29 września 2011

makaron i cukier

Do ust mnie nieś i dław zachłystuj się
wyjąkaj ten głód i jedz łapczywie znów
nim rozbełta ci spojrzenie dziwny wstyd
nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół
*



No i stało się. Trzasnęły drzwi. Przez rozbite okno wdarł się
do mieszkania nieprzyjemny, nieuprzejmy chłód. Skruszył
się tynk nad naszym wspólnym zdjęciem. Drewniana ramka
zakołysała się na gwoździu, przekrzywiając się nienaturalnie
i zastygła. Jeszcze przez chwilę tłukły się o ściany
pojedyncze słowa, popychane pospiesznie ciepłym oddechem.
To lato jakoś szybko się skończyło. Wsiąknęło w drewnianą
podłogę, rozwiało się ze świszczącym wiatrem, pofrunęło z morskim
piaskiem w jakieś gdzieś. Jesień przemknęła niezauważona pod ścianą,
ciągnąc za śnieżny welon pieprzoną królową śniegu.
Nagle z sierpnia zrobił się grudzień. Chropowaty lód skuł wszystkie
lustra na niewidome obrazy, rozsadził słoiki z malinową konfiturą
skrywaną w mroku spiżarni. Woda kapiąca z rury w kuchni, formowała
coraz większe lodowisko.
Szafy opróżniły się po cichu, poopadały firanki, garnki i kubki zeszły
schodami na dół. Tylko na chwilę, bo zaraz miały przecież wrócić.
Zostały więc niepodlane kwiaty, niedokarmione gołębie i koty, cukier
i makaron w szafce obok piekarnika. Czekały. Zostały obietnice
wiążące nasze losy na gordyjski supeł. Nigdy niespełnione.
A my wyszliśmy na chwilę trzaskając drzwiami.
Kwiaty uschły zwieszając się smutno z wysokich tyczek.
Koty poszły paść brzuchy do innych .
Gołębie odleciały w jakąś nicość i zostawiły po sobie puste niebo,
a makaron i cukier nigdy się nie psują.

W łazience prowokujesz torsje
i twoje serce zwraca na posadzkę chłodną
podniecenie całą czułość uwielbienie
bulimiczne serce zwraca na posadzkę
całą moją miłość
myjesz palce *

* Kasia Nosowska – Nomada

20 września 2011

made in china

Nie była już pierwszej młodości, bladosiwe strąki włosów
opadały niedbale na pomarszczone czoło i drażniły zmęczone oczy.
Przygarbiona sylwetka, powykrzywiane wieloletnią pracą palce
i sękate kolana, drżące pod taflą plisowanej spódnicy.
Jej twarz wyglądała jak zmięta kartka papieru, nie tyle pomarszczona,
co po prostu zgnieciona w dłoni i uformowana w kulkę. Gdzieś
w tej głębi tliły się nieśmiało jasnozielone oczy, jakieś pożółkłe
i nieostre, jakby ktoś zmniejszył kontrast i rozmazał obraz.
Była filigranowej postury, maleńka jak miniatura człowieka,
jak obraz z niewłaściwej strony lupy; niepozorna postać,
zwyczajny, szary obywatel ubrany w spódnicę z marketowej promocji
i bluzkę z żabotem, z pobliskiego bazaru; uosobienie smutku,
kwintesencja społecznego niebytu, żywy pomnik oczekiwania
na śmierć.

Kiedyś to miasto było dla niej nadzieją, oczekiwaniem, krętą
drogą ku lepszemu, wygranym losem w loterii fantowej.
Pojechała tam jak inni – dla pieniędzy, które leżą na chodnikach
i wystarczy tylko się po nie schylić; dla miłości, która rozkwita
na drzewach wraz z radosnym przyjściem wiosny i dla pracy,
w której miała być czymś więcej, niż maszyną do zarabiania
pieniędzy.
Kiedy przyjechała, szybko okazało się, że po pieniądze z chodnika
sięgają tylko żebracy, że miłość to plastikowy wytwór
z metką MADE IN CHINA, a jeśli już kwitnie, to głównie
na wynaturzonych billboardach, wykorzenionych z rzeczywistości
przez kilkumetrowe słupy, a jeśli już tam nie chce ci się wdrapać,
to możesz zawsze skorzystać z przytulnej kabiny w którymś z sexshopów.
Żeby dostać pracę, trzeba mieć dwadzieścia pięć lat,
najlepiej pięć ukończonych fakultetów, biegłe trzy języki,
wymiary z photoshopa, dziesięć lat doświadczenia na podobnym
stanowisku i znajomości w euro parlamencie.
W końcu jednak znalazła pracę w saloniku prasowym, za najniższą
krajową pensję, a jej naiwne serce skradł sprzedawca włoskich
butów. Miłość jak z filmu – piękna, namiętna, gwałtowna i ślepa.
On przynosił jej stokrotki z trawnika przed sklepem, a ona gotowała
mu rosół na drobiowym udzie o niskim terminie ważności.
Czytali wspólnie nekrologi objadając się krówkami i rozwiązywali
krzyżówki w gazecie z programem TV, z nadzieją, że uda im się
wygrać czerwony ekspres do kawy. Ona cerowała mu włoskie
skarpetki, a on w podzięce naprawiał cieknący wciąż kran i wymieniał
baterie w sfatygowanym pilocie.

Nie lubiła tego miasta, czuła się w nim jak na raftingu w Kalifornii –
wieczny hałas i pęd, który przyprawiał ją o torsje. Miasto wsysało
ją zachłannie, przeżuwało jej kruchą psychikę i przegryzało
pulsujące nerwy. Coś w niej pękało, pruło się jak niesforna,
niezłapana nić, a im bardziej pękało, tym bardziej bolało,
dudniło i wyło. Chrzęściły w środku jej mięśnie i stawy,
żyły drżały dźwięcząc jak szklane kieliszki, trzewia chlupały
i chrobotały. Nauczyła się oswajać swoje wnętrze, tego intruza,
który wyżerał ją od strony serca; chwilami naprawę potrafiła
go ugłaskać. Jej ukochany sprzedawca pytał wciąż: „ Coś cię
boli, rybeńko? Jesteś jakaś blada. Może połóż się i weź jakąś
tabletkę?” Ona kwitowała to cichym pomrukiem i machnięciem
ręki, a on odpuszczał zapadając się w fotel i popołudniowy,
telewizyjny seans z piwem. W końcu przestała jeść regularnie.
Posiłki ograniczyła do jednego na wieczór, żeby szybciej zasnąć.
Jej ciało chudło stopniowo, oblekając się w łukowate cienie pod żebrami.
Piersi obwisły, jakby ktoś wyssał z nich cały tłuszcz razem z mięśniami.
Włosy zaczęły wypadać garściami, zęby coraz drapieżniej wystawały
z pociemniałych dziąseł. Rysy wyostrzyły się, a cera pobladła
nadając jej twarzy wampiryczny wygląd. Nie patrzyła więc w lustro,
kiedy stała naga w łazience. Makijaż robiła dopiero wtedy, gdy
była zapięta pod szyję. Skrzętnie maskowała sińce pod coraz
bardziej wyłupiastymi oczami. Gasła powoli unikając ludzi,
a potem sprzedawca butów porzucił ją dla cycatej blondyny
z solarium o intelekcie jedwabnika. Miasto mełło ją wciąż
w betonowej gębie, w końcu wypluło na bruk miażdżąc jej
twarz lusterkiem nadjeżdżającego samochodu. Mimika pogrzebała
się w nierównych fałdach skóry, oczy wcisnęły się głębiej,
a nieforemne wargi rozlały się niezgrabnie na lewym policzku.
Wnętrze pęknięte na pół pokruszył na pył jej eks kochanek,
zaczęło wyciekać z jej ust bezładnym potokiem słów,
niezrozumiałym wprost bełkotem.

Ktoś ją stamtąd zabrał, ni stąd ni zowąd spakował ją i zabrał.
Po tylu nieprzespanych nocach, niestrawionych posiłkach,
ułożyła się bezwładnie w walizce jak kot i głaskana po
głowie przez rękę Boga zasnęła.

Tego miasta już nie ma. Zburzono je. Zniknęło z powierzchni
ziemi. To była bomba. Ogromna. Japońska bomba. Zakopano
je głęboko. Pogrzebano nie stawiając żadnego krzyża.
Tam byli ludzie. Spali kiedy miasto zapadało się. Pod ziemię.
Nikt ich nie obudził. Nie obudzą się już nigdy. Zostaną tam
na zawsze. Musieli tam zostać. Musieli. Oni pilnują. Jest tam
mój sprzedawca. Włoskich butów – mówiła.