Wiesz, chyba powinniśmy się rozstać.
(cisza)
Nie rozumiesz mnie. Nie umiesz ze mną rozmawiać.
(cisza)
Ciągle mówisz mi, że jestem kapryśna jak mała dziewczynka,
a tymczasem to Ty, kiedy rozmawiamy, rzucasz wszystkim
jak sfrustrowany chłopczyk kredkami i krzyczysz na mnie.
(cisza)
No i dlaczego nawet teraz milczysz? Przecież do Ciebie mówię.
To nie jest mój kolejny wymysł, to jest nasz wspólny problem.
Nie umiemy ze sobą rozmawiać.
(cisza)
Twoja obojętność jest szczytem bezczelności.
(cisza)
Może powiesz mi w końcu co Ci we mnie nie pasuje?
To jak wyglądam? Ciągle mówisz, że jestem gruba.
(cisza)
To jak mówię, jak przeklinam?
(cisza)
To, że zapominam, że wstawiłam ryż
i kipi jak porąbany, tak samo z resztą jak Ty swoją złością..?
(cisza)
Mów do cholery!
(cisza)
Wiem, że śpisz. Nie czułeś nawet jak szepcącym pocałunkiem, mówiłam Ci dobranoc.
Ćwiczyłam tylko mowę. Ty i tak nic nie słyszysz. Nawet jeśli wjechałabym do sypialni
czołgiem i darła się do Ciebie przez megafon, to nie usłyszałbyś mnie.
Nie umiesz mnie już słuchać, nie chcesz po prostu. Tylko dlaczego?
Już na początku powiedziałam Ci, że zniosę wszystko poza brakiem szacunku.
Możesz mnie nie kochać, nienawidzić, przeklinać, ale mnie szanuj.
Ubieram się i wychodzę, zostawiając Cię w ciepłej pościeli.
31 października 2008
zepsuta głowa
Popsuła mi się dzisiaj głowa. Zdenerwowałam się, bo nie mogę przecież
wyjść do ludzi z popsutą głową. Moja głowa jest jak szklarnia,
jak nielegalna plantacja marichuany gdzieś na odludziu.
Nikt nie wie, co tak naprawdę w sobie kryje, jak do niej dotrzeć,
jak pomóc. Oświetlam moją szklarnię światłem idei,
ogrzewam codziennie rano suszarką, dbam o nią i pielegnuję
jak niemowlaka, żeby nie wylać się potokiem myśli, całą sobą
gdzieś na chodniku biegnąc na tramwaj.
Niepokoi mnie, że nie mogę zamknąć uszu, ani nosa.
Głupie myśli znajdą każdy otwór, żeby się nim wydostać
na światło dzienne i wykrzyczeć moje tajemnice.
Oczy mogę zamknąć, ale na jak długo?
Przecież nie dojdę nigdzie z zamkniętymi oczami.
Będę rozbijać się o wszystko jak mucha o szybę w samochodzie.
Dzisiaj popsuła mi się głowa. Coś w niej pękło,
myśli zaczęły się sączyć z nieznanego otworu.
Uciekały tak szybko jak powietrze z przekłutego balonu.
Starałam się rękami zatamować strumień.
Płakałam, bo ręce bolały, ciśnienie zbyt duże, myśli
tryskały z głowy jak gorąca krew z przeciętej tętnicy.
Byłam już na ulicy, płakałam i wiłam się na chodniku jak ranne zwierzę.
Ludzie mijali mnie patrząc jak walczę na przegranej już pozycji.
Pan w kapeluszu, spiesząc się do pracy, kopnął gdzieś
wielką kulę moich myśli. Nadepnął ją i pękła. Jeknęłam.
Dziewczynka na skakance, naskoczyła z impetem na inny kłębek myśli.
Rozpadł się na piasek jak porcelanowa laleczka. Jakaś staruszka,
człapiąc rozpadającymi się butami, nadepnęła na kolejny kłębek.
Przykleił się do jej podeszwy i odszedł razem z nią, gdzieś poza punkt mojego widzenia.
Większość myśli przepadła, skompromitowały mnie przed przechodniami.
Marną resztkę zaczęłam zbierać do torebki.
Zdeptaliście i zabiliście butami moje myśli i uczucia.
Może ten Pan wracając z pracy, odnajdzie w trawie kłębek mojej wiary.
Może dziewczynka, pojawi się znowu na tej ulicy i odda mi moją nadzieję.
Może staruszka, zdejmując buty, odklei od podeszwy zarodek miłości.
Nie mogę przecież chodzić z popsutą głową.
wyjść do ludzi z popsutą głową. Moja głowa jest jak szklarnia,
jak nielegalna plantacja marichuany gdzieś na odludziu.
Nikt nie wie, co tak naprawdę w sobie kryje, jak do niej dotrzeć,
jak pomóc. Oświetlam moją szklarnię światłem idei,
ogrzewam codziennie rano suszarką, dbam o nią i pielegnuję
jak niemowlaka, żeby nie wylać się potokiem myśli, całą sobą
gdzieś na chodniku biegnąc na tramwaj.
Niepokoi mnie, że nie mogę zamknąć uszu, ani nosa.
Głupie myśli znajdą każdy otwór, żeby się nim wydostać
na światło dzienne i wykrzyczeć moje tajemnice.
Oczy mogę zamknąć, ale na jak długo?
Przecież nie dojdę nigdzie z zamkniętymi oczami.
Będę rozbijać się o wszystko jak mucha o szybę w samochodzie.
Dzisiaj popsuła mi się głowa. Coś w niej pękło,
myśli zaczęły się sączyć z nieznanego otworu.
Uciekały tak szybko jak powietrze z przekłutego balonu.
Starałam się rękami zatamować strumień.
Płakałam, bo ręce bolały, ciśnienie zbyt duże, myśli
tryskały z głowy jak gorąca krew z przeciętej tętnicy.
Byłam już na ulicy, płakałam i wiłam się na chodniku jak ranne zwierzę.
Ludzie mijali mnie patrząc jak walczę na przegranej już pozycji.
Pan w kapeluszu, spiesząc się do pracy, kopnął gdzieś
wielką kulę moich myśli. Nadepnął ją i pękła. Jeknęłam.
Dziewczynka na skakance, naskoczyła z impetem na inny kłębek myśli.
Rozpadł się na piasek jak porcelanowa laleczka. Jakaś staruszka,
człapiąc rozpadającymi się butami, nadepnęła na kolejny kłębek.
Przykleił się do jej podeszwy i odszedł razem z nią, gdzieś poza punkt mojego widzenia.
Większość myśli przepadła, skompromitowały mnie przed przechodniami.
Marną resztkę zaczęłam zbierać do torebki.
Zdeptaliście i zabiliście butami moje myśli i uczucia.
Może ten Pan wracając z pracy, odnajdzie w trawie kłębek mojej wiary.
Może dziewczynka, pojawi się znowu na tej ulicy i odda mi moją nadzieję.
Może staruszka, zdejmując buty, odklei od podeszwy zarodek miłości.
Nie mogę przecież chodzić z popsutą głową.
30 października 2008
o pszczołach
Idę do pracy. Element mojej codziennej, nudnej, zastałej, śmierdzącej rutyny.
To nie stabilizacja, ani spełnienie-po prostu nuda.
Czuję się uwiązana. Uwiązana na smyczy mojego czarującego kierownika.
Mam swój numerek, kartę szczepień i swoje miejsce w szeregu.
Napędzam maszynę. Jestem małym trybikiem, który kręcąc się
i pracując w pocie czoła, jak pszczoła w ulu, rzekomo spełnia swoje zadanie
i przyczynia się do rozwoju firmy. Jestem zatem niezbędna i jeśli ja się przewrócę,
to wszyscy inni przewrócą się również, jak klocki domino. Na pewno?
Może nie, ale nawet jeśli nie, to będąc nawet tą pierdoloną pszczołą-jedną z tysięcy,
w tym pierdolonym ulu, napierdalając ten jebany miód, chyba zasługuję na szacunek?
Będąc najmniejszym nawet trybikiem?
Dlaczego zatem przychodzi Pani do sklepu i traktuje mnie jak plebs?
Dlaczego durnie pyta się Pani czy jestem z obsługi, skoro na plecach i na ramieniu
mam wyjebane logo?
Dlaczego zachowuje się Pani jak słoń w składzie porcelany,
wpierdalając się z torebką we wszystkie półki?
I dlaczego przeprasza Pani za to od niechcenia, jakby zaraz miała się Pani zerzygać
tym przypływem kultury osobistej, który i tak do Pani nie pasuje?
Dlaczego potrzebuje Pani pomocy, kiedy akurat tańczę na drabinie?
Dlaczego jest Pani taka niecierpliwa, upierdliwa, sapiąca i z pretensją?
Trybiki są cierpliwe, pszczoły też dużo zniosą. Pracują, żeby nie obudzić
lawiny domino. Niech Pani sobie nie myśli jednak, że może mnie Pani
traktować jak popychadło. Niech szanuje Pani kurwa wszystkie trybiki
i pszczoły, bo bez nas, takie trutnie jak Pani, srałyby pod siebie i dzięki dwóm,
lewym rączkom, umarłyby z głodu. Szanuj kurwa trybiki i pszczoły, babo
i powiedz to też temu kutasowi obok.
To nie stabilizacja, ani spełnienie-po prostu nuda.
Czuję się uwiązana. Uwiązana na smyczy mojego czarującego kierownika.
Mam swój numerek, kartę szczepień i swoje miejsce w szeregu.
Napędzam maszynę. Jestem małym trybikiem, który kręcąc się
i pracując w pocie czoła, jak pszczoła w ulu, rzekomo spełnia swoje zadanie
i przyczynia się do rozwoju firmy. Jestem zatem niezbędna i jeśli ja się przewrócę,
to wszyscy inni przewrócą się również, jak klocki domino. Na pewno?
Może nie, ale nawet jeśli nie, to będąc nawet tą pierdoloną pszczołą-jedną z tysięcy,
w tym pierdolonym ulu, napierdalając ten jebany miód, chyba zasługuję na szacunek?
Będąc najmniejszym nawet trybikiem?
Dlaczego zatem przychodzi Pani do sklepu i traktuje mnie jak plebs?
Dlaczego durnie pyta się Pani czy jestem z obsługi, skoro na plecach i na ramieniu
mam wyjebane logo?
Dlaczego zachowuje się Pani jak słoń w składzie porcelany,
wpierdalając się z torebką we wszystkie półki?
I dlaczego przeprasza Pani za to od niechcenia, jakby zaraz miała się Pani zerzygać
tym przypływem kultury osobistej, który i tak do Pani nie pasuje?
Dlaczego potrzebuje Pani pomocy, kiedy akurat tańczę na drabinie?
Dlaczego jest Pani taka niecierpliwa, upierdliwa, sapiąca i z pretensją?
Trybiki są cierpliwe, pszczoły też dużo zniosą. Pracują, żeby nie obudzić
lawiny domino. Niech Pani sobie nie myśli jednak, że może mnie Pani
traktować jak popychadło. Niech szanuje Pani kurwa wszystkie trybiki
i pszczoły, bo bez nas, takie trutnie jak Pani, srałyby pod siebie i dzięki dwóm,
lewym rączkom, umarłyby z głodu. Szanuj kurwa trybiki i pszczoły, babo
i powiedz to też temu kutasowi obok.
27 października 2008
ratio vs faith
Po kolejnej, ostrej wymianie zdań, nie mogłeś zrozumieć jak to możliwe,
że jestem aż taką irracjonalistką. Przypomniało mi się, jak szliśmy w nocy
do domu z centrum miasta. Patrzyliśmy na gwiazdy. Pokazałeś mi wtedy
Kasjopeję i Strzelca. Rozmawialiśmy o astrologii i numerologii.
Śmiałeś się ze mnie, że wierzę w te bzdury, a ja powiedziałam Ci wtedy,
że nie wszystko da się poznać rozumem i że, choć byś się uparł,
to nie wymyślisz wzoru na spadające gwiazdy. Na chwilę zamilkłeś-
nie przypuszczałeś, że to powiem.
Dzisiaj zamknąłeś się ze złością w swoim pokoju i zabroniłeś mi wchodzić.
Siedziałeś przy biurku. Przed sobą miałeś arkusz papieru w kratkę,
a w ręce ołówek. Nie wychodziłeś przez kilka godzin.
Starałeś się mnie obliczyć. Układałeś wzory, wyciągałeś pierwiastki,
obliczałeś średnie, sumowałeś, mnożyłeś i podnosiłeś do kwadratu
moje cechy charakteru.
W końcu wyszedłeś i powiedziałeś, że z matematyką mam tylko tyle
wspólnego, że ciągle się zaokrąglam.
Oboje wiedzieliśmy jednak, że to ja miałam rację, bo na osobnej kartce,
starałeś się wyprowadzić wzór na spadające gwiazdy i Ci się nie udało.
że jestem aż taką irracjonalistką. Przypomniało mi się, jak szliśmy w nocy
do domu z centrum miasta. Patrzyliśmy na gwiazdy. Pokazałeś mi wtedy
Kasjopeję i Strzelca. Rozmawialiśmy o astrologii i numerologii.
Śmiałeś się ze mnie, że wierzę w te bzdury, a ja powiedziałam Ci wtedy,
że nie wszystko da się poznać rozumem i że, choć byś się uparł,
to nie wymyślisz wzoru na spadające gwiazdy. Na chwilę zamilkłeś-
nie przypuszczałeś, że to powiem.
Dzisiaj zamknąłeś się ze złością w swoim pokoju i zabroniłeś mi wchodzić.
Siedziałeś przy biurku. Przed sobą miałeś arkusz papieru w kratkę,
a w ręce ołówek. Nie wychodziłeś przez kilka godzin.
Starałeś się mnie obliczyć. Układałeś wzory, wyciągałeś pierwiastki,
obliczałeś średnie, sumowałeś, mnożyłeś i podnosiłeś do kwadratu
moje cechy charakteru.
W końcu wyszedłeś i powiedziałeś, że z matematyką mam tylko tyle
wspólnego, że ciągle się zaokrąglam.
Oboje wiedzieliśmy jednak, że to ja miałam rację, bo na osobnej kartce,
starałeś się wyprowadzić wzór na spadające gwiazdy i Ci się nie udało.
naleśniki
Zadzwoniłeś i powiedziałeś, że będziesz za niecałą godzinę,
że jesteś głodny i marzysz tylko o moich naleśnikach z musem jabłkowym.
Pociągnąłeś za sznurki i Twoja marionetka,
posłusznie zeszła więc po schodach do kuchni.
Wyciągnęłam z szafki puszkę z mąką, wzięłam jeszcze cukier, sól.
Podeszłam do lodówki i wzięłam mleko i jajka.
Schyliłam się jeszcze po miskę.
Sięgnęłam po mąkę i zamyślona, wysypałam ją na podłogę.
Spojrzałam na dół. Jakieś dwa kilogramy mąki, leżały sobie
jak gdyby nigdy nic na kafelkach. Ukucnęłam.
Jedną ręką wygładziłam lekko mąkę. Potem zanurzyłam w niej
jeden palec i formując kształtne litery, napisałam "Kocham Cię".
Wstałam, wytarłam ręce o dżinsy i poszłam spać.
Kiedy się obudziłam, było już ciemno.
Usiadłam na łóżku, zapaliłam światło, później zeszłam na dół.
W kuchni nadal ten sam bałagan, bo oczywiście nie mogłeś posprzątać.
Wzięłam więc mleko i jajka, podeszłam do lodówki i odstawiłam je
na swoje miejsce. Zamykając lodówkę, zobaczyłam na kartoniku od mleka
Twoje pismo, ubrane w czarny flamaster. Odwróciłam kartonik.
"Kochasz? To powinnaś wiedzieć, że nie lubię mąki z podłogi".
Wbiegłam po schodach na piętro, szarpnięciem otworzyłam szafę.
Nie było Twoich rzeczy, Twojej walizki, a w łazience na półce
brak Twoich kosmetyków.
Może masz rację, że dwa kilo mąki to wystarczający argument.
że jesteś głodny i marzysz tylko o moich naleśnikach z musem jabłkowym.
Pociągnąłeś za sznurki i Twoja marionetka,
posłusznie zeszła więc po schodach do kuchni.
Wyciągnęłam z szafki puszkę z mąką, wzięłam jeszcze cukier, sól.
Podeszłam do lodówki i wzięłam mleko i jajka.
Schyliłam się jeszcze po miskę.
Sięgnęłam po mąkę i zamyślona, wysypałam ją na podłogę.
Spojrzałam na dół. Jakieś dwa kilogramy mąki, leżały sobie
jak gdyby nigdy nic na kafelkach. Ukucnęłam.
Jedną ręką wygładziłam lekko mąkę. Potem zanurzyłam w niej
jeden palec i formując kształtne litery, napisałam "Kocham Cię".
Wstałam, wytarłam ręce o dżinsy i poszłam spać.
Kiedy się obudziłam, było już ciemno.
Usiadłam na łóżku, zapaliłam światło, później zeszłam na dół.
W kuchni nadal ten sam bałagan, bo oczywiście nie mogłeś posprzątać.
Wzięłam więc mleko i jajka, podeszłam do lodówki i odstawiłam je
na swoje miejsce. Zamykając lodówkę, zobaczyłam na kartoniku od mleka
Twoje pismo, ubrane w czarny flamaster. Odwróciłam kartonik.
"Kochasz? To powinnaś wiedzieć, że nie lubię mąki z podłogi".
Wbiegłam po schodach na piętro, szarpnięciem otworzyłam szafę.
Nie było Twoich rzeczy, Twojej walizki, a w łazience na półce
brak Twoich kosmetyków.
Może masz rację, że dwa kilo mąki to wystarczający argument.
25 października 2008
ars amatoria
Akt I
Scena I
Scena I
W lewym rogu sceny, na niskim, drewianym stoliku,
stoi zapalona lampa (koniecznie z mlecznym kloszem, żarówka 20 wat).
Zupełnie z prawej strony szezlong-kolor burgundu, atłasowe obicie.
Po jednej stronie, przy poduszkach-blaszane, srebrne pudełko.
Obok, na podłodze, rzucona niedbale, książka-otwarta, grzbietem do sufitu.
Za szezlongiem, wieszak drewniany, a na nim czarny melonik z aksamitną wstążką.
Na scenę energicznym krokiem wchodzi Kobieta. Czerwone usta, wytuszowane rzęsy,
łukowate, cienkie brwi, kasztanowe włosy zwinięte w ciasny kok.
Ubrana w satynowe, czarne spodnie 3/4, na czerwonych szelkach,
dopasowana czarna koszula, kabaretki, wysokie, czerwone, zamszowe szpilki.
Wchodzi zatem, układa się na szezlongu w pozycji półleżącej,
bierze do ręki srebrne pudełko. Otwiera je, wyciąga z niego lufkę,
wkłada do niej papierosa Lucky Strike i szybkim ruchem odpala go zapałką.
Siedzi w ciszy. Dym z papierosa plącze się w półmroku nad jej głową.
Po chwili Kobieta siada, spogląda na książkę. Ars amatoria. Wstaje,
spogląda znowu na książkę, patrzy w drugą stronę,
wypuszcza dym z ust, kopie książkę.
Kobieta:
-Jebany teoretyk. Pies kurwa jebał wszystkich facetów!
Podchodzi do wieszaka, nasuwa melonik na oczy i wychodzi.
Kurtyna opada .
24 października 2008
spotkanie przy ławce
Ubiorę się w promienie porannego słońca.
Na głowę założę koronę drzewa i będę królową.
Na uszach pozawieszam sosnowe szyszki.
Chcę dzisiaj wirować w górze razem z liśćmi, które unosi wiatr.
Stanę więc na ławce, zamknę oczy, rozłożę ramiona i poczekam.
Poczekam, aż jakiś podmuch uniesie mnie nad ławkę i posadzi chociaż na latarni.
Spojrzę wtedy w górę i uśmiechnę się, że jestem bliżej nieba.
Więc stoję na ławce i czekam. To nic, że mijają mnie pokpiewające głosy.
Czekam.
A jeśli nie wiatr, to może chociaż Ty mnie stąd zabierzesz?
Czekam.
Zaszło słońce. Jest jeszcze zimniej.
Korona spadła z łoskotem i rozbiła się bolesnym hałasem na mnóstwo kawałków.
Wiatr jakoś ustał nie martwiąc się o mnie, a każdy liść leniwie usnął pod drzewem.
Czekam jeszcze chwilę.
Otwieram oczy i patrzę w prawo.
Patrzę w lewo i widzę Ciebie.
Odchodzisz ze spuszczoną głową i już wiem, co myślisz.
Znowu się wygłupiam.
Nigdy nie miałeś w sobie nic z dziecka.
Może miałeś, ale nie umiałeś się tym cieszyć.
Zeskakuję z ławki i idę w prawo, kopiąc szyszki mokrym butem.
Na głowę założę koronę drzewa i będę królową.
Na uszach pozawieszam sosnowe szyszki.
Chcę dzisiaj wirować w górze razem z liśćmi, które unosi wiatr.
Stanę więc na ławce, zamknę oczy, rozłożę ramiona i poczekam.
Poczekam, aż jakiś podmuch uniesie mnie nad ławkę i posadzi chociaż na latarni.
Spojrzę wtedy w górę i uśmiechnę się, że jestem bliżej nieba.
Więc stoję na ławce i czekam. To nic, że mijają mnie pokpiewające głosy.
Czekam.
A jeśli nie wiatr, to może chociaż Ty mnie stąd zabierzesz?
Czekam.
Zaszło słońce. Jest jeszcze zimniej.
Korona spadła z łoskotem i rozbiła się bolesnym hałasem na mnóstwo kawałków.
Wiatr jakoś ustał nie martwiąc się o mnie, a każdy liść leniwie usnął pod drzewem.
Czekam jeszcze chwilę.
Otwieram oczy i patrzę w prawo.
Patrzę w lewo i widzę Ciebie.
Odchodzisz ze spuszczoną głową i już wiem, co myślisz.
Znowu się wygłupiam.
Nigdy nie miałeś w sobie nic z dziecka.
Może miałeś, ale nie umiałeś się tym cieszyć.
Zeskakuję z ławki i idę w prawo, kopiąc szyszki mokrym butem.
znów o jesieni
Jesień to pora zadumy. Ciekawe, że miarowe stukanie kropli o blaszaną rynnę,
ulice uśpione mgłą, blado oświetlone mętnym światłem latarni,
szybka i zimna ciemność, chwilowa śmierć natury,
mogą i zawsze wprowadzają nas w taki stan. Niewielu jest tych,
którzy lubią tę porę roku, a jednak każdy popada wtedy w jakąś chandrę,
jesienną depresję, albo inny, rzekomo pejoratywny psychostan.
Ale skoro wszyscy płyniemy tym samym nurtem,
to chyba jednak mamy w sercu jakiś element wszechobecnego
marazmu i stagnacji. Kiedy Twoje okna znowu spływają niebem,
naturalne, że nie chce Ci się nigdzie wychodzić. Zostajesz więc w domu,
być może siadasz w miękkim fotelu, z lampką czerwonego wina w dłoni,
patrzysz naprzemiennie w załzawione okna i myślisz.
I jeśli nagle podejdzie do Ciebie Twój pies, lekko oprze swoją głowę
na Twoim ramieniu i przypadkowo wytrąci Ci kieliszek z ręki,
to nie wyrwie Cię to z odrętwienia. Być może pogłaszczesz go tylko po głowie,
spojrzysz w kochające oczy, uśmiechniesz się, a on,
bezszelestnym merdnięciem ogona-odwzajemni uśmiech.
Ciche porozumienie, że wszystko jest w porządku.
Budzi się w Tobie jesień. Po prostu.
ulice uśpione mgłą, blado oświetlone mętnym światłem latarni,
szybka i zimna ciemność, chwilowa śmierć natury,
mogą i zawsze wprowadzają nas w taki stan. Niewielu jest tych,
którzy lubią tę porę roku, a jednak każdy popada wtedy w jakąś chandrę,
jesienną depresję, albo inny, rzekomo pejoratywny psychostan.
Ale skoro wszyscy płyniemy tym samym nurtem,
to chyba jednak mamy w sercu jakiś element wszechobecnego
marazmu i stagnacji. Kiedy Twoje okna znowu spływają niebem,
naturalne, że nie chce Ci się nigdzie wychodzić. Zostajesz więc w domu,
być może siadasz w miękkim fotelu, z lampką czerwonego wina w dłoni,
patrzysz naprzemiennie w załzawione okna i myślisz.
I jeśli nagle podejdzie do Ciebie Twój pies, lekko oprze swoją głowę
na Twoim ramieniu i przypadkowo wytrąci Ci kieliszek z ręki,
to nie wyrwie Cię to z odrętwienia. Być może pogłaszczesz go tylko po głowie,
spojrzysz w kochające oczy, uśmiechniesz się, a on,
bezszelestnym merdnięciem ogona-odwzajemni uśmiech.
Ciche porozumienie, że wszystko jest w porządku.
Budzi się w Tobie jesień. Po prostu.
22 października 2008
pranie
Dzisiaj wyjdę na balkon i porozwieszam swoje smutki na sznurku.
Porozwieszam je jak pranie, bo zupełnie zmokły od łez.
Zatrzasnę na nich klamerki, żeby nie spłynęły i nie uciekły.
Jeśli wyschną, to nie będą mi już zaprzątać głowy.
Wysuszę je więc, poskładam równo w kostkę i schowam na dno szafy.
Rozciągam sznurek. Wyciągam z miski każdy smutek po kolei
i ściskam go klamerką. Kiedy miska jest już pusta,
wchodzę do mieszkania i zamykam za sobą drzwi.
Idę po schodach do swojego pokoju, siadam na łóżku
i bujam się jak wahadło. Patrzę w sufit. Wkurzam się,
że zasłania mi niebo. Uderzam nerwowo palcami w kolana.
Wybijam jakiś nieskomplikowany rytm, ciągle go gubię.
Nie wiem jak długo tak siedziałam bezmyślnie.
Wstałam nagle i szybkim krokiem zeszłam na dół.
Otworzyłam balkonowe drzwi, spojrzałam na suszarkę.
Smutki zniknęły.
Kiedy tak siedziałam bezczynnie, zaczął padać deszcz.
Nieświadoma, wybijałam jego rytm palcami.
To on oszukał moje smutki i kazał im płakać ze sobą.
Nie odróżnię już na kafelkach łez od kropli deszczu.
Zgubiłam moje smutki.
Wrócą w najmniej oczekiwanym momencie.
Zawsze tak jest, a ja nadal nie mogę się nauczyć,
że nawet jednej łzy, nie da się zatrzymać klamerką.
Porozwieszam je jak pranie, bo zupełnie zmokły od łez.
Zatrzasnę na nich klamerki, żeby nie spłynęły i nie uciekły.
Jeśli wyschną, to nie będą mi już zaprzątać głowy.
Wysuszę je więc, poskładam równo w kostkę i schowam na dno szafy.
Rozciągam sznurek. Wyciągam z miski każdy smutek po kolei
i ściskam go klamerką. Kiedy miska jest już pusta,
wchodzę do mieszkania i zamykam za sobą drzwi.
Idę po schodach do swojego pokoju, siadam na łóżku
i bujam się jak wahadło. Patrzę w sufit. Wkurzam się,
że zasłania mi niebo. Uderzam nerwowo palcami w kolana.
Wybijam jakiś nieskomplikowany rytm, ciągle go gubię.
Nie wiem jak długo tak siedziałam bezmyślnie.
Wstałam nagle i szybkim krokiem zeszłam na dół.
Otworzyłam balkonowe drzwi, spojrzałam na suszarkę.
Smutki zniknęły.
Kiedy tak siedziałam bezczynnie, zaczął padać deszcz.
Nieświadoma, wybijałam jego rytm palcami.
To on oszukał moje smutki i kazał im płakać ze sobą.
Nie odróżnię już na kafelkach łez od kropli deszczu.
Zgubiłam moje smutki.
Wrócą w najmniej oczekiwanym momencie.
Zawsze tak jest, a ja nadal nie mogę się nauczyć,
że nawet jednej łzy, nie da się zatrzymać klamerką.
19 października 2008
pogadanka o niczym
Idę przed siebie. Mijam osiedlowy sklep monopolowy,
uśmiechem i lekkim skinieniem głowy, pozdrawiam tutejszych
degustatorów win, z niższej półki. Została godzina do południa,
a dwóch z nich już leży na glebie i w wielkim skupieniu szepczą coś
sami do siebie. Niewiadomo czy to przekleństwa, czy modły, ale dla mnie
to nieistotne. Przyspieszam. W takich monetach nie lubię bloków,
w ogóle ich nie lubię w pewnym sensie. Duszę się, nie mogę patrzeć na odrapane
mury i marne tagi pseudo grafficiarzy. Irytują mnie osikane bramy,
w których całodobowo sterczą obywatele-sportowcy. Browar w łapie
i tani papieros w ustach, z których dodatkowo, co chwilę tryska porcja śliny,
służąca chyba oznakowaniu terytorium. No i te panny-kolczyk z Bema w pępku
świeci jak latarnia morska. Lato, zima, trzydzieści na plusie, czy na minusie-
bez różnicy-światło z latarni obecne jest zawsze, na wierzchu,
dostępne dla wszystkich. Irytują mnie też zasiedziałe stare baby,
które z poduszką pod łokciem i dzielnym, utuczonym, krótkonogim psem,
okiem reportera patrolują ulicę. Taka darmowa telewizja. Reality show,
świeże newsy z dzielnicy.
Mam wrażenie, że ta szarość zaraz mnie połknie,
a techno atakujące mnie z maluchów, co mają cztery rury wydechowe,
przyciemniane szyby i ryk lwa przy stracie, rozpieprzy doszczętnie
moje membrany. I znowu zastanawiam się, jak ktoś
(kto pewnie jest człowiekiem), mógł wymyślić coś takiego, powiedzieć,
że to muzyka i dać to ludziom? Ale fenomen tego zjawiska polega na tym,
że im się to podoba. Rozumiem, ze człowiek jest w stanie przyzwyczaić się
do wszystkiego, ale żeby świadomie zaprzyjaźnić się z jakąś,
niepełnosprawną i daleką krewną muzyki?
Idę coraz szybciej w stronę rzeki.
Denerwują mnie mijający mnie ludzie. Patrzą pod nogi,
nie sprawiają wrażenia myślących, ani wrażliwych, są beznamiętni.
Takie sobie mięso po prostu, jakby to mógł powiedzieć Grochowiak.
Znajduję wreszcie miejsce, gdzie nie ma nikogo. Siadam na trawie. Milczę.
Po chwili spoglądam w górę. Patrzę jak chmury leniwie płyną po niebie,
zmieniają kształty, zlewają się w jedno. Biała jak mleko bita śmietana,
tuż nad moją moją głową. Patrzę na wodę i widzę, jak obłoki tańczą i toną
w niej razem z promieniami słońca. Czubkami palców stąpaja lekko po falach
i znikają mi z oczu. Słyszę krzyk ptaków i szelest motylich skrzydeł.
Znowu patrzę w niebo i zastanawiam się tylko, czemu człowiek,
choć większy, silniejszy i mądrzejszy od motyla, nie ma skrzydeł?
Ktoś kiedyś zapytał mnie po co mi skrzydła, skoro nie potrafię latać,
odpowiedziałam, że do nauki latania. Właściwie to trudno rozwinąć
skrzydła, kiedy podcina Ci je codzienność. Dzisiaj nie polecę na pewno,
idę do domu.
uśmiechem i lekkim skinieniem głowy, pozdrawiam tutejszych
degustatorów win, z niższej półki. Została godzina do południa,
a dwóch z nich już leży na glebie i w wielkim skupieniu szepczą coś
sami do siebie. Niewiadomo czy to przekleństwa, czy modły, ale dla mnie
to nieistotne. Przyspieszam. W takich monetach nie lubię bloków,
w ogóle ich nie lubię w pewnym sensie. Duszę się, nie mogę patrzeć na odrapane
mury i marne tagi pseudo grafficiarzy. Irytują mnie osikane bramy,
w których całodobowo sterczą obywatele-sportowcy. Browar w łapie
i tani papieros w ustach, z których dodatkowo, co chwilę tryska porcja śliny,
służąca chyba oznakowaniu terytorium. No i te panny-kolczyk z Bema w pępku
świeci jak latarnia morska. Lato, zima, trzydzieści na plusie, czy na minusie-
bez różnicy-światło z latarni obecne jest zawsze, na wierzchu,
dostępne dla wszystkich. Irytują mnie też zasiedziałe stare baby,
które z poduszką pod łokciem i dzielnym, utuczonym, krótkonogim psem,
okiem reportera patrolują ulicę. Taka darmowa telewizja. Reality show,
świeże newsy z dzielnicy.
Mam wrażenie, że ta szarość zaraz mnie połknie,
a techno atakujące mnie z maluchów, co mają cztery rury wydechowe,
przyciemniane szyby i ryk lwa przy stracie, rozpieprzy doszczętnie
moje membrany. I znowu zastanawiam się, jak ktoś
(kto pewnie jest człowiekiem), mógł wymyślić coś takiego, powiedzieć,
że to muzyka i dać to ludziom? Ale fenomen tego zjawiska polega na tym,
że im się to podoba. Rozumiem, ze człowiek jest w stanie przyzwyczaić się
do wszystkiego, ale żeby świadomie zaprzyjaźnić się z jakąś,
niepełnosprawną i daleką krewną muzyki?
Idę coraz szybciej w stronę rzeki.
Denerwują mnie mijający mnie ludzie. Patrzą pod nogi,
nie sprawiają wrażenia myślących, ani wrażliwych, są beznamiętni.
Takie sobie mięso po prostu, jakby to mógł powiedzieć Grochowiak.
Znajduję wreszcie miejsce, gdzie nie ma nikogo. Siadam na trawie. Milczę.
Po chwili spoglądam w górę. Patrzę jak chmury leniwie płyną po niebie,
zmieniają kształty, zlewają się w jedno. Biała jak mleko bita śmietana,
tuż nad moją moją głową. Patrzę na wodę i widzę, jak obłoki tańczą i toną
w niej razem z promieniami słońca. Czubkami palców stąpaja lekko po falach
i znikają mi z oczu. Słyszę krzyk ptaków i szelest motylich skrzydeł.
Znowu patrzę w niebo i zastanawiam się tylko, czemu człowiek,
choć większy, silniejszy i mądrzejszy od motyla, nie ma skrzydeł?
Ktoś kiedyś zapytał mnie po co mi skrzydła, skoro nie potrafię latać,
odpowiedziałam, że do nauki latania. Właściwie to trudno rozwinąć
skrzydła, kiedy podcina Ci je codzienność. Dzisiaj nie polecę na pewno,
idę do domu.
17 października 2008
sweter
Obudziłam się rano. Lunatycznie usiadłam na łóżku
i wsunęłam stopy do miękkich kapci.
To wszystko, resztę zrobiłeś Ty.
Najpierw narzuciłeś mi na ramiona sweter utkany ze smutku.
Staranie pozapinałeś każdy guzik.
Później, powoli i starannie włożyłeś mi na głowę czapkę pełną wątpliwości.
Owinąłeś szyję gryzącym szalem wyrzutów sumienia.
Wreszcie założyłeś mi buty, które nie wiedziały gdzie iść.
Nie wytrzymałam, kiedy kazałeś mi wyjść z domu i zamknąłeś drzwi.
Stanęłam na werandzie. Swoim zwyczajem wsunęłam dłonie do kieszeni swetra.
Pod opuszkami prawej dłoni, poczułam zwitek papieru.
Rozwinęłam go. Był pusty, po prostu biały i pachniał końcem.
i wsunęłam stopy do miękkich kapci.
To wszystko, resztę zrobiłeś Ty.
Najpierw narzuciłeś mi na ramiona sweter utkany ze smutku.
Staranie pozapinałeś każdy guzik.
Później, powoli i starannie włożyłeś mi na głowę czapkę pełną wątpliwości.
Owinąłeś szyję gryzącym szalem wyrzutów sumienia.
Wreszcie założyłeś mi buty, które nie wiedziały gdzie iść.
Nie wytrzymałam, kiedy kazałeś mi wyjść z domu i zamknąłeś drzwi.
Stanęłam na werandzie. Swoim zwyczajem wsunęłam dłonie do kieszeni swetra.
Pod opuszkami prawej dłoni, poczułam zwitek papieru.
Rozwinęłam go. Był pusty, po prostu biały i pachniał końcem.
16 października 2008
o klaskaniu
Umówiliście się, że to głupie, że to tchórzostwo. Umówiliście się, że jestem młoda,
że to bezsensu. Mieliście rację, ale ja miałam swoją rację.
Jak Eleonora z Tanga Mrożka, chciałam położyć się na katafalku
i umrzeć. Gdybym tak naprawdę mogła wybrać ten moment.
Połóż się, zamknij oczy i klaśnij dwa razy, żeby umrzeć,
raz, jeśli się rozmyśliłeś.
Raz. Dwa.
Nie wyszło. Jednak żyję. Pozbierałam się jakoś.
Pod schodami chrapie pies. Jestem sama w domu.
Dzisiaj znowu chce mi się klaskać.
Schodzę na dół, żeby zgasić światło i po raz ostatni idę po schodach.
Jeszcze jedna lampka się świeci. Podchodzę i gaszę ją.
Raz. Dwa.
Wiem, że oświetla ramkę ze zdjęciami.
Zapalam ją jeszcze raz. Widzę siebie i siostrę.
Mam może dwa, trzy lata, ona o dwa więcej.
Leżymy w dużym łóżku obok siebie i pod kątem prostym
do małych usteczek, trzymamy butelki napełnione ciepłym mlekiem.
Nad tym zdjęciem, na innym, uśmiecha się dziadek. Takiego go pamiętam.
Raz.
Ty wiesz, jak porozwieszać zdjęcia, mamo.
że to bezsensu. Mieliście rację, ale ja miałam swoją rację.
Jak Eleonora z Tanga Mrożka, chciałam położyć się na katafalku
i umrzeć. Gdybym tak naprawdę mogła wybrać ten moment.
Połóż się, zamknij oczy i klaśnij dwa razy, żeby umrzeć,
raz, jeśli się rozmyśliłeś.
Raz. Dwa.
Nie wyszło. Jednak żyję. Pozbierałam się jakoś.
Pod schodami chrapie pies. Jestem sama w domu.
Dzisiaj znowu chce mi się klaskać.
Schodzę na dół, żeby zgasić światło i po raz ostatni idę po schodach.
Jeszcze jedna lampka się świeci. Podchodzę i gaszę ją.
Raz. Dwa.
Wiem, że oświetla ramkę ze zdjęciami.
Zapalam ją jeszcze raz. Widzę siebie i siostrę.
Mam może dwa, trzy lata, ona o dwa więcej.
Leżymy w dużym łóżku obok siebie i pod kątem prostym
do małych usteczek, trzymamy butelki napełnione ciepłym mlekiem.
Nad tym zdjęciem, na innym, uśmiecha się dziadek. Takiego go pamiętam.
Raz.
Ty wiesz, jak porozwieszać zdjęcia, mamo.
po prostu
Poznałam je wszystkie jesienią, rok, albo dwa lata temu.
Nie wyglądały interesująco. Kaśka była trzydziestoletnią matką
i chodziła w takiej żółtej piżamie. Pamiętam, że salowe,
śmiały się, że wygląda jak wielkanocny kurczak. Później
zmieniła ją na czerwoną. Na to, już nikt nie miał jakoś
komentarza.
Sandra miała piętnaście lat. Była zaniedbana-miała wiecznie
tłuste włosy i brudną, przepoconą piżamę, a do tego obgryzione
i brudne paznokcie. Nie lubię takich ludzi, brzydzę się nimi.
Nie wiem jak dziewczyna może się doprowadzić do takiego stanu.
Patrycja przyszła ostatnia, nawet się nie przywitała. Od razu
poszła do łóżka i odwróciła się twarzą do ściany. Przez chwilę
płakała. Miała kolczyk w nosie i tlenione włosy.
Nie rozmawiałyśmy ze sobą na początku. Czułam się tam tak,
jakbym była naga. One patrzyły na mnie znad gazet, książek
i wyświetlaczy komórek. Ja patrzyłam na nie i irytowało mnie,
że tam są. W końcu każda się przyznała, co wzięła, co się takiego
działo w ich życiu, że nie mogły juz dalej iść. Pootwierały się
jak książki. Każda z nich, miała w sobie zapisaną inną historię
i tajemnicę.
Kasia wzięła paracetamol z jakimiś gratisami-końska dawka-wiedziała,
że to rozwali jej już słabą wątrobę. Ledwo ją odratowali.
Leżała na OIOM'ie pod dwiema kroplówkami na raz,
a pielęgniarz cucił ją klaśnięciem o nieprzytomny policzek.
Sandra pomieszała z czymś relanium. Też leżała na "intensywnej".
Rekordzistka. Była tam już chyba czwarty raz. Piętnaście lat
gówniara. Umiała mistrzowsko zwracać na siebie uwagę. Wysługiwała
się każdym. Mistrzyni gry na szpitalnym korytarzu.
Patrycja też nie była tu pierwszy raz. I znowu relanium.
Tym razem, dawka wystarczająca, żeby nie obudzić się przez
tydzień. Dodała coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Ja nie powedziałam co wzięłam, bo brałam wszystko.
Starannie odmierzyłam sto tabletek. Miały różne kolory.
Nie interesowało mnie co leczą, co niszczą. Siedząc na łóżku,
układałam je w różnych kobinacjach. Żółta do żółtej, a może do
niebieskiej? Zbierałam je przez kilka dni. Zastanawiałam się,
ile powinno ich być. Sto to taka piękna, okrągła liczba.
Mówi się sto lat, a jak w kasie płacisz banknotem o tym nominale,
to jesteś kimś, dla tego pierdzącego w stołek, zaściankowego
palanta, po drugiej stronie lady. Na chwilę zwątpiłam.
Krótki film mojego życia. Głównie czarno-biały, kolory wyblakły
około ósmego roku życia. Na chwilę zastanowiłam się, która szala
przeważy, czy ta z kolorem, czy ta bez niego. Wygrały odcienie
szarości, bo to przecież one rządzą naszym życiem. Poporcjowałam
mój posiłek na kilka garści i tak, jedna po drugiej, łykałam
bez zastanownienia, popijając wodą. Najpierw zwariowało moje serce.
Kołatało i szarpało się w piersi tak, jakby chciało wyszkoczyć
i zotawić mnie już na tym etapie. Pompowało jednak dalej zatrutą
krew, która przepływała przez cały mój organizm i powoli, zachłannie
odbierała mi siły. Poźniej wyrzygałam się pod prysznicem.
Jeden, niekontrolowany paw, prosto na moje nagie i mokre stopy.
Rano, jak gdyby nigdy nic, wstałam i poszłam do szkoły. Nie miałam
siły, serce wolno pracowało, wszystkie mięśnie bolały, nogi nie
chciały nieść. Każdy krok, każdy schodek, był dla mnie wyzwaniem
na miarę Mont Everestu. Poźniej trafiłam tutaj. Nie powiedziałam
dziewczynom, co wzięłam i dlaczego, bo ani tego, ani tego-nie
wiedziałam. Są takie momenty, że stoisz na rozdrożu, że probujesz
otworzyć drzwi, by iść dalej, a wszystkie z nich są zamknięte.
Dookoła nie ma nikogo.Czujesz się tak, jakby nagle, podczas
Twojej pracy na wieży Babel, Bóg pomieszał języki, kiedy Ty
akurat potrzebujesz pomocy. W takim momencie każde, nawet
najmniejsze potknięcie, jest dla Ciebie gwoździem do trumny,
ostatnim strzałem prosto w serce. Czujesz się tak, jakby nagle
zabrakło Ci tlenu, jakby będąc na pustyni, nigdzie nie było wody,
ale nie jest Ci to potrzebne. Nie potrzebujesz ani wody, ani tlenu.
Nie chcesz pić, choć umierasz z pragnienia, nie chesz oddychać,
chociaż juz tracisz przytomność. Po prostu stoisz przed tymi
zamkniętymi drzwiami i sam łamiesz sobie kark. Po prostu będąc
na wieży, rzucasz się z niej na oczach tysięcy bezrozumnych.
Po prostu czołgasz się po gorącym piasku i nawet jeśli jakiś beduin
nagle pojawi się przed Tobą, to odtrącasz jego rękę z bukłakiem wody.
Każda z nas wyszła stamtąd i zaczęła nowe życie.
Kasia wróciła do męża i ukochanej córki.
Patrycja zeszła się ze swoim chłopakiem i wróciła do szkoły.
Sandra pogodziła się z matką.
Ja też wyszłam inna. Na jakiś czas, nie brakowało mi tlenu,
nie brakowało wody, ani języka w gębie. Na jakiś czas,
wszystkie drzwi były otwarte, a drogi rozplątały się zupełnie.
Czasem chcę tam wrócić, bo mój zapas tlenu i wody już się kończy,
a na mojej wieży, jest co raz więcej obcokrajowców.
Nie wyglądały interesująco. Kaśka była trzydziestoletnią matką
i chodziła w takiej żółtej piżamie. Pamiętam, że salowe,
śmiały się, że wygląda jak wielkanocny kurczak. Później
zmieniła ją na czerwoną. Na to, już nikt nie miał jakoś
komentarza.
Sandra miała piętnaście lat. Była zaniedbana-miała wiecznie
tłuste włosy i brudną, przepoconą piżamę, a do tego obgryzione
i brudne paznokcie. Nie lubię takich ludzi, brzydzę się nimi.
Nie wiem jak dziewczyna może się doprowadzić do takiego stanu.
Patrycja przyszła ostatnia, nawet się nie przywitała. Od razu
poszła do łóżka i odwróciła się twarzą do ściany. Przez chwilę
płakała. Miała kolczyk w nosie i tlenione włosy.
Nie rozmawiałyśmy ze sobą na początku. Czułam się tam tak,
jakbym była naga. One patrzyły na mnie znad gazet, książek
i wyświetlaczy komórek. Ja patrzyłam na nie i irytowało mnie,
że tam są. W końcu każda się przyznała, co wzięła, co się takiego
działo w ich życiu, że nie mogły juz dalej iść. Pootwierały się
jak książki. Każda z nich, miała w sobie zapisaną inną historię
i tajemnicę.
Kasia wzięła paracetamol z jakimiś gratisami-końska dawka-wiedziała,
że to rozwali jej już słabą wątrobę. Ledwo ją odratowali.
Leżała na OIOM'ie pod dwiema kroplówkami na raz,
a pielęgniarz cucił ją klaśnięciem o nieprzytomny policzek.
Sandra pomieszała z czymś relanium. Też leżała na "intensywnej".
Rekordzistka. Była tam już chyba czwarty raz. Piętnaście lat
gówniara. Umiała mistrzowsko zwracać na siebie uwagę. Wysługiwała
się każdym. Mistrzyni gry na szpitalnym korytarzu.
Patrycja też nie była tu pierwszy raz. I znowu relanium.
Tym razem, dawka wystarczająca, żeby nie obudzić się przez
tydzień. Dodała coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Ja nie powedziałam co wzięłam, bo brałam wszystko.
Starannie odmierzyłam sto tabletek. Miały różne kolory.
Nie interesowało mnie co leczą, co niszczą. Siedząc na łóżku,
układałam je w różnych kobinacjach. Żółta do żółtej, a może do
niebieskiej? Zbierałam je przez kilka dni. Zastanawiałam się,
ile powinno ich być. Sto to taka piękna, okrągła liczba.
Mówi się sto lat, a jak w kasie płacisz banknotem o tym nominale,
to jesteś kimś, dla tego pierdzącego w stołek, zaściankowego
palanta, po drugiej stronie lady. Na chwilę zwątpiłam.
Krótki film mojego życia. Głównie czarno-biały, kolory wyblakły
około ósmego roku życia. Na chwilę zastanowiłam się, która szala
przeważy, czy ta z kolorem, czy ta bez niego. Wygrały odcienie
szarości, bo to przecież one rządzą naszym życiem. Poporcjowałam
mój posiłek na kilka garści i tak, jedna po drugiej, łykałam
bez zastanownienia, popijając wodą. Najpierw zwariowało moje serce.
Kołatało i szarpało się w piersi tak, jakby chciało wyszkoczyć
i zotawić mnie już na tym etapie. Pompowało jednak dalej zatrutą
krew, która przepływała przez cały mój organizm i powoli, zachłannie
odbierała mi siły. Poźniej wyrzygałam się pod prysznicem.
Jeden, niekontrolowany paw, prosto na moje nagie i mokre stopy.
Rano, jak gdyby nigdy nic, wstałam i poszłam do szkoły. Nie miałam
siły, serce wolno pracowało, wszystkie mięśnie bolały, nogi nie
chciały nieść. Każdy krok, każdy schodek, był dla mnie wyzwaniem
na miarę Mont Everestu. Poźniej trafiłam tutaj. Nie powiedziałam
dziewczynom, co wzięłam i dlaczego, bo ani tego, ani tego-nie
wiedziałam. Są takie momenty, że stoisz na rozdrożu, że probujesz
otworzyć drzwi, by iść dalej, a wszystkie z nich są zamknięte.
Dookoła nie ma nikogo.Czujesz się tak, jakby nagle, podczas
Twojej pracy na wieży Babel, Bóg pomieszał języki, kiedy Ty
akurat potrzebujesz pomocy. W takim momencie każde, nawet
najmniejsze potknięcie, jest dla Ciebie gwoździem do trumny,
ostatnim strzałem prosto w serce. Czujesz się tak, jakby nagle
zabrakło Ci tlenu, jakby będąc na pustyni, nigdzie nie było wody,
ale nie jest Ci to potrzebne. Nie potrzebujesz ani wody, ani tlenu.
Nie chcesz pić, choć umierasz z pragnienia, nie chesz oddychać,
chociaż juz tracisz przytomność. Po prostu stoisz przed tymi
zamkniętymi drzwiami i sam łamiesz sobie kark. Po prostu będąc
na wieży, rzucasz się z niej na oczach tysięcy bezrozumnych.
Po prostu czołgasz się po gorącym piasku i nawet jeśli jakiś beduin
nagle pojawi się przed Tobą, to odtrącasz jego rękę z bukłakiem wody.
Każda z nas wyszła stamtąd i zaczęła nowe życie.
Kasia wróciła do męża i ukochanej córki.
Patrycja zeszła się ze swoim chłopakiem i wróciła do szkoły.
Sandra pogodziła się z matką.
Ja też wyszłam inna. Na jakiś czas, nie brakowało mi tlenu,
nie brakowało wody, ani języka w gębie. Na jakiś czas,
wszystkie drzwi były otwarte, a drogi rozplątały się zupełnie.
Czasem chcę tam wrócić, bo mój zapas tlenu i wody już się kończy,
a na mojej wieży, jest co raz więcej obcokrajowców.
rzeka
Chyba znowu muszę to zrobić. Znowu chce mi się krzyczeć,
ale nie chcę, żeby ktoś usłyszał mój głos.
Chcę krzyczeć szeptem. Niech umkną ze mnie
same emocje, bezdźwięcznie,tak,
żeby nikt nie słyszał,o czym krzyczę.
Stoję tu sama.
Godzina ósma rano. Półwiejska.
Wszyscy spieszą się do pracy, na uczelnię,
gdziekolwiek. Wszyscy, poza mną.
Stoję tu sama, pośrodku tłumu.
Dla mnie, nie ma tutaj nikogo.
Ja dla innych też, jestem tylko
szarą cząstką płynącej ulicą, rzeki istnień.
Nawet gdybym krzyczała, nikt by mnie nie usłyszał.
Ktoś wytknąłby mnie palcem i zasłaniając usta, szeptał
podnieconym głosem jakieś idiotyzmy na mój temat.
Ktoś, spojrzałby na mnie tylko, unosząc w niedowierzaniu
krzaczaste brwi i wykrzywiając usta w pokpiewającym grymasie,
burknąłby coś obraźliwego pod nosem.
A ja tak stoję i już nie chce mi się krzyczeć.
Krzyczeć na Was, krzyczeć o Was, krzyczeć do Was
i na pewno nie dla Was.
Stoję, już nie krzyczę, ale stoję,
bo nie umiem płynąć Waszą rzeką,
a nikt nie chce podać mi nawet złamanego wiosła.
dla Soul to Squeeze
w geście podzięki za niedokończoną rozmowę.
ale nie chcę, żeby ktoś usłyszał mój głos.
Chcę krzyczeć szeptem. Niech umkną ze mnie
same emocje, bezdźwięcznie,tak,
żeby nikt nie słyszał,o czym krzyczę.
Stoję tu sama.
Godzina ósma rano. Półwiejska.
Wszyscy spieszą się do pracy, na uczelnię,
gdziekolwiek. Wszyscy, poza mną.
Stoję tu sama, pośrodku tłumu.
Dla mnie, nie ma tutaj nikogo.
Ja dla innych też, jestem tylko
szarą cząstką płynącej ulicą, rzeki istnień.
Nawet gdybym krzyczała, nikt by mnie nie usłyszał.
Ktoś wytknąłby mnie palcem i zasłaniając usta, szeptał
podnieconym głosem jakieś idiotyzmy na mój temat.
Ktoś, spojrzałby na mnie tylko, unosząc w niedowierzaniu
krzaczaste brwi i wykrzywiając usta w pokpiewającym grymasie,
burknąłby coś obraźliwego pod nosem.
A ja tak stoję i już nie chce mi się krzyczeć.
Krzyczeć na Was, krzyczeć o Was, krzyczeć do Was
i na pewno nie dla Was.
Stoję, już nie krzyczę, ale stoję,
bo nie umiem płynąć Waszą rzeką,
a nikt nie chce podać mi nawet złamanego wiosła.
dla Soul to Squeeze
w geście podzięki za niedokończoną rozmowę.
15 października 2008
puszka Pandory
Obudziłam się rano i spojrzałam na Ciebie. Nie wierzyłam,
że leżysz koło mnie i trzymasz mnie w ramionach.
Spojrzałam raz jeszcze. Pocałowałam Cię w rękę
i poczułam na ustach ciepło Twojego śpiącego ciała.
Położyłam brodę na Twoim ramieniu i patrzyłam
na Twoją spokojną twarz. Nie spałam, a jednak
powinnam się wtedy obudzić. Teraz jest już
za późno, a ja otwieram swoją głowę jak Panodra
puszkę i posyłam wszystkie myśli i słowa na śmierć.
Niech umierają szybko i bezboleśnie, niech zabiorą
ze sobą swoich synów i córki, a moja głowa niech zostanie
pusta i niech wreszcie zabrzmi utęsknionym, martwym echem.
że leżysz koło mnie i trzymasz mnie w ramionach.
Spojrzałam raz jeszcze. Pocałowałam Cię w rękę
i poczułam na ustach ciepło Twojego śpiącego ciała.
Położyłam brodę na Twoim ramieniu i patrzyłam
na Twoją spokojną twarz. Nie spałam, a jednak
powinnam się wtedy obudzić. Teraz jest już
za późno, a ja otwieram swoją głowę jak Panodra
puszkę i posyłam wszystkie myśli i słowa na śmierć.
Niech umierają szybko i bezboleśnie, niech zabiorą
ze sobą swoich synów i córki, a moja głowa niech zostanie
pusta i niech wreszcie zabrzmi utęsknionym, martwym echem.
źródło
Kobiety są bezwartościowe. Chyba jednak nie ma się co oszukiwać,
nie ma się co silić na bycie fajną, ambitną, piękną, inteligentną i na taką,
bez której świat by nie istniał. Istaniałby i miałby się na pewno bardzo dobrze.
Kobiety chyba naprawdę są po to, żeby tylko dawać przyjemność i ewentualnie
ładnie wyglądać. Nikos Kazantzakis napisał, że kobieta jest jak źródło.
Spragniony mężczyzna, przychodzi do takiego źródła, by się napić.
Pije i pije łapczywie, a poźniej przychodzi następny, bo jemu też chce się pić.
No i pije, bo kobieta jest jak źródło. Możesz przychodzić do niej
i pić zachłannie i bezustannie.
Muszę nauczyć się być takim źródłem,ale tylko źródłem i nic poza tym.
nie ma się co silić na bycie fajną, ambitną, piękną, inteligentną i na taką,
bez której świat by nie istniał. Istaniałby i miałby się na pewno bardzo dobrze.
Kobiety chyba naprawdę są po to, żeby tylko dawać przyjemność i ewentualnie
ładnie wyglądać. Nikos Kazantzakis napisał, że kobieta jest jak źródło.
Spragniony mężczyzna, przychodzi do takiego źródła, by się napić.
Pije i pije łapczywie, a poźniej przychodzi następny, bo jemu też chce się pić.
No i pije, bo kobieta jest jak źródło. Możesz przychodzić do niej
i pić zachłannie i bezustannie.
Muszę nauczyć się być takim źródłem,ale tylko źródłem i nic poza tym.
...
Zastanawiałam się co Ci powiedzieć. Stwierdziłam jednak,
że to bez znaczenia, bo kiedy układasz sobie coś w głowie,
to kiedy chcesz to powiedzieć, wychodzi zupełnie coś innego.
Coś pominiesz, albo powiesz o jedno słowo za dużo.
Zastanawiałam się, co Ci powiedzieć i nie wiedziałam.
Wiedziałam za to, co Ty powiesz.
Siedziałeś na ławce i choć nie patrzyłeś na mnie,
wiedziałam jakie mogłoby to być spojrzenie.
Nie miałeś kurtki, wiedziałam, że jest Ci zimno.
Zapytałam dla formalności, a Ty przytaknąłeś.
Zastanawiałam się, co Ci powiedzieć, ale bałam się tych słów.
Pozwoliłam Tobie mówić, choć wiedziałam, co usłyszę.
Po tych słowach, odeszłam, zostawiając koło Ciebie wolne miejsce na ławce.
Nie wiem, czy ktoś się dosiadł, czy za rogiem, ktoś już na Ciebie czekał.
Nie wiem. Zastanawiałam się tylko, co Ci powiedzieć, ale Ty powiedziałeś już wszystko.
Pamiętam, że śmiałeś się, że nie masz przygotowanej mowy, odpowiedziałam,
że ja też nie. Zastanawiałam się tylko, co Ci powiedzieć, ale zupełnie bezsensu.
że to bez znaczenia, bo kiedy układasz sobie coś w głowie,
to kiedy chcesz to powiedzieć, wychodzi zupełnie coś innego.
Coś pominiesz, albo powiesz o jedno słowo za dużo.
Zastanawiałam się, co Ci powiedzieć i nie wiedziałam.
Wiedziałam za to, co Ty powiesz.
Siedziałeś na ławce i choć nie patrzyłeś na mnie,
wiedziałam jakie mogłoby to być spojrzenie.
Nie miałeś kurtki, wiedziałam, że jest Ci zimno.
Zapytałam dla formalności, a Ty przytaknąłeś.
Zastanawiałam się, co Ci powiedzieć, ale bałam się tych słów.
Pozwoliłam Tobie mówić, choć wiedziałam, co usłyszę.
Po tych słowach, odeszłam, zostawiając koło Ciebie wolne miejsce na ławce.
Nie wiem, czy ktoś się dosiadł, czy za rogiem, ktoś już na Ciebie czekał.
Nie wiem. Zastanawiałam się tylko, co Ci powiedzieć, ale Ty powiedziałeś już wszystko.
Pamiętam, że śmiałeś się, że nie masz przygotowanej mowy, odpowiedziałam,
że ja też nie. Zastanawiałam się tylko, co Ci powiedzieć, ale zupełnie bezsensu.
bajka
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żyła sobie księżniczka.
Była zjawiskowo piękna, ale bardzo samotna.
Codziennie wylewała morze łez, siedząc w pałacowej komnacie.
Na nic nie miała ochoty, nie jadła, nie piła, nie czytała,
tylko płakała. Aż pewnego dnia-jak to w bajkach często bywa-
przybył na śnieżnobiałym rumaku przystojny kiążę i porwał
księżniczkę do swojego zamku. Co noc tulił ją tysiącem uścisków,
kładł spać tysiącem orgazmów i żegnał tysiącem pocałunków.
Co dzień witał ją tysiąsem pocałunków, karmił tysiącem komplementów,
obsypywał tysiącem płatków róż jej maleńkie stopy.
Księżniczka nareszcie nauczyła się uśmiechać,
zaczęła normalnie jeść, a każdy problem, który się pojawił,
rozwiązywała wspólnie ze swoim ukochanym księciem.
I żyliby tak pewnie długo i szczęśliwie, z gromadką dzieci,
bo tak przecież w bajce być powinno,
ale pewnego dnia wszystko chuj strzelił.
Książę rzucił księżniczkę, bo go zdradzała z kim popadnie.
On z resztą nie był lepszy-zapylił połowę swojego królestwa.
W efekcie ona popełniła samobójstwo,
a on popadł w głęboką depresję.
Morał z bajki jest taki, że happy end'y to pedał,
a bajki kurwa nie istnieją.
i chuj.
Była zjawiskowo piękna, ale bardzo samotna.
Codziennie wylewała morze łez, siedząc w pałacowej komnacie.
Na nic nie miała ochoty, nie jadła, nie piła, nie czytała,
tylko płakała. Aż pewnego dnia-jak to w bajkach często bywa-
przybył na śnieżnobiałym rumaku przystojny kiążę i porwał
księżniczkę do swojego zamku. Co noc tulił ją tysiącem uścisków,
kładł spać tysiącem orgazmów i żegnał tysiącem pocałunków.
Co dzień witał ją tysiąsem pocałunków, karmił tysiącem komplementów,
obsypywał tysiącem płatków róż jej maleńkie stopy.
Księżniczka nareszcie nauczyła się uśmiechać,
zaczęła normalnie jeść, a każdy problem, który się pojawił,
rozwiązywała wspólnie ze swoim ukochanym księciem.
I żyliby tak pewnie długo i szczęśliwie, z gromadką dzieci,
bo tak przecież w bajce być powinno,
ale pewnego dnia wszystko chuj strzelił.
Książę rzucił księżniczkę, bo go zdradzała z kim popadnie.
On z resztą nie był lepszy-zapylił połowę swojego królestwa.
W efekcie ona popełniła samobójstwo,
a on popadł w głęboką depresję.
Morał z bajki jest taki, że happy end'y to pedał,
a bajki kurwa nie istnieją.
i chuj.
monotonia
Nie lubił poranków. Nie lubił budzić się w na pozór białej, przepoconej od nocnych
wysiłków pościeli, ale nade wszystko, nie lubił patrzeć na nią.
Miała bladą cerę i podpuchnięte oczy. Z rozmazanym makijażem,
potarganymi włosami nie wyglądała zbyt zachęcająco.
Od czasu do czasu, z trudem unosiła sklejona powiekę, by zobaczyć,
czy już się obudził. Wtedy prędko odwracał policzek w stronę okna
i trzepotał szybko rzęsami, jak kobieta przyłapana na kłamstwie.
Patrzył na nią ze wstrętem. Co ranek, powtarzał sobie,
że już nigdy więcej się nie zobaczą, ale co noc do niej wracał.
Ta chora monotonia wdarła się do jego życia i właściwie,
nie przeszkadzałaby mu, gdyby nie to poranne obrzydzenie.
Przecież czerpał z tego same korzyści. Przychodził pod wieczór,
zmęczony po pracy i relaksował się w objęciach jej nagich ud i ramion.
Nad ranem pokój napełniał się zapachem świeżo parzonej kawy,
a kiedy wreszcie, walcząc z samym sobą, wstał z łóżka,
uśmiechem zapraszała go do nakrytego stołu. Nigdy nie było na nim zbyt wiele.
Dzisiaj, z roztargnienia, wziął bardzo duży łyk kawy,
poparzył sobie język i podniebienie. Kiedy kawa ostygła w jego ustach
i przełknął ją, coś go zafrapowało. Nagle, odkrył sekret ich dziwnej znajomości.
Dotarło do niego, dlaczego wciąż do niej wraca, ciągle wchodzi do jej łóżka,
ciągle się z nią kocha namiętnie, ciągle siada przy jej stole, je śniadanie i pije kawę..
To proste, robiła najlepszą kawę, jakiej miał okazję w życiu spróbować.
wysiłków pościeli, ale nade wszystko, nie lubił patrzeć na nią.
Miała bladą cerę i podpuchnięte oczy. Z rozmazanym makijażem,
potarganymi włosami nie wyglądała zbyt zachęcająco.
Od czasu do czasu, z trudem unosiła sklejona powiekę, by zobaczyć,
czy już się obudził. Wtedy prędko odwracał policzek w stronę okna
i trzepotał szybko rzęsami, jak kobieta przyłapana na kłamstwie.
Patrzył na nią ze wstrętem. Co ranek, powtarzał sobie,
że już nigdy więcej się nie zobaczą, ale co noc do niej wracał.
Ta chora monotonia wdarła się do jego życia i właściwie,
nie przeszkadzałaby mu, gdyby nie to poranne obrzydzenie.
Przecież czerpał z tego same korzyści. Przychodził pod wieczór,
zmęczony po pracy i relaksował się w objęciach jej nagich ud i ramion.
Nad ranem pokój napełniał się zapachem świeżo parzonej kawy,
a kiedy wreszcie, walcząc z samym sobą, wstał z łóżka,
uśmiechem zapraszała go do nakrytego stołu. Nigdy nie było na nim zbyt wiele.
Dzisiaj, z roztargnienia, wziął bardzo duży łyk kawy,
poparzył sobie język i podniebienie. Kiedy kawa ostygła w jego ustach
i przełknął ją, coś go zafrapowało. Nagle, odkrył sekret ich dziwnej znajomości.
Dotarło do niego, dlaczego wciąż do niej wraca, ciągle wchodzi do jej łóżka,
ciągle się z nią kocha namiętnie, ciągle siada przy jej stole, je śniadanie i pije kawę..
To proste, robiła najlepszą kawę, jakiej miał okazję w życiu spróbować.
13 października 2008
krótko o wenie
Wena jest czasem złudna. Nie należy się sugerować, że to, co wpada do głowy, to akurat wena. To jest pomysł, często głupi. Ostatnio chodziła za mną jedna myśl, a weną nie była-parówka,a wcale nie byłam głodna.
lekcja muzyki
subtelnie obydwiema rękami zetrzyj najpierw kurz z moich bioder
podniesiony nad głowę nadgarstek lewej ręki posłuży za gryf
złóż na nim delikatne palce
przekręć trochę w lewo klucz od struny "a"
często brzmi fałczywie
oprzyj smyczek na moim brzuchu
a teraz połóż podbrudek na moich stopach
nie mów że jestem za duża
niecały metr siedzemdziesiąt
po prostu graj
zagraj na mnie jak na skrzypcach
niech Twoje palce tańczą na moich żyłach
tak żeby tętno było szybsze
pozwól mi poczuć jak gorąca krew rozsadza tętnice
smyczek niech tnie skórę na brzuchu żebym krzyczała z bólu
czasem szarpnij ostrym paznokciem za jedną strunę
niech drży bezradnie dłużej niż inne
niech majaczy dziwnym jękiem i wypełnia szare echo
graj szybko żebym poczuła krople potu na nagich ramionach
zakończ zdecydowanym akordem na szyi
niech posoka obryzga Twoją białą koszulę i zaleje posadzkę
powiedz czy teraz nie wyglądam jak kantata?
czy nie smakuję jak symfonia?
czy dotykając mnie nie czujesz muzyki?
tylko nie mów że nie wiesz co to synestezja
podniesiony nad głowę nadgarstek lewej ręki posłuży za gryf
złóż na nim delikatne palce
przekręć trochę w lewo klucz od struny "a"
często brzmi fałczywie
oprzyj smyczek na moim brzuchu
a teraz połóż podbrudek na moich stopach
nie mów że jestem za duża
niecały metr siedzemdziesiąt
po prostu graj
zagraj na mnie jak na skrzypcach
niech Twoje palce tańczą na moich żyłach
tak żeby tętno było szybsze
pozwól mi poczuć jak gorąca krew rozsadza tętnice
smyczek niech tnie skórę na brzuchu żebym krzyczała z bólu
czasem szarpnij ostrym paznokciem za jedną strunę
niech drży bezradnie dłużej niż inne
niech majaczy dziwnym jękiem i wypełnia szare echo
graj szybko żebym poczuła krople potu na nagich ramionach
zakończ zdecydowanym akordem na szyi
niech posoka obryzga Twoją białą koszulę i zaleje posadzkę
powiedz czy teraz nie wyglądam jak kantata?
czy nie smakuję jak symfonia?
czy dotykając mnie nie czujesz muzyki?
tylko nie mów że nie wiesz co to synestezja
10 października 2008
noc
Lubię, kiedy noc otwiera swój czarny parasol nad miastem,
kiedy wysypuje z fartucha morze gwiazd.
I ta cisza, ta przeogromna cisza, która wdziera się do mózgu
i koi zmysły. Tylko nocą lubię ciszę. Często patrzę w niebo,
patrzę i myślę i uśmiecham się, tak w środku, a chwilę później
ten uśmiech wylewa się z wnętrza i zakwita na ustach.
Stoję w milczeniu, kontempluję ciszę i powoli odpalam papierosa.
Nad ranem, noc na powrót chowa wszystkie gwiazdy do fartuszka,
zamyka parasol, opiera go o ramię, po czym rozmywa się bezszelestnie
siwą mgłą, tak, by nikt jej nie zauważył. Idąc wolnym krokiem,
nuci jakąś prostą melodię. Przystaje na chwilę, zapala papierosa,
spogląda w górę i uśmiecha się, po czym idzie dalej. Już nie nuci,
tylko dyskretnie wsłuchuje się w ciszę i co jakiś czas patrzy w niebo.
Wie, że dzisiaj też tu będzie.
Ja też.
kiedy wysypuje z fartucha morze gwiazd.
I ta cisza, ta przeogromna cisza, która wdziera się do mózgu
i koi zmysły. Tylko nocą lubię ciszę. Często patrzę w niebo,
patrzę i myślę i uśmiecham się, tak w środku, a chwilę później
ten uśmiech wylewa się z wnętrza i zakwita na ustach.
Stoję w milczeniu, kontempluję ciszę i powoli odpalam papierosa.
Nad ranem, noc na powrót chowa wszystkie gwiazdy do fartuszka,
zamyka parasol, opiera go o ramię, po czym rozmywa się bezszelestnie
siwą mgłą, tak, by nikt jej nie zauważył. Idąc wolnym krokiem,
nuci jakąś prostą melodię. Przystaje na chwilę, zapala papierosa,
spogląda w górę i uśmiecha się, po czym idzie dalej. Już nie nuci,
tylko dyskretnie wsłuchuje się w ciszę i co jakiś czas patrzy w niebo.
Wie, że dzisiaj też tu będzie.
Ja też.
4 października 2008
inauguracja roku 'o8/'o9
policjantka
aktorka
piosenkarka
cyrkowiec
biegaczka
pilot
przewodnik turystyczny
pracownik Parku Narodowego w Kenii
hipoterapeuta
taternik
spadochroniarz
tancerka
ratownik medyczny
mim
prawnik
tłumacz
misjonarka w Afryce
weterynarz
ortodonta
pracownik oceanarium
językoznawca ze specjalizacją filologia nowogrecka
śpiewaczka operowa
architekt
Pewnie było coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Od dzisiaj dziennikarka. Zobaczymy na jak długo...
aktorka
piosenkarka
cyrkowiec
biegaczka
pilot
przewodnik turystyczny
pracownik Parku Narodowego w Kenii
hipoterapeuta
taternik
spadochroniarz
tancerka
ratownik medyczny
mim
prawnik
tłumacz
misjonarka w Afryce
weterynarz
ortodonta
pracownik oceanarium
językoznawca ze specjalizacją filologia nowogrecka
śpiewaczka operowa
architekt
Pewnie było coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Od dzisiaj dziennikarka. Zobaczymy na jak długo...
3 października 2008
Magdmoiselle
No sam popatrz.
Mam za krótką i za grubą szyję, żeby nosić kolię.
Nogi to samo-nie nadają się do sukienek i eleganckich szpilek.
Brak biustu kategorycznie dyskwalifikuje głębokie dekolty.
Od ponad dwudziestu lat, przez myśl mi nie przeszło, żeby przekłuć sobie uszy,
więc perły na nich nie zawisną. Twarz upstrzona piegami-wyglądam z nimi
jak ciasto z bakaliami. Nie lubię bakalii, więc nie jestem apetyczna.
Do tego ta cera, różowa jak świnka. Świnka z bakaliami. Mniam, delicje.
Małe, jakoś skąpo wykrojone usta, nie wyglądają dobrze, kiedy są w kolorze.
Nieśmiertelna fałdka na brzuchu, kiepsko się czuje w obcisłych bluzkach. ..
No i ten charakter-nijak się ma do bycia damą. Cięty język, brak cierpliwości,
skłonność do krzyku przy byle okazji, a przy tym siedzenie w rozkroku,
przygarbione plecy i wystające łopatki. Garbata dama z diabłem w oczach,
ropuchami i żmijami w pysku.
Powiesz, że to kompleksy, że każda baba to ma, że nawet miss świata,
w swoich oczach odbiega od ideału o przynajmniej sto osiemdziesiąt stopni.
Ja uważam, że to samokrytyka, choć może nie w towarzystwie pełnej samoakceptacji.
Nie jestem damą i nie chcę nią być. Zawsze można wyglądać lepiej,
ale można też wcale nie wyglądać. Jestem ładna, potrafię być miła,
ale nie zadręczaj mnie etykietą towarzyską, armią sztućców wokół talerza,
bo jak się wkurwię, to i tak wbiję ci widelec w czoło i nie będę się zastanawiać,
czy jest do mięsa, czy do ciasta. Nie rozpłynę się przy kawiorze,
nie zatańczę walca i nie ubiorę sukienki. Nie wymagaj rzeczy niemożliwych.
Po prostu wejdź ze mną na drzewo, porzucaj jarzębiną w przechodniów,
a jeśli wpadnie mi kamyk do buta, to powiedz mu, żeby spierdalał.
Mam za krótką i za grubą szyję, żeby nosić kolię.
Nogi to samo-nie nadają się do sukienek i eleganckich szpilek.
Brak biustu kategorycznie dyskwalifikuje głębokie dekolty.
Od ponad dwudziestu lat, przez myśl mi nie przeszło, żeby przekłuć sobie uszy,
więc perły na nich nie zawisną. Twarz upstrzona piegami-wyglądam z nimi
jak ciasto z bakaliami. Nie lubię bakalii, więc nie jestem apetyczna.
Do tego ta cera, różowa jak świnka. Świnka z bakaliami. Mniam, delicje.
Małe, jakoś skąpo wykrojone usta, nie wyglądają dobrze, kiedy są w kolorze.
Nieśmiertelna fałdka na brzuchu, kiepsko się czuje w obcisłych bluzkach. ..
No i ten charakter-nijak się ma do bycia damą. Cięty język, brak cierpliwości,
skłonność do krzyku przy byle okazji, a przy tym siedzenie w rozkroku,
przygarbione plecy i wystające łopatki. Garbata dama z diabłem w oczach,
ropuchami i żmijami w pysku.
Powiesz, że to kompleksy, że każda baba to ma, że nawet miss świata,
w swoich oczach odbiega od ideału o przynajmniej sto osiemdziesiąt stopni.
Ja uważam, że to samokrytyka, choć może nie w towarzystwie pełnej samoakceptacji.
Nie jestem damą i nie chcę nią być. Zawsze można wyglądać lepiej,
ale można też wcale nie wyglądać. Jestem ładna, potrafię być miła,
ale nie zadręczaj mnie etykietą towarzyską, armią sztućców wokół talerza,
bo jak się wkurwię, to i tak wbiję ci widelec w czoło i nie będę się zastanawiać,
czy jest do mięsa, czy do ciasta. Nie rozpłynę się przy kawiorze,
nie zatańczę walca i nie ubiorę sukienki. Nie wymagaj rzeczy niemożliwych.
Po prostu wejdź ze mną na drzewo, porzucaj jarzębiną w przechodniów,
a jeśli wpadnie mi kamyk do buta, to powiedz mu, żeby spierdalał.
2 października 2008
wrzosowa sukienka
Upij mnie do bezpamięci
przytul mnie aż do bezdechu
a bezsensem tak objęci
przekrzykujmy się w bezechu
Niemy krzyk rozrywa piersi, płonie w środku jak pochodnia. Myśli jakoś nie mieszczą
mi się w głowie. Kłębią się strasznie, wirują, przybierają dziwne kształty,
ulatują w górę, by znów opaść bezszelestnie na dół.
I tak często pojawia się ona. Sunie wolno nad powierzchnią,
spowita w czarne jak skrzydło kruka sukno, w sękatej dłoni trzyma zardzewiałą
od krwi i krzyku kosę. Nie mówi nic, tylko przystaje czasem i wabi moje myśli.
Biegną jak oszalałe, tłuką się w powietrzu, tracą oddech,
ale mimo to, wciąż pędzą na złamanie karku.
Może nawet dosłownie?
Ja też tam idę, nie spieszę się, ale idę.
Senne słońce obudziło nowy dzień, ptak zaśpiewał o tym w kilku nutach.
Jakoś smutno, jakby jedna struna pękła w jego drobnym gardle.
Nie idź rano przez wrzosowiska. Zapomnij o bosym spacerze po miękkim
i mokrym mchu. Nie patrz przed siebie, nie wąchaj lawendy dzisiaj.
Jutro też nie. Lepiej nie.
Pośród skąpanych rosą wrzosowych bukietów,
możesz nie dostrzec fioletowej sukienki.
Zbroczona krwią koronka. Poszarpana, wygnieciona i brudna
od świeżego błota. Kobieta.
Czarne pukle włosów spływają bezwiednie po ramionach,
wchodzą w uszy, oczy i do nosa, przyklejają sie do czoła.
Już teraz jej nie drażnią. Jeszcze wczoraj ze wściekłością
i pianą na ustach zrywałaby je z twarzy.
Dzisiaj już jej wszystko jedno.
Jeśli przejdziesz obok, możesz na nią splunąć,
możesz wziąć co chcesz-ciało, sukienkę.
Najedz się nią lub jej zapachem.
Jeszcze pachnie kobietą.
I nie czuj się winnym.
Popatrz-a więc umiem dawać siebie innym.
przytul mnie aż do bezdechu
a bezsensem tak objęci
przekrzykujmy się w bezechu
Niemy krzyk rozrywa piersi, płonie w środku jak pochodnia. Myśli jakoś nie mieszczą
mi się w głowie. Kłębią się strasznie, wirują, przybierają dziwne kształty,
ulatują w górę, by znów opaść bezszelestnie na dół.
I tak często pojawia się ona. Sunie wolno nad powierzchnią,
spowita w czarne jak skrzydło kruka sukno, w sękatej dłoni trzyma zardzewiałą
od krwi i krzyku kosę. Nie mówi nic, tylko przystaje czasem i wabi moje myśli.
Biegną jak oszalałe, tłuką się w powietrzu, tracą oddech,
ale mimo to, wciąż pędzą na złamanie karku.
Może nawet dosłownie?
Ja też tam idę, nie spieszę się, ale idę.
Senne słońce obudziło nowy dzień, ptak zaśpiewał o tym w kilku nutach.
Jakoś smutno, jakby jedna struna pękła w jego drobnym gardle.
Nie idź rano przez wrzosowiska. Zapomnij o bosym spacerze po miękkim
i mokrym mchu. Nie patrz przed siebie, nie wąchaj lawendy dzisiaj.
Jutro też nie. Lepiej nie.
Pośród skąpanych rosą wrzosowych bukietów,
możesz nie dostrzec fioletowej sukienki.
Zbroczona krwią koronka. Poszarpana, wygnieciona i brudna
od świeżego błota. Kobieta.
Czarne pukle włosów spływają bezwiednie po ramionach,
wchodzą w uszy, oczy i do nosa, przyklejają sie do czoła.
Już teraz jej nie drażnią. Jeszcze wczoraj ze wściekłością
i pianą na ustach zrywałaby je z twarzy.
Dzisiaj już jej wszystko jedno.
Jeśli przejdziesz obok, możesz na nią splunąć,
możesz wziąć co chcesz-ciało, sukienkę.
Najedz się nią lub jej zapachem.
Jeszcze pachnie kobietą.
I nie czuj się winnym.
Popatrz-a więc umiem dawać siebie innym.
pamiętnik; wpis z 22.01.2007 cz.2
Pośrodku krzyku przegranych spraw, mogę usłyszeć cichy szept,
wyodrębnić każde słowo. Podczas deszczu, usłyszeć każda spadającą kroplę,
czuć jak kolejne jej siostry uderzają o ziemię; wyciągnać dłonie do nieba
i w szalonym tańcu wirować ku górze tak, by wydawało się to niewyobrażalną
nieskończonością czasu. A przecież tacy zwykli ludzie, w zwykłej rzeczywistości, zmieniają sekundy w nieskończoności. Każda myślą i każdym oddechem dzielić się z Tobą będę.
Czerp ze mnie zachłannie, z wyczuciem, delikatnie, nieustannie...
Nie odchodź...
Ja będę.
wyodrębnić każde słowo. Podczas deszczu, usłyszeć każda spadającą kroplę,
czuć jak kolejne jej siostry uderzają o ziemię; wyciągnać dłonie do nieba
i w szalonym tańcu wirować ku górze tak, by wydawało się to niewyobrażalną
nieskończonością czasu. A przecież tacy zwykli ludzie, w zwykłej rzeczywistości, zmieniają sekundy w nieskończoności. Każda myślą i każdym oddechem dzielić się z Tobą będę.
Czerp ze mnie zachłannie, z wyczuciem, delikatnie, nieustannie...
Nie odchodź...
Ja będę.
pamiętnik; wpis z 22.01.2007 godz. 00.30
Chaos. Chwila, moment, zaledwie mgnienie oka, a po uśmiechu nie ma śladu.
Jedna myśl i wszystko rozpada się jak domek z kart przy lekkim podmuchu wiatru.
To tak niewiele. Tak niewiele rządzi naszym życiem, każdym dniem, każda chwilą,
minutą, sekundą..
Słońce przestaje świecić, ptaki przestają śpiewać, muzyka nagle cichnie. Wszystko traci sens,
wszystko jest bezsensem, gdy panuje Chwila. Jak niewiele potrzeba, by sie zagubić,
stracić sens i grunt pod nogami. Tak często napotykasz rozstaje dróg w czasie wędrowki.
A gdzie Bóg?
Człowiek zaginął w Bogu, zaginął obok Boga, zaginął daleko od Niego.
Zachłysnął się swoją wolnością. Wolnością, którą tak naprawdę stracił. To Bóg jest Wolnością.
Gdy czujesz bezsens, skieruj swe kroki do świątyni, klęknij przed Nim i nie mów nic-
On wie już wszystko. Poznaj w ciszy samego siebie, zapomnij o smutku, radości, goryczy..
Zapomnij o wszystkim i zamilknij na moment. Niech ucichną usta, oczy, nos,
niech mówi serce.
Widzisz? Słyszysz? Czujesz?
To On.
Jedna myśl i wszystko rozpada się jak domek z kart przy lekkim podmuchu wiatru.
To tak niewiele. Tak niewiele rządzi naszym życiem, każdym dniem, każda chwilą,
minutą, sekundą..
Słońce przestaje świecić, ptaki przestają śpiewać, muzyka nagle cichnie. Wszystko traci sens,
wszystko jest bezsensem, gdy panuje Chwila. Jak niewiele potrzeba, by sie zagubić,
stracić sens i grunt pod nogami. Tak często napotykasz rozstaje dróg w czasie wędrowki.
A gdzie Bóg?
Człowiek zaginął w Bogu, zaginął obok Boga, zaginął daleko od Niego.
Zachłysnął się swoją wolnością. Wolnością, którą tak naprawdę stracił. To Bóg jest Wolnością.
Gdy czujesz bezsens, skieruj swe kroki do świątyni, klęknij przed Nim i nie mów nic-
On wie już wszystko. Poznaj w ciszy samego siebie, zapomnij o smutku, radości, goryczy..
Zapomnij o wszystkim i zamilknij na moment. Niech ucichną usta, oczy, nos,
niech mówi serce.
Widzisz? Słyszysz? Czujesz?
To On.
Subskrybuj:
Posty (Atom)