29 listopada 2008

pielgrzymka w pokoju

Stanęłam w kącie pokoju i oparłam się spoconymi plecami o chłodną
ścianę. Pokój był pusty i zimny-od dawna nikogo w nim nie było.
Mnie jednak było w nim tak duszno, jakby przed chwilą,
przewędrowała przez niego cała pielgrzymka na Jasną Górę,
zabierając przy okazji cały tlen. Oddychałam szybko i ciężko,
śledząc każde tchnienie, które siwizną przecinało powietrze.
Moje myśli krążyły wokół mnie jak sępy nad cuchnącymi zwłokami,
rozdrapując całość na mozaikę ran i symetrycznych cięć pazurów.
Wygryzały moją głowę od środka, wydziobywały oczy, szarpały nos i uszy,
czyniąc z twarzy wielką, krwawą ranę. Odpędzałam je resztką sił,
krzyczałam i niewidząc nic prócz purpury, drżałam jak liść rzucony
na wzburzone morze. Do krwi rwałam garściami włosy z głowy,
rozdrapywałam sobie oczy i policzki, nie pamiętając o bólu.
Nożem poharatałam sobie piersi, żeby złapać oddech, żeby orzeźwiające
powietrze, wpadło wprost do płuc i chlupiąc gęstą krwią,
tchnęło we mnie trochę życia. Nie mogłam już, nie chciałam już,
nie miałam siły i jak pluszowy pajacyk osunęłam się po ścianie w dół.
Wtedy wszedłeś ty, przywitałeś się beznamiętnie,
omiotłeś wzrokiem pokój, usiadłeś na kanapie i włączyłeś telewizor.

27 listopada 2008

mój film

Nawijam swoje wspomnienia na słup milowy jak papier toaletowy na rolkę.
Mało romantyczne, ale dość obrazowe, więc niech będzie.
Zwijam je powoli jak kliszę-klatka po klatce. Przyglądam się im z uwagą
i jakąś, co chwilę inną, emocją. Staram się, żeby niechcący nie uszkodzić
ich biegu, ani struktury, żeby żadna zagubiona linia papilarna nie wżarła
się w mój film, nieproszona. Przesuwam delikatnie palce po ramach czasu
i nieuchronnie zbliżam się do końca.

Ostatni klaps, gasną światła, a reżyser, składa swoje rybackie krzesełko
i odchodzi z planu odpalając papierosa. Za nim jak kukły,
telepią się pozostali bohaterowie, styliści, statyści i cała reszta.

Zostałam sama, wypuszczam z rąk scenariusz i patrzę w czerń przede mną.
Nie wiem nawet, czy jest sens tu stać, czy jutro przyjdą tu znowu,
albo kiedykolwiek w ogóle. Siadam na brzegu sceny i machając nogami,
zastanawiam się, czy będzie ciąg dalszy i mam tylko nadzieję,
że moja klisza się nie prześwietliła, bo wtedy, nawet jeśli nie będzie
drugiej części, będę mogła wrócić do pierwszej i żując ciepły popcorn,
odwinąć kawałek filmu i pomyśleć, choć mówiłeś, żebym tego nie robiła.

23 listopada 2008

oddech

Pomyśl, że jesteś w próżni i nie możesz złapać oddechu.
Twoje tętnice powiększyły się do rozmiarów węża ogrodowego,
a oczy i głowa nabiegły krwią, która dusi się razem z Tobą.
Nagle zjawiam się ja-z arsenałem tlenu w płucach i we krwi-myślisz.
Nie wiesz co robić, boisz się, za chwilę już obydwoje
będziemy się dusić, ale w tej chwili, to ja mam przewagę.
Co robisz, więc?
Patrzę na Ciebie i wstrzymuję oddech. Ty wtapiasz się wzrokiem
w mój własny i wiem, co Ci chodzi po głowie. Nic nie mówisz,
bo każde tchnienie zabiera Ci cząstkę świadomości. Ja też milczę,
bo jeśli zacznę gadać, to nie zobaczę, jak umierasz.
Pozwalam Ci jednak zabawić się w Boga, zadecydować kto zginie,
a kto przetrwa o kilka oddechów dłużej.
Podchodzę do Ciebie i muskając zaledwie suche i nagie wargi,
napełniam Twoje usta ciepłym powietrzem. Rozcinam, klamrą do włosów,
żyły na nadgarstkach i kapię gorącą krwią na Twoje słone powieki.
Powiększają Ci się źrenice, przeszywasz mnie na wylot pytającym wzrokiem.
Nic nie mówisz. Słaniając się wciąż na wątłych nogach, krztusisz się i kaszlesz.
Stoję niewzruszona i spoglądam na Ciebie z góry, nawijając loki na palec.
Wijesz się w agonii, plując krwią i dysząc okropnie.
Po całej twarzy spływają Ci łzy, a sól wyżera policzki.
Po chwili, padasz przede mną jak ptak rażony piorunem i z otwartymi oczami,
składasz u moich stóp ostatnie tchnienie.
Chciałam, żebyś zaciągnął się mną jak powietrzem, żebyś może był
mi wdzięczny lub coś na ten kształt. Twoje ostatnie spojrzenie,
było dowodem na to, że zwęszyłeś podstęp-po czasie, niestety.
Wcześniej nie wiedziałeś, że w moich płucach tkwi gaz łzawiący,
a w żyłach choć płynie krew, to zagęszczona napalmem.
Nie zaciągaj się mną, bo stracisz oddech.

21 listopada 2008

w klatce

Otwieram srebrną klatkę. Wkładam do niej świeże mięso,
zmieniam wodę na świeżą i czystą.
Wczorajsza porcja pokarmu wciąż nietknięta.
Nic nie jesz i nie pijesz.
Jesteś taki piękny, jakby silny-piękny bezsiłą jednak.
Nie rozmawiasz ze mną i nie patrzysz na mnie.
Nie myślisz i nie mówisz o mnie.
Dbam o Ciebie ciągle, otaczam Cię troską i ciepłem.
Staram się, by było Ci najlepiej.
Pokryty gęstym, biało-beżowym puchem i strojny w pióra,
wyglądasz tak dostojnie. Patrzę na Ciebie godzinami,
głaszcząc Twoją kształtną głowę i szepcąc do Ciebie uspokojeniem.
Masz złamane skrzydła, skręcony kark, połamane nogi
i dziurę w brzuchu z zakrzepłą krwią na brzegach.
Ktoś głupotą ściągnął Cię z błękitu i tak, "ideał sięgnął bruku" znowu.
Przypominasz mi Sokoła Boccaccia,
nikt jednak nie ofiarował Cię w imię czegokolwiek.
Nie jesteś dowodem miłości, jej owocem, ani nagrodą,
ani pocieszeniem. Głupia śmierć.
Ja trzymam Cię w tej klatce jako dowód, że złamane skrzydła
przestają krwawić po pewnym czasie, że ze wszystkimi
ułomościami nadal można istnieć, bo przecież jesteś-
nieobecny i beznamiętny, ale jesteś.
Nie polecisz już, a co ze mną nie wiem.
Kto jest głupi, a kto głupszy?

w nieutopii

Otwarte drzwi niezawsze oznaczają, że trzeba w nie wejść i że dzięki nim
wejdzie się w światło. Trzeba umieć widzieć to światło,
ale pamiętać również,że gdyby nie ono, nie byłoby cienia.

Spojrzałam przed siebie i jak Alicja w krainie Czarów,
stojąc na wielkiej szachownicy, zastanawiałam się, którą klamkę nacisnąć.
Jedna z nich była ładna, wyświecona i wyślizgana od dotyku innych.
Podeszłam bliżej i spojrzałam przez dziurkę od klucza.
Zamknięta w centymetrze kwadratowym utopia.
Zbyt proste i zbyt banalne, zbyt niemożliwie namacalne.
Drugie drzwi były wielkie i ciężkie jak wrota gnieźnieńskie,
a klamka mosiężna, lecz od lat nie muśnięta nawet ludzką ręką.
Dziurka od klucza, choć osnuta gęstą pajęczyną,
subtelnie zdradzała drugą stronę.
Droga przez las, gęste, ołowiane chmury, ani śladu utopii,
ludzkiej stopy, czy nawet echa zagubionego oddechu.
Nacisnęłam klamkę i z całej siły popchnęłam drzwi.
Z jęczącym skrzypnieniem, kapiąc rdzą jak krwią, otworzyły się.
Weszłam do środka, poczułam przeciąg na plecach i ułyszałam
huk zatrzaskiwanych drzwi. Odwróciłam się tylko,
nie chiałam wracać- poszłam przed siebie.

Siedzę w kinie w ostatnim rzędzie i nie śledząc fabuły,
męczę w palcach bilet z ostatniego seansu.
Nie wiem nic i mam tylko ochotę, leżąc obok, porozmawiać z tobą
o niczym, albo tylko patrzeć w sufit i choć kątem oka,
widzieć, jak ciepły cień wylewa się z twoich ust,
popychany przyśpieszonym oddechem.
Uśmiecham się do tej myśli i przypominam słowa:

"I jak ten głupiec u mądrości wrót stoję
i tyle wiem co wprzód"



Faust
J.W.Goethe

19 listopada 2008

zakurzone skrzypce

Odgruzowuję w bibliotece mej pamięci obrazy z przeszłości.
Są stare jak ja, oprószone kurzem jak głowy starców siwizną
i czasem mokną. Część przywołuję stęsknionym uśmiechem,
część grzebię na prędce w komórce "Nie wspominać",
część analizuję dogłębnie, nieświadomnie marszcząc brwi
jak zafrasowany matematyk.
Większość jednak z tych wspomnień, spływa po mnie bolesnymi
ciarkami. Wiem co to oznacza, wtedy chyba nic nie myślę.
Skrywane skrupulatnie pokłady wrażliwości,
wylewają się porami skóry na powierzchnię
i zdają się krzyczeć do mnie.
Tę wrażliwość, często budzi muzyka-tak, jak dzisiaj.
Wstaję rano, jest jeszcze ciemno-gdyby nie zegarek
i moja świadomość-powiedziałabym, że jest noc.
Czarny jak ziemia dywan cienia, wlewa się przez drzwi balkonowe
do mieszkania.
Zaparzam wodę w czajniku, choć i tak nie wypiję herbaty-
lubię po prostu sam szum. Nie uważam, żeby to było dziwne.
Kiedyś, często odrabiałam lekcję siedząc na kafelkach łazienki
i opierając się o pracująca pralkę. Jakoś lepiej mi się myślało.
Przy czajniku nie było sensu-choćbym nie wiem jak się uparła,
to tempo wrzenia i tak zawsze było większe od mojego pisania
i myślenia przede wszystkim, chyba.
Woda się zagotowała, co właśnie oznajmił mi pstryczek od czajnika.
Nie ma sensu włączać go ponownie, bo woda jest za gorąca.
Podchodzę więc do wieży i włączam "Epitaph" Fingathing.
Refleksyjny kawałek-odpowiedni jak na ponury, ciemny, jesienny poranek.
Muzyka sączy się z głośnika pełnią harmonii i trafia niczym niezmącona
do moich uszu. W chwili bezruchu, dopadają mnie dźwięki skrzypiec
i coraz głębiej wdrążają się w moją głowę. Czuję jak ciśnienie rośnie,
ale wiem, że towarzyszy temu również niezmordowany koncert Eustachiusza,
więc niczym się nie martwię.
Otwieram komórkę "Nie wspominać", a raczej pokątną jakąś-
"Lepiej nie wspominać". W myślach staje obraz sprzed wielu lat.
Mieszkanie babci, pachnące starymi książkami, suszonymi grzybami
i lawendą, która-choć zamknięta w szafie-snuje się dykretnie
po wszystkich pokojach i rzekomo, odstrasza mole. Mam może sześć,
może siedem lat-trudo ocenić. Bręcząc i męcząc dziadków,
w końcu udaje się mnie i mojej siostrze namówić babcię,
by otworzyła futerał. Jest czarny, skórzany, ma starte,
metalowe zatrzaski i zawiasy. Jest już lekko sfatygowany i-
jak to się mówi-nadgryziony zębem czasu.
W środku-puszysty, ciemnozielony welur, a na nim-przepiękne,
drewniane skrzypce, rzeźbione jakby ręką mistrza.
Wytarte struny prężą się nadludzko, naciągnięte na lśniące,
srebrne klucze. Skrzypce przypominają mi kobietę.
Mają lekkie, zmysłowe, gruszkowate kształty.
Główka, zakręcona finezyjnie, wygląda jak starannie spięty kok,
tylko te cięcia na pudle jakoś nie pasują...
Obok skrzypiec, wdzięcznie i bezwałdnie, spoczywa smyczek z końskiego włosia.
Kilka włosków plącze się gdzieś obok, przyklejając się elektrycznością
do wszystkiego.
Wyciągam skrzypce jako pierwsza. Babcia pokazuje mi, jak powinnam je trzymać.
Są jakby za duże na drobne ręce i ciężko leżą na słabym ramieniu.
Smyszek zdecydowanie za długi i nie daje się uprosić,
żeby wylądował na strunach.
Dziadek wstaje z kanapy i wrażliwym, pełnym ciepła i troski ruchem,
dotyka mojej dłoni. Smyczek posłusznie trafia na swoje miejsce,
a później, fałszem spływa w dół.
Ogromne rozczarowanie, śmiech pozostałych. Chcę spróbować jeszcze raz,
ale kolej na siostrę. Podbudowałam się, kiedy jej też się nie
udało, zwłaszcza, że była większa ode mnie
i łatwiej uchwyciła prawidłowe ułożnie rąk i głowy.
Po chwili, zdegustowana, oddała i mi skrzypce.
Spróbowałam ponownie obudzić w instrumencie duszę-swoją, albo jego.
Nie udało się. Ostatecznie, poirytowana babcia,
schowała skrzypce do futerału i znaczącym trzaskiem wieka,
zabrała mi muzykę. Pamiętam jak powiedziała, że skrzypce
nie służą do zabawy, ale do gry na nich.
Nigdy jej nie powiedziałam, że potraktowałam to wydarzenie naprawdę poważnie.
Nigdy nie nauczyłam się grać na skrzypcach. Najbardziej jednak zabolało
mnie to, że po latach, babcia sprzedała je Akademii Muzycznej.
Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak się stało.
Ciekawe, co by powiedział pradziadek, bo przecież do niego należały,
a ona nigdy nie umiała wydobyć z nich żadnej, poprawnej nuty.
Nie lubię o tym myśleć. W imaginacji wylewam naftę na te obrazy i zapalam
zapałkę. Odchodzę gdzieś, ciagnąc za sobą swój cień na łańcuchu jak żałobny kir.

16 listopada 2008

skafander

Przystanął na chwilę w momencie, w którym akurat próbowałam wyjść z siebie.
Spojrzał na mnie z nieskrywanym zainteresowaniem, uniósł brwi
w niedowierzaniu i lekko rozchylił usta.
Wsunął ręce do kieszeni wytartych dżinsów i przechylając głowę,
wciąż mi się przyglądał.
Ubrana w ciasny skafander ze skóry i tłuszczu, brudny od fekaliów dnia
codziennego, pocięty prozą życia, poobklejany spojrzeniami
i wyzwiskami bezpłciowych postaci i wreszcie, połatany niedbale
dobrymi radami niedoświadczonych i głupich, wyglądałam raczej dość
dziwacznie. Wzrok pomyleńca i grymasy skazańca, zaklasyfikowały mnie
w jego oczach do grupy zjawisk ciekawych.
Kiedy rwałam włosy z głowy i paznokciami usiłowałam zedrzeć
z siebie palącą skórę, zawodząc przy tym i mamrocząc jakieś bzdury,
zbliżył się do mnie na odległość kroku. Wyciągnął do mnie rękę.
- Pomogę.-powiedział.
Zupełnie zbita z tropu, spojrzałam na niego z obłędem w oczach.
- Idź stąd.
Podszedł bliżej i dotknął mojej głowy. Wzdrygnęłam się, jakby mnie
prąd kopnął.
- To z tym masz problem.-stwierdził, bez cienia wątpliwości.
- Gówno cię to obchodzi, człowieku. Spierdalaj.
Zbliżył się do mnie i dotknął ciepłymi wargami moich.
Zdecydowanie przytrzymał mnie jedną ręką w pasie,
a drugą rozchylił moje usta. Dotknął językiem mojego podniebienia
i zaciągnął się silnie moim oddechem.
Zrobiło mi się słabo i upadłam w bezsile na ziemię,
a on nawet nie starał się mnie przytrzymać.
- Teraz możesz rozpiąć swój skafander-powiedział z cwaniackim uśmiechem.
Wstałam i poczułam się dziwnie lekka, nie było to jednak błogie uczucie.
Byłam pusta jak wydmuszka i miałam wrażenie, że wszystko
zapada się we mnie do środka. Skafander spłynął po mnie do stóp
jak kropla wody po szybie. W głowie miałam chaos,
serce tłukło się w piersi jak rozpędzony pociąg po torach,
a to, co ze mnie zostało, było mdłe i bez wyrazu.
- Co mi zrobiłeś?-wyszeptałam załamującym się głosem.
- Dzięki mnie, jesteś teraz lżejsza o dwadzieścia jeden gramów.-
odpowiedział, z tym samym, co wcześniej uśmiechem.
Łzy spłynęły mi po policzkach, a on odszedł wsuwając moją duszę do kieszeni.
Pozbyłam się skafandra, ale stałam się przez to pusta i nietrwała
jak bańka mydlana-w zabawie, wypuszczona przez okno w nieznane.
Pękłam za rogiem, kiedy ktoś dotknął mojego nieopakowanego wnętrza.

14 listopada 2008

o skrzydłach

Ogarnął mnie zły nastrój. Najpierw przysiadł na moim ramieniu,
jak brudny i gruby gołąb, później usiadł na głowie
i powoli wydrążył się do środka. Dziobał moją głowę tak długo
i tak mocno, aż miałam wrażenie, że posiądzie mój mózg,
jak rozpłodowy ogier podsuniętą klacz.
Obiad przez dwie godziny stał na podłodze. Pies czekał,
aż w końcu pójdzie na spacer, a ja oglądałam francuski,
czarno-biały film. Nie znałam tytułu, reżysera, roku produkcji,
a w ciągu kilkudziesięciu minut oglądania, pojawił się tylko jeden aktor
i też nie wiem jak się nazywał..
Ostatecznie, do pokoju wpadła mama i po ostrej wymianie zdań,
w przypływie furii, wyrwała z telewizora kabel od kablówki.
Nie ruszyłam się. Przez dobrych piętnaście minut,
siedziałam w tym samym miejscu patrząc, jak śnieży.
Włączyłam komputer i Snowgoons'ów-na cały regulator.
Bezmyślnie klikałam po kolei we wszystkie foldery na pulpicie.
W końcu ubrałam się, wzięłam aparat i wyszłam.
Spacerowałam po torach jak linoskoczek.
(Nie, linoskoczek wskoczyłby wyżej.)
W każdym razie, szłam po torach i zastanawiałam się co zrobię,
jeśli usłyszę pociąg.
Nieważne,szłam dalej. Co jakiś czas zeskakiwałam z szyny
i stąpałam po podkładach kolejowych.
(Te tramwajowe są z Kutna, a kolejowe gdzie się, kurwa, robi? Nieważne też.)
W końcu zobaczyłam światła pociągu. Toczył się wolno po torach.
Wiedziałam już, że to towarowy i nie ma sensu się pod niego rzucać.
Taka prędkość to żadne wyzwanie.
Zeszłam z torów, wypieprzyłam się o dzikie jeżyny, wstałam i poszłam dalej.
Poszłam na opuszczoną budowę. Od dawna nie było tam nikogo, poza
okolicznymi gówniarzami i menelami.
Weszłam na ostatnie piętro, spojrzałam w dół.
Zakręciło mi się w głowie.
Przypomniałam sobie tę rozmowę o lataniu.
Przypomniałam sobie "Złamane skrzydła".
Spojrzałam w dół raz jeszcze.
Skoro codzienność podcina nam skrzydła, to znaczy, że jednak je mamy.

"Jednym krokiem sprawię, że hukiem przerwę ciszę."

Jednym krokiem zeszłam zatem na dół. Leciałam, ale w dół, tylko w dół.
Nikt mi nigdy nie powiedział, że ze złamanymi skrzydłami nie mogę nawet
poszybować. Spadłam na dół jak tona nieszczęścia, roztrzaskując się
o chodnik jak statek o skałę w czasie sztormu.
Człowiek nie umie latać. Lot w dół, to tylko spadanie.
Takie skrzydła, to se mogę w dupę wsadzić.

13 listopada 2008

niemy list

Palcem na moim ciele, napisałeś bardzo długi list, kiedy spałam.
Obudziłam się nad ranem. Zimne powietrze pływało po moich plecach,
sącząc się wciąż obficie przez otwarte okno.
Z zamkniętymi oczami, uśmiechając się, powiedziałam Ci "dzień dobry"
i poprosiłam, żebyś zamknął okno.
Nie odpowiedziałeś.
Ślepa dłoń zaczęła Cię szukać w pościeli, ale nie znalazła.
Otworzyły się zatem oczy-nie widziały Cię.
Głowa obróciła się w prawo, w lewo, ale oczy nadal Cię nie widziały.
Nogi zeszły z łóżka i poprowadziły ręce i oczy, do pokoju obok-
nie było Cię tam. Nie było Cię również w łazience,
ani w kuchni, ani na balkonie.
Telefon milczał. Nie wiem czyj bardziej-Twój, czy mój
(jeśli cisze w ogóle można do siebie porównywać, jeśli
cisze w ogóle się różnią...) .
Ogarnięta myślą, poszłam do łazienki, wziąć prysznic.
Rozebrałam się i stojąc przed szkłem kabiny,
zobaczyłam swoje odbicie w lustrze.
Całe plecy zapisane były namacalną pretensją.
Starałam się jakoś ogarnąć treść, ale nie potrafiłam.
Czytając wspak, traciłam rezon i ogarniała mnie
jeszcze większa panika. Nie mogłam rozczytać Twojego pisma.
Musiałeś być zdenerwowany, skoro te litery-tak mi zawsze bliskie
i znajome-nagle stały się obce i zupełnie poza moim zasięgiem.
Denerwowałam się i płakałam, bo wykrzywiały się jeszcze bardziej
i znikały pod skórą, kiedy wyginałam się nienaturalnie,
żeby przeczytać całość i zrozumieć.
Zrezygnowana, odwróciłam się twarzą do lustra.
Zobaczyłam brzydką, rozczochraną, smutną i spuchniętą dziewczynę.
Czułam jak łzy spadały na barki i spływały po nagich piersiach.
Uderzyłam rękami w taflę lustra. Pękła krwawą pajęczyną,
roztrzaskała się srebrem i purpurą.
Zakrwawioną dłonią wyjęłam z umywalki większy kawałek szkła.
Był długi i zaostrzony jak nóż.
Wyciągnęłam rękę za siebie i ostrzem przecięłam skórę na plecach,
wzdłuż kręgosłupa. Bolało cholernie, a krew lała się soczyście.
Chwyciłam szkło pewiej, przecinając palce i zadałam kolejne cięcie,
prostopadłe do poprzedniego. Zabolało jeszcze bardziej, piekło
i parzyło jak ogień. Pękło szkło w mojej ręce. Trójkąt skóry,
zwisał z moich pleców, wciąż spływając krwią na białe kafelki.
Nie miałam już siły. Czułam się tak, jakby razem z krwią,
uszło ze mnie życie.
Nie mogłam przeczytać Twojego listu.
Nie mogłam nawet go zdjąć z siebie, wziąć do rąk i przeczytać,
jak każdy inny. Czułam, że te litery palą całe moje ciało
jak żarzący się węgiel. Odcisnęły się piętnem nie tylko na
ciele, ale i na duszy. Płynęły żyłami do mózgu, do serca,
kierowały ruchami rąk i nóg. Sprawiały, że mokra sól
wychylała się bezradnie spod wachlarza rzęs.
Część z tych liter, wciąż płynęła na posadzkę.
Nie mogłam przeczytać Twojego listu, bo tak naprawdę
wcale tego nie chciałeś. Spod mojej ręki, wyszedł ból
płynący gorącą krwią, spod Twojej jednak,
wyszedł ból o wiele większy, bezkrwawy, ale sączący
się jadem i nienawiścią.
Nie pisz do mnie więcej listów.
Nie umiem i nie chcę ich czytać.

12 listopada 2008

trzy słowa

Pomyślałeś kiedyś o ludziach, którzy żebrzą na ulicach?
Przeczytałeś kiedykolwiek od początku do końca to,
co trzymają w wyciągniętych rękach?
Mijasz ich automatycznie, zupełnie obojętnie.
Wiesz, że są. Ty stoisz, oni klęczą-każdy zna swoje miejsce
na drabinie bytów. Ty jesz schabowego z ziemniakami,
oni czasem wyżebrzą na frytki z McDonald'sa.
Nie wiesz kim są, ani kim byli, gdzie mieszkają,
ani czy mają rodzinę.
Czasem rzucisz im jakąś monetę. Nie patrząc na nich, idziesz dalej,
a ich "dziękuję" obchodzi Cię tyle, co zeszłoroczny śnieg.
Oddajesz im drobne-akt miłosierdzia, ale zachowujesz
się tak, jakbyś wyrzucał zużytą chusteczkę do śmietnika.
Po prostu-pozbywasz się drobnych.
Dzisiaj, ja zajmuję miejsce pod starą kamienicą w centrum.
Zawieszam sobie na szyi tekturkę z prośbą.
Siadam na poduszce i czekam.
Bezczelnie patrzę na ludzi. Siedzę wyprostowana i wyławiam
z tłumu zmieszane spojrzenia.
Co jakiś czas, z brzękiem spadają przede mną monety.
Nie mam na nie żadnego kapelusza, ani nawet pudełka po margarynie.
Po siedmiu godzinach klęczenia, setkach ludzi, którzy mnie minęli,
wstałam z klęczek, otrzepałam się, wzięłam poduszkę pod pachę,
schyliłam się po monety i zaczęłam je liczyć.
Trzy złote i siedemnaście groszy.

Wiele lat temu, w Polsce zlikwidowano doszczętnie analfabetyzm,
a jednak dzisiaj, przez siedem godzin, nie spojrzał na mnie nikt,
kto umiałby przeczytać moje słowa. Znaleźli się natomiast ci,
którzy przez leniwą ułomność, rzucali mi pod stopy pieniądze.
Nikt nie przeczytał trzech słów, napisanych grubym markerem.
"Zaadoptuj moją duszę."
Rzucacie drobne, bo w gruncie rzeczy są nic niewarte,
tak samo, jak moja dusza. Odbija się ona od innych,
jak nędzny grosz od chodnika. Upada gdzieś, gdzie nikt
i tak nie spojrzy, a nawet jeśli spojrzy, to nie schyli się,
by podnieść. Leży tak bezpłodnie, niezauważona, warta
trzy złote i siedemnaście groszy.

11 listopada 2008

rysunki

Stanęła nade mną w momencie, kiedy wyobrażałam sobie
spacer na liniach trakcyjnych.
Podeszła z kartką papieru w jednej i ołówkiem w drugiej ręce.
2B-jakaś mini rekompensata za wtargnięcie rzeczywistością
w moją wytęsknioną imaginację.
Powiedziała: "Narysuj siebie na świecie."
Zacisnęłam palce na ołówku i dusząc grafitem kartkę,
narysowałam kulę ziemską i siebie z boku, pod chmurą.
Poleciła: "Narysuj siebie w przyszłości."
Odwróciłam kartkę i poprawiłam przebijające kontury poprzedniego
rysunku.
Podała mi zdjęcie. Stadion wypełniony po brzegi ludźmi.
Dodała: "Narysuj krzyżyk tam, gdzie byś się znalazła."
Skreśliłam krzyżyk na telebimie.
Spojrzała na mnie z troską i szczerym zainteresowaniem i zapytała:
"Jesteś samotna?"
Podeszłam do fontanny, włożyłam do niej głowę, nabrałam wody w usta
i spojrzałam jej kpiąco prosto w oczy.
Powiedziała: "Rozumiem. Nie chcesz mówić."
Podeszłam do niej, oplułam ją brudną wodą z fontanny i odpowiedziałam:
"Nie chce mi się już rysować."

taniec na cmentarzu

Szósta na tarczy. Siedzę przed lustrem i z namaszczeniem maluję
usta, czerwoną jak dojrzały pomidor szminką. Czarną kredką obrysowuję
oczy dookoła. Doczepiam sztuczne rzęsy i proszkiem do pieczenia
wybielam zęby. Gryzie kurwa w dziąsła, ale trudno.
Zakładam szpilki dwunastki i małą czarną z dużym dekoltem.
Stopy męczą się strasznie w drastycznym wygięciu.
Znowu spuchną mi kostki.
Wkładam na głowę filcowy kapelusz i osłaniam twarz czarnym woalem.
Wyglądam jak tania dziwka w żałobie.
Wychodzę z domu i idę na cmentarz.
Siadam na ławce, wkładam do ust papierosa. Od dawna nie palę,
więc tylko anemicznie żuję filtr.
W końcu, podnoszę się energicznie i staję na płycie nagrobnej.
Zaczynam nucić jakąś sprośną piosenkę, a w takt melodii,
tańczę i rozbieram się. Zadzieram lubieżnie sukienkę,
choć już wcześniej, zbyt wiele nie zasłaniała. Po chwili zsuwam
ją z ramion, a później z bioder.
Ściągam majtki i sikam na złote litery. Zapalam papierosa i wbijam
go w doniczkę z kwiatami. Zapalam go dla Ciebie, zamiast znicza.
Nawet po śmierci muszę Cię kusić i doprowadzać do szału.
Wiem, że dławiłbyś się teraz złością i nie mieściłbyś się w spodniach.

Wszystko dzieje się w mojej głowie. Sama Cię pogrzebałam na cmentarzu
mej pamięci, ale jeśli kiedyś dostąpię spełnienia i stanę nad Twoim
grobem, to tak właśnie się zachowam. Tymczasem, czerwoną szminką,
piszę na płycie epitafium:
"Niech Ci ziemia mokrą będzie. Spoczywaj w podnieceniu, skurwysynie."

9 listopada 2008

kwiat na dywanie

Wkurwiam się. Zbiegam szybko po schodach pod Kaponierę.
Widzę pod stopami ślady krwi. Czuję zapach potu, krwi właśnie
i brudnego, rozkładającego się ciała.
Podziemia ronda, to raczej małoprawdopodobne miejsce zbrodni.
Chociaż, kto wie... W końcu "te dzisiejsze czasy", no i
"ta dzisiejsza młodzież"... Mam to w dupie, właściwie.
Drażni mnie, kurwa, ten smród, ale w końcu jeszcze kawałek
i wychodzę na powierzchnię. W uszach niezniszczalny "Ghostwriter"
RJD2. Wpadam w trans i nawet jeśli pod Kaponierą, odbywałaby się teraz
rzeź niewiniątek, albo chociaż kolejne zdjęcia "Piły",
miałabym to w dupie. Po prostu idę dalej.
Krew coraz gęściej rozlewa się po ziemi, zupełnie jakby ktoś
rozwijał przede mną czerwony dywan. Tylko czemu, kurwa,
ten pierdolony dywan ujebał mi moje najki? Reklamacja,cholera.
Nie mogę już wytrzymać smrodu, daje jak z ubojni.
Obiad podchodzi mi do gardła i ciśnie się niesmakiem na język.
Przysypieszam. Wbiegam na schody spryskane krwią
jak drzwi Egipcjan, bojących się plagi zarazy.
U szczytu schodów, w kałuży krwi, leży mała główka.
Piękny widok, jak z portfolio.
Wychodzę z podziemia i idę na przystanek. Po prawej,
widzę kloszarda na ławce, z rozwalonym, rozkładającym
się kolanem. Krew tryska jak fontanna przed Operą.
I ten zapach,oblecha.
Wsiadam do autobusu i myślę o porzuconej główce.
Jak ktoś, mógł urwać główkę róży?
Pozbawił ją kolców tak bezceremonialnie
i bezczelnie rzucił w tą brudną krew męczennika.
Przypominają mi się słowa Nick'a Cave'a z piosenki
"Where The Wild Roses Grow":

"...all beauty must die..."

I tak wolę żółte tulipany.

8 listopada 2008

krótko o czarno-białym

Zmęczona kładę się na łóżku z kubkiem ciepłej herbaty w ręce
i oglądam program artystyczny z roku '69 pod reżyserią
Olgi Lipińskiej na TVP KULTURA. Kłobuszewski, Łazuka, Pokora,
Sienkiewicz, Kłosowski, Pluciński, niezniszczalny, uczuciowy
wizjoner i poeta-Grechuta... i jeszcze parę,
charakterystycznych postaci z tych czasów. Czarno-biały obraz,
mami mnie jak wesołe miasteczko łakome oczy dziecka.
Jak w hipnozie śledzę akcję-słucham, patrzę, śmieję się.
Niesamowite, jak tak prosty spektakl, przeplatany zabawnymi
piosenkami, okraszony subtelnym poczuciem humoru,
może tak bardzo pogrążyć widza w uwadze i dobrym nastroju.
Godzina mija, w takt muzyki płyną z góry ekranu napisy końcowe.
Z niechęcia wracam do mojej codzienności.
Jest szara, ale to nie to samo, co czarno-biały film, czy kabaret.
Za mało polskości, za mało tego, co indywidualne, nieodtwórcze, nasze.
Tamte czasy, to już niestety pieśń przeszłości, dzisiejsza natomiast
brzmi w moich uszach jak chaotyczna kakofonia.

7 listopada 2008

zimny prezent

Wciąż pamiętam historię o szczeniaku, który w podziurawionym,
kartonowym pudełku, w samochodzie pocztowym, przemierzał kraj,
żeby ucieszyć jakiegoś smarkacza w dzień urodzin.
Nie doczekał się, pewnie nawet nie wiedział gdzie jedzie.
Musiało być mu duszno, ciasno i ciemno. Wielki wysiłek dla tak
małego serduszka sprawił, że wkrótce przestało pracować.
Oderwany od ciepłego mleka matki, potraktowany jak rzecz,
jak prezent, ale widać nie dość wartościowy, by wręczyć go osobiście,
umarł w samotności, stał się tak martwy, jak pozostałe paczki kuriera.
Taki mały, zimy pies, już nikogo nie ucieszy. Nie pomerda ogonem,
nie poliże po ręce, ani po twarzy, nie ogrzeje bosych stóp,
nie ucieszy się, kiedy właściciel wróci do domu, nie obszczeka
nieprzyjaciela, nie pójdzie ochoczo na spacer i nawet nikogo już
nie pokocha, bo głupi człowiek przez swoje lenistwo, ignorancję,
chamstwo i okrucieństwo, odebrał mu taką szansę.
Nie rozumiem. Nienawidzę. Debilizm. Oczyśćmy świat z takich ludzi.

5 listopada 2008

tramwajem do Barcelony

Zdyszana wbiegam do tramwaju. To pierwszy przystanek,
więc jestem sama w wagonie. Wyjmuję książkę i zaczynam
czytać czternasty rozdział. Miarowe stukanie kół, powoli
wprowadza mnie w świat średniowiecznej Hiszpanii.
Jest wcześnie. Wiem, że wszyscy spieszą się do pracy,
że miasto jest zatłoczone i że zaraz do tramwaju,
drzwiami i oknami, zaczną wdzierać się rozwrzeszczane
dzieciaki i ospali dorośli. Nie odrywam wzroku od kartek.
Staram się zamknąć uszy i w ciszy spacerować uliczkami
Barcelony, kilka kroków za moimi bohaterami.

Przystanek pierwszy.

Do mojego wagonu, wsiadają z siatami pełnymi zniczy,
spóźnieni goście sztywnych bliskich.
Część z nich to hadlarze.
Bez paniki-wysiadają na następnym, a ja czytam dalej.

Przystanki drugi i trzeci można opuścić,
bo wsiada na nich zaledwie kilka osób,
a handlarze i goście wysiadają.

Przystanek czwarty.

Zaczyna się. Obok przystanku jest hotel. Stoi między blokami,
rozsianymi tak gęsto, jak trawa na pastwisku.
Wsiadają dzieciaki, które krzyczą coś do siebie przeżuwając
resztki śniadania. Wsiadają też dorośli, którzy zapatrzeni
w jeden punkt, zdają się kontynuować przerwany już sen.
Wsiadają też studenci. Uczepieni jak małpy na uchwytach
tuż pod dachem, czytają poranną gazetę lub przeglądają notatki.
Jeszcze inni-mniej rozwinięci chyba-z zapartym tchem wpatrują
się w wyświetlacze komórek.
Robi się tłoczno. Moja Barcelona, co jakiś czas przestaje
istnieć. Ktoś kaszle, ktoś gada jak najęty przez telefon,
ktoś słucha muzki tak głośno, że cały wagon w myślach nuci
tandetny kawałek i nie zdziwiłabym się, gdyby za chwilę
motorniczy tupał nogą do rytmu.

Przystanki od piątego do dwunastego.

Mam wrażenie, że od początku trasy, wysiadły może cztery osoby.
Jest duszno. Może to tylko ja się duszę. Uwięziona w szczelnej puszce
sunącej po torach, staram się wrócić do Barcelony.
Pojawiam sie tam na chwilę, by za moment wyrwał mnie stamtąd płacz dziecka,
kichnięcie emeryta, albo kaszlnięcie kloszarda.

Przystanek trzynasty.

Żegnam się z Barceloną. Wysiadam. Zaciągam się powietrzem
i znowu mam w głowie jedną myśl..Tramwaj numer trzynaście,
przystanek numer trzynaście i tak codziennie, tam i z powrotem,
czasem po kilka razy. Czy naprawdę niemożliwe jest, żeby tramwajem
dojechać do Barcelony?