy wpadały jej do tych pięknych oczu,
ale ona nie zamrugała nigdy ani przez chwilę,
nie odgarniała ich z twarzy. Cały czas była spokojna i piękna.
Od pierwszego spotkania odwiedzałam ją codziennie.
Nie romawiałyśmy. Patrzyłam na nią,
a później odchodziłam bez słowa.
Ona też spoglądała w moim kierunku,
ale chyba nigdy tak naprawdę nie spojrzała
właśnie na mnie. Byłam jej obojętna,
nawet nie wiem, czy wiedziała, że ją odwiedzam,
że przychodzę właśnie do niej, żeby na nią popatrzeć.
Przez całą zimę spędzałyśmy razem kilka godzin dziennie.
Nigdy nie powiedziała mi jak ma na imię, a ja nigdy
nawet o to nie zapytałam.
Kiedy nadeszła wiosna, jej policzki się zaróżowiły,
a oczy nabrały blasku i odbijały blade słońce.
Przez kilka dni jej nie odwiedzałam.
Zwątpiłam w to, że kiedykolwiek poznamy się naprawdę.
Nie przychodziłam, ale i tak cały czas wypełniała moje myśli.
Poszłam do niej pewnego popołudnia, żeby ostatecznie
się pożegnać. Nie było jej.
Biegłam wzdłuż rzeki, ale nigdzie nie było
śladu jej pszennych włosów, ani kremowej sukienki.
Brodziłam w wodzie, co jakiś czas prąd rzeki zwalał
mnie z nóg. Nigdzie jej nie znalazłam.
Cóż, odpuścił mróz, stopniał śnieg i lód na rzece też
zniknął bezpowrotnie. Zima odeszła na dobre,
a topielce wraz z nią. Już wiosna.

14 lutego 2009

zima

Zadzwonił wieczorem i zaproponował spacer.
Był wczesny, zimowy wieczór, śnieg skrzył się
w bladym blasku latarń, skrzypiał pod butami
jak mak w zębach, a jego świeże płatki przyklejały się
nam do twarzy, włosów, wpadały do ust i oczu.
Szliśmy razem w niewygodnej ciszy, co jakiś czas tylko
uśmiechając się do własnych myśli. On wyraźnie chciał
coś powiedzieć, ale i tak cały czas milczał.
Zerkał na mnie i wzdychał, jakby z pretensją.
W pewnym momencie stanął, spojrzał w niebo
i znowu się uśmiechnął. Nie patrząc na mnie,
powiedział, że lubi kiedy płatki śniegu rozpuszczają
mu sie na rzęsach, a później łzy przymarzają mu do policzków.
Powiedział, że wtedy jest prawdziwa zima.
Nie spoglądając na mnie, wolnym krokiem ruszył przed siebie.
Ja stałam cały czas w tym samym miejscu i patrzyłam na ślady,
które zostawiał na śniegu. Jakoś tak niezdarnie stawiał nogi.
Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam.
W końcu odwrócił się i zaczął iść w moją stronę.
- Co z tobą? Idziesz?
- Właściwie to nie mam ochoty na spacer.
Chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku domu.
Znowu nic nie mówił, cały czas tylko mocno trzymał mnie za rękę.
Stanęliśmy na schodach mojego domu i dopiero wtedy
znowu się odezwał.
- Nie lubisz zimy, co?
- Nie.
- Dlaczego? Zawsze lubiłaś.
- A pamiętasz zimę stulecia, kiedy martwe ptaki spadały z drzew
na zamarznięty śnieg? To była zima.
Wiedział, że nie oczekuję jego odpowiedzi, więc po prostu odszedł
kręcąc głową.

4 lutego 2009

wysoka perspektywa

Lubię patrzeć z góry. Odpowiada mi taka perspektywa.
Kręci mi się w głowie, wiatr wyciska cierpkie
łzy spod powiek. Tynk osypuje się spod stóp, drżą kolana
i ten histeryczny uśmiech. Widzę małe punkty przesuwające
się tam w dole. Odbijają się od siebie jak cząsteczki powietrza.
Poruszają się szybko i chaotycznie, zupełnie bez sensu.
Wypuszczam z ręki jabłko i ciskam nim w przepaść pod sobą.
Po chwili znika mi z oczu. Nie wiem czy ktoś nim dostał w głowę,
czy ktoś je złapał, czy może soczyście rozbryzgało się na ziemi,
ku zdziwieniu przechodniów. Tak bardzo chciałabm to zobaczyć.

Chcę się udusić lodowatym powietrzem, a później roztrzaskać
o chodnik z wielkim hukiem. Chcę, żeby żaden cieć nie mógł
później przez lata wyczyścić chodnika z mojej krwi,
żeby wszyscy znajomi i rodzina unikali tego miejsca.
Jakie to musi być uczucie, taki upadek.

Dotknąć nieba. Dlaczego się nie da?
Chcę stanąć w chmurach tak gęstych,
żeby nic nie widzieć. Oślepnąć i sparzyć się
na popiół od słońca, przemarznąć od śniegu i deszczu,
zostać tam i umrzeć, przy głośnym krzyku ptaków.

"Chciałem być w chmurach, lecz raczej nie będę,
bo ten upadek to prędzej wbije mnie w glebę,
niż w Eden, ale pierdolę, ostatni raz się poświęcę,
bo mogę lecieć przez moment, a to jest dla mnie ważniejsze."

Kisiel "Złamane Skrzydła" (Skrzydła Mixtape vol.2)

Dlaczego stać mnie na śmierć tylko wśród liter, mamo?

21 stycznia 2009

ewenement

Szósta

Wariatka nade mną, przy głośnym akompaniamencie
radia, trzaska talerzami w zlewie. Sąsiad spod
trójki, zawzięcie naparza w rury i drze się,
że "kurwie nogi z dupy powyrywa".

Szósta trzydzieści

Wariatka nade mną cały czas pomywa.
(Robi to codziennie. Siedem dni w tygodniu.
Zupełnie, jakby robiła wcześniej bankiet
na kilkadziesiąt osób. No.
Siedem, kurwa, dni w tygodniu.)

Szósta czterdzieści pięć

Sąsiad spod trójki, waląc stopami o schody
jak słoń afrykański, zmierza pod drzwi wariatki
nade mną. Naparza w nie, drąc się i szarpiąc
za klamkę. Ona, jednak, nie otwiera.

Siódma pięć i trzydzieści dziewięć sekund

Wariatka nade mną przestaje pomywać i wyłącza radio.
Sąsiad spod trójki, ostatni raz się drze:
"Godzina, kurwa, pięć jebanych minut i trzydzieści
kurwa sekund! I tak, kurwa, w kółko! Jebana krowa."

Siódma piętnaście

Sąsiad spod trójki wchodzi pod prysznic. Słyszę,
jak sapie, stęka, pomrukuje i co jakiś czas,
soczyście odkrztusza flegmę.
(Zawsze mnie zastanawia, dlaczego on zawsze czeka
z prysznicem do momentu, aż wariatka skończy pomywać.
Pewnie się boi, że nie będzie miał ciepłej wody.
Tak, to na pewno o to chodzi.)

Siódma trzydzieści

Sąsiad spod trójki głośno płucze sobie gardło.
Co chwilę spluwa wodą, a później przez chwilę kaszle.
Zaraz pójdzie do kibla. Tego nie wytrzymam.

Siódma czterdzieści.

Idę do pokoju obok. Za ścianą, studenci umilają sobie
poranek, stękanym stosunkiem-gdzieś między kawą a tostem.
Całe łóżko trzeszczy, a sprężyny chyba zaraz werżną się
im w dupy lub kolana.
Wytrzymuję do dwóch jej orgazmów. On znowu nie może dojść.
Może jej kolejny orgazm w końcu go podnieci.
Sypią się jak króliki. Ten koleś, to chyba tylko na gumki
zarabia.

Siódma pięćdziesiąt

Był trzeci orgazm. Znowu jej. Coś nie ma koleś szczęścia.
Idę sobie zrobić kawę.

Siódma pięćdziesiąt trzy

Gruba spod piątki drze się na starego. Cudownie smakuje
mi kawa, kiedy się kłócą.

"-Znowu byłeś u tej ździry! Nie wiem, co ty widzisz w tej
chudej szkapie!

-No właśnie widzę, kurwa! U ciebie nawet w dzień
cycków od dupy nie odróżniam!"

Idę sprawdzić co tam u królików.

Ósma dziesięć

Powinnam wychodzić do pracy. Już mi się seks
z kawą pomieszał. Nawet tosta nie zjadłam.
Króliki ucichły. Pewnie pokicały na uczelnię.
Sąsiad spod trójki, od dziesięciu minut ogląda swój
serial na polsacie. Wariatka nade mną poszła po bułki,
a gruba spod piątki, pewnie już się pogodziła ze starym.
Nic tu pomnie-idę do pracy.

Ósma pięćdziesiąt pięć

Wchodzę do mojego biura. Siadam za biurkiem.
Patrzę w okno, a po chwili zaczynam kreślić moim
jednorazowym piórem, ślepą wizję własnej przyszłości.
Nagle do pokoju wchodzi cisza. Stąpa lekko po linoleum
i bezszelestnie zatrzymuje się przy moim krześle.
Przez moment patrzy na mnie swoimi zółtymi oczami,
a po chwili, siada na moich kolanach.
Lubię tę ciszę. Długo jej szukałam.
Niemy kot, to przecież ewenement.

16 stycznia 2009

butelka

Chciałam utopić smutek w butelce wina, bo wódki nie lubię.
Podobno to pomaga, według mnie-to bez sensu. Może i smutek
faktycznie się utopi, ale co z tego, skoro i tak wypiję
go razem z winem? Chyba, że smutki rozpuszczają się w alkoholu,
ale nie wiem na pewno, czy tak jest. Poza tym, przecież nie
pluję smutkiem do butelki, bo piję z kieliszka,
więc jak on się niby ma dostać do środka?
A jeśli nawet, to skąd wiadomo, że na pewno nie zostaje
na dnie i jeśli nie wypiję całej butelki, to później znowu
go połknę i przeniknie mnie na nowo? A może smutki pływają
po powierzchni i wystarczy tylko zaciągnąć się cierpkim
aromatem alkoholu, żeby znowu załamać ręce?
Nie wiem jak jest i czy kiedyś w ogóle się dowiem.
Butelka już pusta, a w głowie jakoś więcej abstrakcji,
niż faktów. Zatykam korkiem butelkę, bo słyszę, że coś
jeszcze tłucze się w środku. Może to tylko szum w moich uszach,
ale nigdy jej już nie otworzę.

14 stycznia 2009

do rytmu

Stanął nade mną w rozkroku, przekrzywił głowę w lewą
stronę i jakoś chamsko się uśmiechnął. Obracał w palcach
zapaliczkę i wiedziałam, że zaraz wyciągnie z kieszeni
pomiętą paczkę papierosów. Patrzył na mnie tępo,
cały czas miał do ust przyklejony ten głupkowaty uśmiech.
Bolały mnie kostki, nadgarstki i tyłek. Siedziałam
na połamanym krześle od wczoraj rana. Nie mogłam
się ruszyć, bo on tak chciał. Nie mogłam się ruszyć,
bo on po prostu miał taki kaprys i sobie tego nie
życzył. Czasem rozmawiał ze mną szeptem i delikatnie,
gładził mój policzek, odgarniał włosy z twarzy
i z namaszczeniem, składał czerstwy pocałunek na moich
spierzchniętych ustach. Po chwili kopał mnie w brzuch,
a ja odbijałam się razem z krzesłem od ściany lub
upadałam od razu, cały czas siedząc. On wtedy śmiał się
tak, jakby oglądał najlepszy w swoim życiu kabaret.
Wiedziałam, co kiedy nastąpi, kiedy mnie uderzy,
a kiedy pogłaszcze. Robił to zawsze w takt muzyki.
Miał świetny gust, ale też bolesne wyczucie rytmu.

9 stycznia 2009

4 palce

There's no secret of dying
just keep on flying

UNKLE-Lonely Soul





Chciałabym, żeby nic nie było istotne. Chciałabym nie
przejmować się tym, że potnę sobie wargi i język, jeśli
poliżę pęknięty kawałek szkła. Chciałabym boso pójść zimą
na spacer i nie myśleć o tym, że odmrożę sobie stopy.
Chciałabym usiąść na dachu trzynastopiętrowego wieżowca,
odbić się nogami i skoczyć na główkę. Leciałabym tak,
kaptur bluzy nadąłby się jak balon, wbijając mi suwak
w krtań, a zimne powietrze, łzą spłynełoby po moim czole.
Nie pomyślałabym, że coś mi się stanie, że roztrzasnę
się jak porcelanowa waza, strącona ze stołu przez koci ogon
i, że jedyne co jeszcze wydostanie się z moich ust,
to strumień słodkiej krwi. Po prostu upadłabym na chodnik,
a po chwili wstałabym, spojrzała w górę i uśmiechnęła się
do ostatniego balkonu.
Na palcach lewej ręki policzę dni, kiedy nic nie było istotne.
Ale nie teraz, teraz nie pamiętam nic. Kiedy sobie przypomnę,
będę przeskakiwać nożem między palcami. Po dłuższej chwili,
kiedy moje skupienie na chwilę stanie obok i uśmiechem
błyśnie na ostrzu noża, skaleczę się w któryś z tych palców.
Boleśnie przypomnę sobie dzień, kiedy nic nie było istotne.
A Ty? Chciałbyś ze mną przejść się czasem po liniach trakcyjnych?
Chciałbyś pójść nago do sklepu i wybrać dla mnie najsłodsze,
kapiące słońcem pomarańcze? Wszedłbyś pod koła pociągu tylko
po to, żeby policzyć wagony od dołu? Ale nie teraz,
dopiero jak nic nie będzie istotne.
Szkoda, że mam tylko cztery palce u lewej ręki.

5 stycznia 2009

7 dni, a później nie liczę

Dzień 1

Cukierki patrzą na mnie z okien wystawowych.
Boli mnie brzuch, cieknie ślina.


Dzień 2

Cukierki nadal patrzą i słyszę jak inni z uśmiechem
odwijają je z papierków, a one szeleszczą kusząco.


Dzień 3

Stoję przed sklepem i patrzę jak tłusta baba pakuje
do siatki grubo ponad kilogram różnych smaków.
Przytykam nos do szyby i spuszczam wzrok.


Dzień 4

Odważyłam się. Wchodzę do sklepu i w myślach wybieram to,
z czym wyjdę, czym będę szeleścić za chwilę i co ciepłem
ust uznam już za swoje.
Jeszcze nie. Wychodzę.


Dzień 5

Znowu sterczę pod sklepem i palcem po szybie wodzę od
czekoladowych, przez orzechowe, aż po truskawkę.
Nie mogę już. Nie wytrzymam.


Dzień 6

Sprzedawczyni wychodzi przed sklep i z uśmiechem wciska
mi do ręki kolorową landrynkę w przezroczystym papierku.
Patrzę na nią, mrugam powiekami i nie wiem co powiedzieć.
Kobieta odchodzi. Jeszcze przez chwilę brzęczy dzwoneczek
nad drzwiami.


Dzień 7

Sklep zamknięty. Światło zgaszone. Przyszłam tylko na chwilę,
żeby popatrzeć. Wyciągam z kieszeni kolorową landrynkę
i przykładam do nosa. Czuję jej słodki zapach. Odpakowuję
ją i oblizuję kilka razy. Jest pyszna, słodka, soczysta
i przypomina mi lato. Zapakowuję ją spowrotem.


Dzień 8 i każdy nastęny

Umiem już bez goryczy patrzeć w okna wystawowe,
lizać cukierki przez papierek lub trzymać je w ustach
tylko przez krótką chwilę. Nie potrzebuję nic więcej,
tak myślę. Poczekam, aż Ty sam przyniesiesz mi paczkę
cukierków, pozwolisz mi zjeść wszystkie-bez papierków.
Na końcu się uśmiechniesz, a mnie rozboli brzuch,
ale bynajmniej nie od Twojego uśmiechu.
No to czekam.

2 stycznia 2009

przeciąg

Nobody sees tears when you're standing in the storm.


Często kiedy pada deszcz w mojej głowie, przypomina mi się
ten wers. Często kiedy pada deszcz w mojej głowie,
puszczam cały track, choć i tak nie wierzę, że God loves ugly,
ale łez na pewno nikt nie widzi, bo nie płyną naprawdę.
Płyną po duszy, nie po policzkach, to lepsze, bo bardziej boli.

Zapraszam ciałem. Do głowy nie wpuszczę i tak nie wejdziesz,
bo nie wiesz którędy. Zapraszam.

Puk puk

Otwarte. Jak zawsze.

Po chwili wychodzisz drapiąc się po głowie.
Zamknij drzwi chociaż, bo wkurwia mnie Twój przeciąg.