Siedziałam na mokrym krawężniku przed Twoim domem.
Słońce odbijało się w rozlanej przede mną kałuży
i raziło ostrym światłem w oczy. Co jakiś czas
tonęło w chmurach i pozwalało mi na moment odpocząć.
Między moimi stopami, na samym środku kałuży leżał kapsel
od tymbarka, co jakiś czas tylko, kiedy zawiał wiatr, unosił się
lekko na płytkiej wodzie, dryfował i kręcił się przez chwilę.
W stronę kałuży wolno i ślamazarnie sunął ślimak.
Miał żółtą muszlę z czarnym paskiem podkreślającym
każdy fantazyjny wywijas, która lekko kołysała się na boki
w czasie jego mozolnej wędrówki. Zostawiał za sobą ścieżkę
wilgotnego śluzu, wyglądało to jak ślina rozmazana butem na asfalcie.
Patrzyłam na niego i zastanawiałam się jak to jest dźwigać
wciąż swój dom na plecach, ciągnąć go wszędzie za sobą jak
wędrowny cygan swój roztańczony wóz. Nie możesz go zrzucić
z pleców nawet na chwilę, nie wychodzisz z niego nigdy tak naprawdę.
Wlecze się za Tobą z dziurawym dachem, pomazanymi oknami
i zakurzonym stołem, razem z brudem wmiecionym pod dywan
i pajęczynami zza szafy. Idziesz wciąż dalej, żeby uciec
i złapać oddech, a on skrzypiąc drewnianą podłogą podąża
za Tobą i kiedy się zatrzymujesz zamyka Cię w środku
zasłaniając niebo.
Ślimak wszedł do kałuży. Wiatr co chwilę podmywał go od spodu,
kołysał nim na boki i okręcał lekko, wpychając go pod wodę,
ale on szedł dalej. W końcu upadł pozostawiając nad wodą
tylko kawałek barwnej muszli. Jego ciało falowało bezwładnie
jak zwłoki. Patrzyłam na niego jak starał się wysunąć różki
ponad powierzchnię, ale woda była zbyt głęboka.
Wtedy przyszedłeś Ty i w roztargnieniu wszedłeś w kałużę zdeptując
ślimaka. Lekki trzask pękania muszli ginący pod Twoim butem.
Poślizgnąłeś się na mokrych zwłokach ślimaka, podniosłeś but
i spojrzałeś na podeszwę.
- Oblecha, kurwa.-Powiedziałeś strząsając ślimaka i maskując
obrzydzenie wymuszonym uśmiechem.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na to, co zostało ze ślimaka.
Kawałki muszli powbijały się w jego ciało i sterczały jak kolce,
a pozostałe pływały dookoła. Nawet w ostatniej chwili
jego życia, dom dał znać o sobie, werżnął się w jego ciało
przebijając głowę ostatnim wspomnieniem. Może tak miało być?
- No chodź.-Powiedziałeś ciągnąc mnie za łokieć.
- Moment.- Odpowiedziałam. Wyłowiłam z kałuży zielony kapsel,
odwróciłam go i przeczytałam: "Uważaj na niego". Nie wiem
do kogo to było.
Chwyciłeś mnie za rękę i odeszliśmy stamtąd.
Nad naszymi głowami przefrunął żółty motyl i zapachniało cytryną.
- Czujesz?-Zapytałam.
- Co?
- Nieważne...
30 marca 2009
20 marca 2009
czekanie
Siedział na ławce i nerwowo tupał nogą.
Było ponuro, zimno i wiał przeszywający,
lodowaty wiatr. Nikt poza nim nie wpadłby dzisiaj
na tak absurdalny pomysł, jak marznięcie na ławce,
zwłaszcza, że zanosiło się na deszcz. On jednak, choć
zniecierpliwiony, siedział wciąż w tym samym miejscu.
Co jakiś czas rozglądał się we wszystkie strony,
przyglądał się uważnie każdemu, kto przechodził
obok niego, po czym spoglądał na zegarek, przylizywał włosy
opadające mu na twarz, zwieszał na chwilę głowę, by zaraz
znów unieść ją i się rozjerzeć. Wyraźnie na kogoś czekał,
ale nikt nie nadchodził. Park pustoszał coraz bardziej,
wszyscy gnani czasem i pogodą, pozamykali się w domach,
barach lub ramionach bliskich. Nie wiem ile czasu spędził
na tej ławce. Chłód nadchodzącego wieczoru złośliwie szczypał
go po policzkach i rozkwitał na nich pąsowym rumieńcem.
Obserwowałam go przez dłuższą chwilę. Strasznie intrygowało
mnie kim jest ktoś, kogo tak nerwowo wypatruje. Podeszłam do niego.
Siedział ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w zegarek,
przesuwając wolno palec po jego tarczy.
- Cześć.-Powiedziałam.
Poderwał się z ławki i spojrzał na mnie wielkimi,
orzechowymi oczami wypełnionymi ogromną nadzieją,
sącząca się jeszcze gdzieś zza czarnych źrenic.
- To ty?-Zapytał bez mrugnięcia okiem i nie zamykając ust.
- Chyba nie.-Odpowiedziałam.
Uniósł brwi w zaskoczeniu, po czym ściągnął je przygryzając
dolną wargę i opuścił w rezygnacji głowę.
- Na kogo czekasz?-Zapytałam i sięgnęłam do kieszeni kurtki
po papierosy, żeby ukryć jakoś swoje zażenowanie.
- Nieważne. Nie przyszła, a ja marznę tu jak palant.
- Kobiety...
- Nie, wiosna.-Odpowiedział i kopiąc kapsel od piwa,
odszedł.
Usiadłam na jego miejscu, rozejrzałam się po parku,
spojrzałam na zegarek i przygładziłam włosy rękami.
Poczekam, może chociaż do mnie przyjdzie.
Było ponuro, zimno i wiał przeszywający,
lodowaty wiatr. Nikt poza nim nie wpadłby dzisiaj
na tak absurdalny pomysł, jak marznięcie na ławce,
zwłaszcza, że zanosiło się na deszcz. On jednak, choć
zniecierpliwiony, siedział wciąż w tym samym miejscu.
Co jakiś czas rozglądał się we wszystkie strony,
przyglądał się uważnie każdemu, kto przechodził
obok niego, po czym spoglądał na zegarek, przylizywał włosy
opadające mu na twarz, zwieszał na chwilę głowę, by zaraz
znów unieść ją i się rozjerzeć. Wyraźnie na kogoś czekał,
ale nikt nie nadchodził. Park pustoszał coraz bardziej,
wszyscy gnani czasem i pogodą, pozamykali się w domach,
barach lub ramionach bliskich. Nie wiem ile czasu spędził
na tej ławce. Chłód nadchodzącego wieczoru złośliwie szczypał
go po policzkach i rozkwitał na nich pąsowym rumieńcem.
Obserwowałam go przez dłuższą chwilę. Strasznie intrygowało
mnie kim jest ktoś, kogo tak nerwowo wypatruje. Podeszłam do niego.
Siedział ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w zegarek,
przesuwając wolno palec po jego tarczy.
- Cześć.-Powiedziałam.
Poderwał się z ławki i spojrzał na mnie wielkimi,
orzechowymi oczami wypełnionymi ogromną nadzieją,
sącząca się jeszcze gdzieś zza czarnych źrenic.
- To ty?-Zapytał bez mrugnięcia okiem i nie zamykając ust.
- Chyba nie.-Odpowiedziałam.
Uniósł brwi w zaskoczeniu, po czym ściągnął je przygryzając
dolną wargę i opuścił w rezygnacji głowę.
- Na kogo czekasz?-Zapytałam i sięgnęłam do kieszeni kurtki
po papierosy, żeby ukryć jakoś swoje zażenowanie.
- Nieważne. Nie przyszła, a ja marznę tu jak palant.
- Kobiety...
- Nie, wiosna.-Odpowiedział i kopiąc kapsel od piwa,
odszedł.
Usiadłam na jego miejscu, rozejrzałam się po parku,
spojrzałam na zegarek i przygładziłam włosy rękami.
Poczekam, może chociaż do mnie przyjdzie.
11 marca 2009
112
Była śliczna i słodka jak Audrey Hepburn za młodu.
Jej twarz wśród przechodniów, wyglądała jak perła,
która nagle, nieśmiało wychylała się z chropowatej,
brudnej muszli. Poruszała się z baletową gracją;
po chodznikach stąpała lekko i zwiewnie, jakby unosiła
się ciut nad ziemią. Kiedy szła, jej zgrabne, długie nogi,
utkane w pastelowe pończochy, kusząco wychylały się
spod zrębów spódnicy. Maleńkie, wąskie stopy, schowane
w kolorowe pantofelki, z lekkim stukaniem opadały na chodnik.
Zawsze też unosił się za nią lekki zapach perfum,
który nawet w chłodne dni, przywoływał karmione słońcem
pomarańcze i pola żółtych tulipanów.
Dzisiaj się spieszyła. Wiatr co chwilę wciskał jej do oczu
pukle pszenno-złotych włosów, miotał jej ubraniem i cieniem,
a aksamitny szal, złośliwie porywał do tyłu, jakby zwodząc
ją w innym kierunku. Staranny makijaż, kołysząca się
na biodrze mała torebka, kremowa bluzka z ekstrawaganckim
żabotem i satynowa sukienka w kolorze czerwonego wina,
podkreślająca jej perfekcyjne kształty. Pospieszne stukanie
obcasów na schodach i aksamitna, mała dłoń
na podrdzewiałej klamce. Szeroki korytarz z wysokim sufitem,
i przepalonymi częściowo świetlówkami, a na końcu-uchylone,
dębowe drzwi-numer 112. Puk, puk, puk-bez odzewu-weszła.
- Hello. I want work. You want me?
- Any job?
- Yes.
- Even blow job?
- Yes.
- You're hired.
Jej twarz wśród przechodniów, wyglądała jak perła,
która nagle, nieśmiało wychylała się z chropowatej,
brudnej muszli. Poruszała się z baletową gracją;
po chodznikach stąpała lekko i zwiewnie, jakby unosiła
się ciut nad ziemią. Kiedy szła, jej zgrabne, długie nogi,
utkane w pastelowe pończochy, kusząco wychylały się
spod zrębów spódnicy. Maleńkie, wąskie stopy, schowane
w kolorowe pantofelki, z lekkim stukaniem opadały na chodnik.
Zawsze też unosił się za nią lekki zapach perfum,
który nawet w chłodne dni, przywoływał karmione słońcem
pomarańcze i pola żółtych tulipanów.
Dzisiaj się spieszyła. Wiatr co chwilę wciskał jej do oczu
pukle pszenno-złotych włosów, miotał jej ubraniem i cieniem,
a aksamitny szal, złośliwie porywał do tyłu, jakby zwodząc
ją w innym kierunku. Staranny makijaż, kołysząca się
na biodrze mała torebka, kremowa bluzka z ekstrawaganckim
żabotem i satynowa sukienka w kolorze czerwonego wina,
podkreślająca jej perfekcyjne kształty. Pospieszne stukanie
obcasów na schodach i aksamitna, mała dłoń
na podrdzewiałej klamce. Szeroki korytarz z wysokim sufitem,
i przepalonymi częściowo świetlówkami, a na końcu-uchylone,
dębowe drzwi-numer 112. Puk, puk, puk-bez odzewu-weszła.
- Hello. I want work. You want me?
- Any job?
- Yes.
- Even blow job?
- Yes.
- You're hired.
4 marca 2009
wróble na pięciolinii
Wróble na trakcjach kolejowych są jak nuty
na pięciolinii. Te pierwsze, skacząc z gracją
po drutach, intonują melodyjne preludium.
Idę wolno wzdłuż torów, a one wzlatują i siadają
w coraz to innych miejscach, ciągnąc melodię dalej,
jakby nie miała końca. Niektóre siedzą rządkiem obok
siebie-są wielokrotnością jednego dźwięku, inne pojedyńczo,
z dala od wszystkich. Te, nagłym krzykiem zderzają się
z ciszą, biegnącą na paluszkach po przewodach.
Jeszcze inne podrywają się nagle do lotu,
tworząc niewygodne pauzy. Niestety, wiele jest
też gawronów, które siadają gdzie popadnie, burząc harmonię
chaotycznym trzepotem skrzydeł, stroszniem piór
i zachrypniętym skrzekiem. Są głuche na krzyki wróbli,
nie słyszą kolejowego grania, nie wiedzą gdzie ich mejsce.
Dzisiaj też przylatuje kilka czarnych ptaszysk, które drąc się
do siebie, psują wszystko, co do tej pory udało się zagrać.
Potłuczone dźwięki skrzypią i brzęczą w moich uszach jak
włochaty chrząszcz majowy. Przyspieszam kroku, żeby ominąć
ten fragment, który już nie jest melodią, tylko skrzępem nut
poplątanych z rozdzierającym krzykiem, ale one, drażniąc wróble,
co chwilę siadają w innym miejscu i klaskaniem aksamitnych,
granatowcyh skrzydeł tną jak nożem powietrze, w którym
jeszcze unosi się mgła kolejowej muzyki. W uszach huczy i dudni
kakofonia w takim natężeniu, że aż nagle rozlega się dzwonienie
w samym środku mojej czaszki, które oznajmia zapelnie się
czerwonej kontrolki. Zaczynam biec, zatykam uszy, ale
im bardziej staram się je zamknąć, tym bardziej tracę równowagę
i potykam się o wszystko, co mam pod stopami. Nie mogę uciec.
Zastrzymuję się więc, opuszczam ręce i schylam się.
Ciskam kamieniami z nasypu, w stronę ptaków.
Nie patrzę gdzie rzucam, po prostu wypryskują z moich rąk
w niebo jak wrzątek z kipiącego garnka, płosząc ptaki i bezowocnie
upadając na tory. Ze złością i rezygnacją wyrzucam ostatni,
największy. Nie staram się już trafić w gawrony, po prostu
pozwalam mu lecieć jak one. Wiruje w górze jak siatka popychana
wiatrem i kręcąc się szybko, opada. Odwracam się i idę w stronę
domu. Nagle za plecami słyszę rozdzierający, smutny krzyk.
Biegnę za nim. Na torach, z otwartym brzuchem, leży mały
wróbel, a obok jego głowa.
na pięciolinii. Te pierwsze, skacząc z gracją
po drutach, intonują melodyjne preludium.
Idę wolno wzdłuż torów, a one wzlatują i siadają
w coraz to innych miejscach, ciągnąc melodię dalej,
jakby nie miała końca. Niektóre siedzą rządkiem obok
siebie-są wielokrotnością jednego dźwięku, inne pojedyńczo,
z dala od wszystkich. Te, nagłym krzykiem zderzają się
z ciszą, biegnącą na paluszkach po przewodach.
Jeszcze inne podrywają się nagle do lotu,
tworząc niewygodne pauzy. Niestety, wiele jest
też gawronów, które siadają gdzie popadnie, burząc harmonię
chaotycznym trzepotem skrzydeł, stroszniem piór
i zachrypniętym skrzekiem. Są głuche na krzyki wróbli,
nie słyszą kolejowego grania, nie wiedzą gdzie ich mejsce.
Dzisiaj też przylatuje kilka czarnych ptaszysk, które drąc się
do siebie, psują wszystko, co do tej pory udało się zagrać.
Potłuczone dźwięki skrzypią i brzęczą w moich uszach jak
włochaty chrząszcz majowy. Przyspieszam kroku, żeby ominąć
ten fragment, który już nie jest melodią, tylko skrzępem nut
poplątanych z rozdzierającym krzykiem, ale one, drażniąc wróble,
co chwilę siadają w innym miejscu i klaskaniem aksamitnych,
granatowcyh skrzydeł tną jak nożem powietrze, w którym
jeszcze unosi się mgła kolejowej muzyki. W uszach huczy i dudni
kakofonia w takim natężeniu, że aż nagle rozlega się dzwonienie
w samym środku mojej czaszki, które oznajmia zapelnie się
czerwonej kontrolki. Zaczynam biec, zatykam uszy, ale
im bardziej staram się je zamknąć, tym bardziej tracę równowagę
i potykam się o wszystko, co mam pod stopami. Nie mogę uciec.
Zastrzymuję się więc, opuszczam ręce i schylam się.
Ciskam kamieniami z nasypu, w stronę ptaków.
Nie patrzę gdzie rzucam, po prostu wypryskują z moich rąk
w niebo jak wrzątek z kipiącego garnka, płosząc ptaki i bezowocnie
upadając na tory. Ze złością i rezygnacją wyrzucam ostatni,
największy. Nie staram się już trafić w gawrony, po prostu
pozwalam mu lecieć jak one. Wiruje w górze jak siatka popychana
wiatrem i kręcąc się szybko, opada. Odwracam się i idę w stronę
domu. Nagle za plecami słyszę rozdzierający, smutny krzyk.
Biegnę za nim. Na torach, z otwartym brzuchem, leży mały
wróbel, a obok jego głowa.
3 marca 2009
o niej
Wciąż za mną kroczy. Idzie wolno i cicho
stąpa po chodnikach i dachach, nie wyprzedza mnie,
nie podkłada nóg-zupełnie jakby jej nie było. Wciąż idzie.
Patrzy mi na ręce kiedy maluję rzęsy, stoi za mną
w kolejce po bilet, siada w autobusie na miejscu obok.
Wtedy potrafię ją oswoić.
Kiedy jestem sama-jest ciemno, nie mam już
czym zająć rąk, ani uszu, a oczy same się zamykają-
często siada koło mnie na łóżku i w milczeniu mi się
przygląda. Zastanawiam się wtedy jak bardzo ona istnieje
i czy warto z nią chodzić pod rękę.
Staram się w ciemnościach dostrzec wyraz jej twarzy,
wytrzeszczam oczy, nie mrużąc ich, żeby nie umknął mi nawet
najmniejszy zarys, wyłowiony na ślepo z gęstej ciemni.
Wyciągam rękę przed siebie, ale nie mogę jej dotknąć, dosięgnąć
Ona wtedy, cierpkim, zimnym oddechem zamyka moje powieki
i znika. Rano znów się pojawia. Słyszę cierpliwy tupot
jej stóp i szczękanie łańcucha. Tak bardzo boję się
ją poznać naprawdę.
stąpa po chodnikach i dachach, nie wyprzedza mnie,
nie podkłada nóg-zupełnie jakby jej nie było. Wciąż idzie.
Patrzy mi na ręce kiedy maluję rzęsy, stoi za mną
w kolejce po bilet, siada w autobusie na miejscu obok.
Wtedy potrafię ją oswoić.
Kiedy jestem sama-jest ciemno, nie mam już
czym zająć rąk, ani uszu, a oczy same się zamykają-
często siada koło mnie na łóżku i w milczeniu mi się
przygląda. Zastanawiam się wtedy jak bardzo ona istnieje
i czy warto z nią chodzić pod rękę.
Staram się w ciemnościach dostrzec wyraz jej twarzy,
wytrzeszczam oczy, nie mrużąc ich, żeby nie umknął mi nawet
najmniejszy zarys, wyłowiony na ślepo z gęstej ciemni.
Wyciągam rękę przed siebie, ale nie mogę jej dotknąć, dosięgnąć
Ona wtedy, cierpkim, zimnym oddechem zamyka moje powieki
i znika. Rano znów się pojawia. Słyszę cierpliwy tupot
jej stóp i szczękanie łańcucha. Tak bardzo boję się
ją poznać naprawdę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)