19 czerwca 2009

Łysy

Choć już dawno skończyła podstawówkę nadal czesała się
w dwa warkoczyki związane na końcach gumkami z biedronką,
motylkiem, albo innym gównem. Kolorowe, znoszone sukienki
i białe skarpetki z koronką. Od dawna passé.
Na nadgarstkach brzęczące, plastikowe bransoletki
z magazynów dla nieletnich i zegarek z cukierków pudrowych.
Codziennie ten sam. Nienadgryziony. Nawet nieliźnięty.
Druciane, pokrzywione okulary z zapaćkanymi szkłami,
ciągle zsuwające jej się z nosa. Poprawiała je wyuczonym
ruchem i bezbłędnie trafiała środkowym palcem w drucik
łączący szybki. Nie goliła nóg, pach, nie używała
antyperspirantów. Z błogim uśmiechem na ustach, mrucząc
coś do siebie i żywo gestykulując, spacerowała dookoła swojego
domu. Czasem bawiła się lalką. Woziła ją wtedy w małym
wózeczku w kolorowe wzory i rozmawiłą z nią. Co jakiś czas
płakała zamiast niej i strasznie przejęta tuliła ją w ramionach.
Dzieciaki się z niej śmiały. Wiadomo. Wytykały ją palcami,
pluły, strzelały do niej z procy i przezywały "Jebnięta".
Normalne. A ona miała to w dupie. Nie wiem, zupełnie się
tym nie przejmowała. Nawet jak kiedyś dostała od Łysego
kamieniem w tył głowy tak mocno, że aż rozciął jej skórę,
a krew przesiąknęła białą sukienkę i kapała z blond warkoczy,
nie powiedziała nic. Zapłakała cicho, pozbierała zabawki
i poszła do domu. Łysy dostał wtedy taki wpierdol od starego,
że że przez dwa tygodnie nie wychodził z chaty. Nawet do budy
go starzy nie puszczali.
A ona już następnego dnia, z ogromnym bandażem na głowie,
krążyła z tym swoim wózkiem po okolicy. W końcu spotkaliśmy
Łysego. Był wkurwiony. Mówił, że rozstrzaśnie Jebniętej
okulary na tym jej krzywym ryju i skróci długi jęzor.
Łysy sam był niezłym popierdoleńcem. Wydawało mu się,
że pozjadał wszystkie rozumy, a naprawdę był tępym matołem
i gdyby nie to, że potrafił się bić po chamsku i brutalnie
jak cholera, to nie umiałby nic. Jak już ktoś mu podpadł,
koniec końców zawsze miał obite gnaty. Z Jebniętą było inaczej.
Ta panna serio nie miała piątej klepki i przez to była dzieckiem
specialnej troski całego osiedla. Oczywiście my nie podpisywaliśmy
się pod tym. My mogliśmy jej nienawidzić, ale po cichu, kiedy
nikt nie patrzy. Generalnie Jebnięta była nieszkodliwa. Chłopaki
z nudów jej dokuczali, a dziewczyny z nudów im w tym pomagały.
Ja byłam tam tylko przelotem i miałam mieszane uczucia.
Nie robiło na mnie wrażenia pierdolenie Łysego o tym jak zmiażdży
Jebniętą. Wiedzieliśmy, że ponad połowa z tego, co gada, to
gówno prawda. Po jakimś czasie jednak Łysy zaczął przeginać.
Więcej ćpał, ciągle był wstawiony i totalnie się nie kontrolował.
Powoli nasza ekipa robiła się coraz mniejsza. Nikomu nie chiało
się słuchać przechwałek tego palanta. Ja też przestałam się z nimi
spotykać. Każdy z nas znalazł dla siebie zajęcie i nie interesował
się resztą. Po jakimś z resztą czasie musiałam stamtąd wyjechać
do domu. Wróciłam tam znowu dopiero dwa lata później. Chudy
i Ola wyjechali z miasta. Młoda wyszła za mąż, bo wpadła z jakimś
typem. Paweł wyjechał za granicę do pracy. Tylko Ola cały czas
pracowała w osiedlowym spożywczaku i od niej wiem to wszystko.
O Łysego nie pytałam, sama zaczęła gadać. Sam fakt, ze siedzi
w więzienu nawet mnie nie zdziwił. Koleś z taką agresją, która
zdawała się być wytatuowana na jego skórze, ćpun i handlarz,
nie mógł dobrze skończyć. Zapytacie za co kibluje? Kutas zwgałcił
i zabił Jebniętą. Przywiązał ją do drzewa, zasłonił oczy i zatkał
usta. Najpierw zerżnął ją jak zwierzę, a potem narysował jej kredą
biały krzyż na czole, odsunął się na kilka kroków i strzelił.
Wykonał egzekucję jak na chorym koniu, ale zasłonił oczy,
które mówiły tak wiele i nic zarazem. Nie wiesz pewnie jak patrzy
na Ciebie koń, który wie, że za sekundę zwali się na ziemię.
Piękne, wielkie, błyszczące, kasztanowe oczy. Ona też takie miała.
No i powiedz sam, kto z nich był bardziej jebnięty?

8 czerwca 2009

pożegnanie

Pamiętam ją. Zawsze z uśmiechem i dobrym słowem na
ustach. Duszę towarzystwa, do której wszyscy garnęli
się jak ćmy do światła. Chętnie opowiadała anegdoty
ze swojego dzieciństwa. O trzech siostrach, rodzicach,
mężu i dzieciach. Przeplatane humorem i wyważonymi
przekleństwami. Nigdy nie była wysoka, ani ładna.
Nie była też bogata, ani wykształcona, ale zawsze
miała dobry humor. Poznałam ją już jako staruszkę.
Poznałam ją już jako żonę, która pochowała męża;
matkę, która pochowała syna i jako siostrę, która
pochowała trzy młodsze siostry. I choć każda jej
zmarszczka powinna wykrzywiać się w bólu i krzyku,
to wszystkie one były wypełnione pogodnym uśmiechem
i spokojnym ciepłem. Miała w sobie jakiś rodzaj magii,
która przyciągała jak magnes i chyba każdy patrząc
na nią, myślał w duchu, że właśnie tak chce iść przez
życie-energicznie i radośnie, przechowując w sercu
wszystkie dobre chwile i dary od Boga, jak biżuterię
w misternie rzeźbionej szkatułce zamykanej na srebrny
klucz. Była człowiekiem, który w każdym nieszczęściu
potrafił doszukać się powodu do radości. Pamiętam jak
opowiadała, że po śmierci jednej z sióstr-Uli,
likwidowali jej rzeczy. Znalazła wtedy w szafie granatowe,
bawełniane spodnie i zamiast wrzucić je do pieca i spalić
jak resztę, wycięła z nich sześć równych kwadratów
i obszyła białą nicią. Na każdym wyhaftowała kwiaty
z ozdobnym ornamentem. Sześć eleganckich serwetek.
Cieszyła się, że mogła zrobić z nich coś ładnego.
I wiem, że do dzisiaj przy większej okazji,
te serwetki skromnie ozdabiają obrus.
W końcu dopadła ją choroba. Kolano, którego nie chciała
leczyć, z każdym rokiem coraz bardziej odmawiało jej
posłuszeństwa. Psuł się też wzrok, a w powietrzu zawisło
widmo zaćmy. Powykrzywiały się też palce, męczone przez
lata ciężką, fizyczną pracą, relaksujące się często
przy szydełkowaniu pięknych serwet i obrusów dla rodziny
i znajomych. Dokuczliwa noga ostatecznie posadziła ją
na wózku. Otoczona zdjęciami bliskich spędzała całe dnie
w swoim małym mieszkanku. Co jakiś czas przychodziła do
niej opiekunka, żeby zrobić zakupy, pranie i trochę
posprzątać. Czasem też pojawiał się ktoś z rodziny,
a ona wtedy aż promieniowała szczęściem i za każdym razem,
z dumą i tym samym entuzjazmem pokazywała fotografie-stare
i nowe i opowiadała historie ze swojego życia.
Przerażał mnie widok jej malutkiego ciała na tym wielkim
wózku. Przerażało mnie to małe mieszkanie, które dla niej
było klatką, a dla mnie tylko chwilowym przystankiem.
Ona mogła tylko zadzwonić do mojego świata, a on i tak często
nie odbierał, bo nie miał czasu. Później i na to brakowało
jej siły. Nie pamiętała numerów, nie widziała cyfr na tarczy,
nie wiedziała co powiedzieć. Nie wiem, ale później już nie
dzwoniła. Było mi jej żal, nie chciałam tego dla niej.
Bolało mnie serce i wszystko w środku, kiedy widziałam jak
powoli gaśnie w niej światło, jak wypala się, jak dogasająca
zapałka. Przestałam ją odwiedzać, bo wszystko we mnie pękało
i rwało się na strzępy, kiedy mówiła, a ściany zdawały się
zacieśniać wokół mnie coraz bardziej i bardziej.
Nie wiem kiedy widziałam ją po raz ostatni. Dzisiaj
dowiedziałam się, że jakiś czas temu złamała biodro i leżała
w szpitalu, a na jej ciele kwitły odleżyny. Nie wiem kto wtedy
z nią był. Nie wiem ile czasu tam spędziła. Nie wiem jak
i kiedy odeszła. Mam żal do siebie, że z zimą krwią odwróciłam
się od niej, że zapomniałam, bo była już stara, schorowana,
że przypominała mi o śmierci, na którą ja miałam jeszcze czas.
Mam żal do siebie, że tyle razy chciałam ją odwiedzić i zawsze
brakowało mi siły i czasu. Ale najbardziej mam do siebie żal o to,
że żałuję dopiero teraz. Ona odeszła, a ja nawet o tym nie
wiedziałam, bo tak szczelnie pozamykałam ten mój świat.
Mam tylko nadzieję, że To Niebo naprawdę istnieje, a ona
przechadza się po nim trzymając za ręce swoje siostry,
przytula syna i rozmawia z rodzicami.
Ciociu, pozdrów ode mnie babcię Ulę. Przepraszam.

2 czerwca 2009

piegi

"Far far, there's this little girl
she was praying for something to happen to her
everyday she writes words and more words
just to spit out the thoughts that keep floating inside
and she's strong when the dreams come cos' they
take her, cover her, they are all over
the reality looks far now, but don't go"


Yael Naim "Far far"




Kiedy go poznałam, miał dwa lata. Ja nie byłam wtedy
wcale dużo starsza, ale dokładnie pamiętam jego upaćkaną,
pulchną twarz i paluszki jak serdelki umazane błotem,
dżemem i pisakami. Zaschnięte smarki pod nosem, roztarte
na policzkach i świeża strużka spływająca wprost do ust.
Wiecznie zaśliniony, z jedzeniem poprzyklejanym do ubrania
i twarzy, włosy posklejane syropem malinowym i zaschnięty
brud pod paznokciami. Dziurawe skarpetki i brudne uszy.
Pamiętam, jak jego mama wciąż biegała za nim ze ściereczką
i ciuchami na zmianę. Pamiętam też, jak go karmiła, a on
pluł jedzeniem przed siebie opryskując cały stół i podłogę,
bo ciągle krztusił się herbatą.

Nie lubiłam go. Skutecznie mnie odpychał. Brzydziłam się
go i wstydziłam. Później tak jak on, nosiłam fartuszek.
On żeby się nie pobrudzić, a ja, żeby on nie pobrudził mnie.
Wychowywaliśmy się razem. Widywałam go codziennie
i obserwowałam, jak pomału zmienia się z dziecka
w chłopaka, z nastolatka w mężczyznę. Później nasze drogi
się rozeszły i chyba żadne z nas nie ubolewało specjalnie
nad tym faktem. Nie widziałam go wiele lat i przez cały
ten czas, ani razu o nim nie pomyślałam.

Spotkaliśmy się ponownie całkiem niedawno. Przyszedł do mnie
kilka dni temu. Spojrzał na mnie, zrobił wielkie oczy i rozchylił
wargi. Po chwili zorientował się jak głupią ma minę i uśmiechnął
się, żeby jakoś zatuszować ten nietakt. Przywitał się nieśmiało
i ostrożnie przysiadł na brzegu mojego łóżka. Przez chwilę
mówił nieskładnie coś o sobie, o żonie i dzieciach, gładząc
przy tym fałdki na białym prześcieradle. Nie pytał co u mnie.
Z lśniącej, skórzanej, czarnej aktówki, zamykanej na złote
zatrzaski wyjął podniszczony album ze zdjęciami. Otworzył go
i po kolei pokazywał mi fotografie z dzieciństwa. Z naszego
dzieciństwa. Nie chciałam ich oglądać, ale nie powiedziałam
mu tego. Wszystkie te obrazy, zakopane gdzieś głęboko w mej
pamięci, wracały co noc i tłukąc się w czaszce ponaglały oddech.
On nie rozumiał, mówił i śmiał się dalej. Przyglądałam mu się
w milczeniu i patrzyłam ze smutkiem jak drżą mu dłonie i dolna
warga. Nie chciał tu być. Ja też. Naprawdę, cholera, najbardziej
na świecie nie chciałam tu być.

W dzieciństwie drwiłam z niego, brzydziłam się nim i zupełnie
się z tym nie kryłam. Wytykałam go palcem i poniżałam przed innymi.
Dzieci są okrutne. Ja też taka byłam. Teraz z tamtego chłopca nie
zostało już nic. Wyprasowana, śnieżnobiała koszula zastąpiła brudny
fartuszek, a pozlepiane, malinowe włosy-krótko przystrzyżona fryzura.
Był ogolony i miał idealnie dopasowane spodnie z lekkim kantem.
Zawsze uważałam, że facet w spodniach z tweed'u wygląda staroświecko,
ale on prezentował się w nich naprawdę nieźle. Czyste, równiutko
spiłowane paznokcie i otulający go zapach perfum, powiewający morską
bryzą. Tamten chłopiec uśmiechał się już tylko na wyblakłych,
prześwietlonych fotografiach. Teraz siedzi przy mnie inny człowiek.
Tamtej dziewczynki też już nie ma. Zamknięta w nieruchomym ciele
wypełnia bezsenne noce niemym krzykiem i niewidzącym wzrokiem,
parzy w ślepą przyszłość. Tylko co jakiś czas otula oczy suchymi
powiekami i spogląda na piegi na nosie, które jeszcze pamiętają ciepłe,
słoneczne dni.