25 czerwca 2011

playground

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca...

Stan Borys - Jaskółka uwięziona



Mam ochotę upić się z tobą i pogadać chwilę, pomilczeć i z uśmiechów zbudować jakiś sens. Wiesz, to jakaś ironia losu, że jestem taka stara. Jakiś gorzki żart czasu. Dzieciństwo pluje mi w twarz. Może kiedyś mnie tam jeszcze zabierzesz. Na moment, na sekundę. Wejdziemy do piaskownicy bez dowodów osobistych, nikt nie spojrzy już na nas jak na wariatów. Poczujemy znowu w głowach tą samą fantazję, nieskalaną syfem tego świata. Każdy błysk mlecznych zębów będzie znowu szczery i czysty, a dotyk nieskrępowany i ciepły.
Mam problem z tą całą dorosłością. Odwlekam ją w nieskończoność. Kurczowo trzymam się tu i teraz. Nie chcę myśleć o jutrze i o potem. Mam na sobie skafander, obleczony tak ciasno jak zwoje mumii, a dusza lekka jak jaskółka wciąż wyrywa się do światła, w górę, w górę do słońca i mlecznych chmur.

- Co mogę dla ciebie zrobić?
- Po prostu mnie stąd zabierz i bądź. Tak bardzo tęsknię do jutra..
- Spakowałem je dla ciebie w twoje drewniane pudełka z decoupage’u.

Uśmiechnę się do ciebie, zabierzemy butelkę wina. Schowamy się w szałasie w środku lasu, nad jeziorem i będziemy palić papierosy udając, że jesteśmy tacy dorośli. Nakarmię cię poziomkami ociekającymi słodką rosą, dotknę palcem twoich piegów. Rozpalisz dla mnie ognisko i będziemy tańczyć dookoła niego nago, kalecząc stopy o skostniałe szyszki.

- Oszalej ze mną, niech to wróci.
- Niech wróci i zostanę dopóki nie dorośniesz.

Masz czas, żeby ze mną wypić wino?

20 czerwca 2011

nightlife

An every single week
Come lets bring light
To the night of need

Bonobo – Nightlife (feat. Bajka)


Z słuchawki sączy się twój głos, ciepły i gęsty jak czekolada, która dopiero co rozpuściła się w słońcu. Usiłuję złapać cię za strzępy niewypowiedzianych myśli, za te półmilczenia i ćwierćoddechy. Noc chłodzi nagie ramiona, które czekają za snem i ciepłem wspólnej kołdry. Popijam w tych pauzach Ballantine’sa z colą. Przy każdym łyku kostki lodu rozbijają się o zaparowane szkło. W myślach świdruję cię wzrokiem jak francuska kochanka pachnąca elegancją perfum Madame Charmant. Trzepoczę pospiesznie rzęsami, pod nimi tli się iskra pożądania, ukryta jeszcze dalej, gdzieś za ścianą rogówki. Wabię cię do siebie na magnes tkwiący w moich źrenicach. Utopię cię w nich, to tylko kwestia czasu.
Ssę kostki lodu tak, jakbyś mógł to zobaczyć. Chłodna woda wycieka z moich ust i ogrzewa się powoli płynąc w dół po moim podbródku. Spływa leniwie niżej, po szyi w kierunku ramion. Zatrzymuje się w zagłębieniach koło sterczących obojczyków. Ostatnio jakoś bardziej je widać, schudłam przez stres i papierosy. Na samą myśl, że mógłbyś teraz zlizywać rozpalone krople z moich piersi, dostaję gęsiej skórki. Lekki dreszcz przebiega przez kark, symetrycznie wzbudzając też skórę na piegowatych przedramionach. Siedzę w półmroku przedświtu, na powiekach błyska zmęczenie, a ja układam sobie ciebie w myślach w mojej śnieżnobiałej pościeli. Leżysz z twarzą zwróconą do okna, w twoich oczach odbija się światło bladej żarówki. Spoglądasz na mnie co chwilę, jakbyś chciał się upewnić czy na pewno jestem obok. Potem zakrywasz oczy małomówną powieką i przesuwasz palec wzdłuż mojego kręgosłupa. Czuję ciepło twojego oddechu na zmarzniętej szyi. Masz delikatne dłonie, miękkie i lepkie jak wata cukrowa. Twój pot zdenerwowania miesza się z moją chęcią. Przesuwasz lewą dłoń w kierunku mojego brzucha. W pośpiechu pieścisz kciukiem mój pępek. Drugą ręką głaszczesz mnie po policzku, a twoje usta płyną pocałunkami wzdłuż linii moich włosów. Czuję na łydkach twoje chłodne stopy, kolana splątały się nam na supełki.
Nie puszczaj mnie i zostań, dopóki pierwszy promień nie przetnie czarnej peleryny nocy.

Głosy w słuchawce powoli słabną, chrypią i grzęzną w plątaninie kabli i głupich myśli. Robisz zabawne miny, wiem to. Mruczysz cicho i przeciągasz się jak kot. Prężysz kręgosłup i wtulasz policzek w cichą poduszkę. Przytulasz się plecami do zimnej ściany. Pikantne słowa nawlekam na telefoniczny kabel i owijam wokół palca. Uśmiechasz się zawsze, kiedy przestajesz mówić. Milczysz przez moment, żeby mnie posłuchać.
Dotykasz mnie w swoich myślach,
a
ja
to
lubię.


Dla Kubsona za mruczenie do słuchawki o północy,
rozmowy pełne treści i czasu
i małe cisze „do kolejnego wejścia”

13 czerwca 2011

colours.

- Co jest z tobą? - Powiedziała patrząc na niego jak pochyla się nad kępą polnych kwiatów.
- Wiesz, mam ostatnio taką wkrętę na kolory. – Odpowiedział nie odrywając wzroku od ziemi.
- I co z nimi robisz? – Zapytała marszcząc czoło i mrużąc lekko oczy od opadającego już słońca.
- Patrzę na nie. Staram się zapamiętać. Teraz ten mi się podoba. – Mówił to powoli, z jakimś infantylnym uśmiechem w głosie, akcentując kolejno każdą kropkę.
Podeszła do niego, spojrzała na chabry poruszane wiatrem tuż nad jego przykurzonymi tenisówkami. Były jakieś wymięte, poparzone słońcem, ale nadal biły soczystym kolorem.
On nadal wpatrywał się w nie jak w cud natury, jakby nagle ktoś rozsypał u jego stóp szlachetne kamienie z różnych stron świata. Kłosy żyta ocierały się o siebie tańcząc na wietrze i delikatnie szumiały razem z wiatrem.


***

Ostatnio mam ochotę wtulić się w błękit. Ściągnąć go z nieba ciągnąc za sznurek w dół, jak balon napełniony helem. Uszyłabym z niego kołdrę pikowaną piórami dzikich gęsi. Gwiazdy trzeszczałyby gasnąc na mojej skórze. Usiadłabym po środku i jedząc truskawki włączyłabym na full muzykę śnieżnych pól. Nikt by mnie nie znalazł. Nikt by mnie nie usłyszał.

Idę przed siebie potykając się o czerwień. Maki spływają po butach krwawą strugą. W twarz bije mi gorąca pomarańcz zachodzącego słońca. Myślę o tych ptakach powrotnych, co umierają na rozdrożach wśród pomarańczy, w wierszu Baczyńskiego. Zawsze wizualizuję sobie w głowie tą scenę. Umierający ptak ma w sobie coś mitycznego, jakąś symbolikę chwytającą za serce. Leżąc na ziemi jest taki mały, pokraczny i zupełnie bez sensu, jak zdepnięty ślimak.

Mam ochotę zakochać się na nowo w bieli. Pamiętam kwiaty wiśni, które tak pachną wiosną. Japonia. Pękate, złociste pszczoły, uwijające się w pocie czoła. Nigdy nie mów, że kolory nie pachną. Można je nawet wyczuć dłońmi.
Lubię czasem zamknąć oczy i przewijać pod powieką stare obrazy tętniące kolorem i zapachami. Chwytam w palce źdźbło trawy i przesuwając je w poprzek linii papilarnych czuję, jak krawędź zieleni przecina mi skórę. Kropla krwi napełnia się purpurą. Spływa po palcu trzęsąc się jakby z zimna. Oblizuję ją i czuję na języku słodki smak płynnego metalu.
Krew o innym kolorze nie smakowałaby tak dobrze.
Lubię z Tobą bawić się w synestetyków. Jutro pokażesz mi więcej.


Dla Adamo, bo zawsze-cholera-przeciera mi oczy i pokazuje coś nowego.

8 czerwca 2011

lato

Lato zaczęło się na dobre. Od kilku dni rozgorączkowany słupek rtęci wskazuje ponad trzydzieści stopni. Siedzę na ławce przed fontanną i czuję jak krople wody mieszają się z potem na pulsującej skroni, sól krystalizuje się na moich piersiach. Oddycham ciężko i szybko, mimo tego wyciągam z kieszeni magiczne pudełko Marlboro i wkładam do ust wymiętego papierosa. Wysoki płomień pospiesznie wyskakuje z zapalniczki, a jego temperatura chyba niewiele różni się od temperatury powietrza. Mrużę oczy i zaciągam się mocno, wsłuchując się w głębię głosu Tracy Chapman, który tak dobrze miesza się teraz z moimi myślami. Przy każdym kolejnym wdechu, czuję jak tytoń drażni przełyk i rozedrgane struny głosowe. Robi mi się jeszcze cieplej. W takie upały okoliczny element gromadzi się nawet przy najmniejszym źródle wody, złazi się z tajemnych kryjówek, idąc półcieniami z przymrużonymi od słońca oczami i spalonymi nozdrzami wyszukuje wody. Moczą opuchnięte stopy, brodzą w wodzie depcząc złote grosze wrzucone na szczęście, kotłują się w jakimś dziwnym rytuale razem z osiedlowym ptactwem. Gołębie zraszają wodą poparzone skrzydła, piją zaszczaną przez dzieciaki wodę i z niechęcią wzbijają się znowu w rozgrzane, spocone niebo.
Obserwuję ludzi dookoła fontanny. Siedzą w tym magicznym okręgu, zajmując kolejne ławki, które kojarzą mi się ze stacjami jakiegoś popierdolonego pociągu z bajek dla dzieci, jeżdżącego w kółko-niby ciągle gdzieś jedzie, a jednocześnie nigdy donikąd nie dojeżdża. Ja też siedzę w tym kręgu i ławka po ławce, stacja po stacji, przyglądam się każdemu. Mam wrażenie, że farba z ławki topi się na mojej skórze.

Koło mnie siedzi jakaś panna-szara mysz w spłowiałej koszulce w paski i w przetartych, beżowych spodenkach. Ma mleczną skórę, dość mocne okulary, z wielkim zaangażowaniem produkuje jakiegoś smsa. Przygryza usta i w zaaferowaniu ściąga brwi, jakby miała przy nich jakiś sznurek. Może ktoś ją rzucił i boi się zadzwonić, żeby go zbluzgać. Mogłabym to zrobić za nią, ale żal mi jakoś rozstawać się z Tracy, chociaż przesłuchałam te płytę przynajmniej kilkadziesiąt razy i znam na pamięć każde słowo. Nie pasjonuje mnie moja sąsiadka, monotonna jak niedzielna msza. Wieje od niej przejmująca nudą, ale chociaż coś porusza tutaj zastanym powietrzem.

Za nią dwóch facetów w wieku średnim, odzieżowo wpasowują się idealnie w pokoleniowy brak polotu i totalną ignorancję dla sklepów, w których nie płaci się za kilogram, a za sztukę. Znoszone adidaski i skarpetki do sandałów, obowiązkowo t-shirty ciasno wciśnięte w spodnie. Pitolą coś sobie na przerośnięte uszka, siedząc noga na nogę, w jednej ręce dzierżąc puszkowany browar. Ukradkiem przechylają napój i zachłannymi łykami doją nagrzane puszki. Światło odbija się od złotego aluminium Warki Strong. Ploteczki z dzielni z bezrobotnej ręki. Od czasu do czasu znad ich ławki unosi się dym tanich papierosów. Obstawiam Viceroy’e.

Kolejną ławkę można by w zasadzie pominąć-siedzi na niej sklejona ze sobą parka, obściskująca się jakby na zapas, jakby zaraz mieli iść. Nie pójdą, no jasne, że nie. Pewnie siedzą tu od rana i posiedzą jeszcze do jutra. Ciągle im nie starcza czasu, żeby nagadać się tą mową napalonych ciał, pożegnać się werbalnie i iść do swoich domów. To oczywiste, że mieszkają osobno, gdyby tak nie było, to siedzieli by od siebie w odległości minimum dwudziestu centymetrów, trzymając się z grzeczności za ręce i uśmiechając się leciutko, co jakiś czas spoglądaliby sobie głęboko w oczy. Po jakimś czasie intensywność i kierunek spojrzenia zawsze słabnie, na końcu osiągając zawsze najbardziej frapujący punkt na gołej ścianie, dlatego ja z nikim nie chodzę do parku.

Trzy następne stacje okupują grubymi dupskami cyganie (Romowie-jeśli miałoby być grzeczniej. Brzmi chujowo, nie?) z rozwrzeszczanymi bachorami. Naprawdę nie lubię dzieci, a tych małych brudasów ze smoczkami na złotych łańcuchach, skrzących się w słońcu jak plomba, którzy od stóp do głów parują barokowym przepychem, tandetą i gównem przypudrowanym brokatem, wysiedliłabym do baraków kilkadziesiąt kilometrów za miastem, a najlepiej gdzieś dwa skrzyżowania za końcem świata. Oblewają się wodą z fontanny, drą się wielogłosem tak głośno, jakby nagle znaleźli się w epicentrum trzęsienia ziemi. Rzucają butelkami, matki szarpią dzieci za pulchniutkie, opalone rączki. Nic dziwnego, że kolejne dwie ławki są puste.

Dalej w plisowanych spódnicach do połowy łydki, siedzą dwie staruszki. Pomarszczone nosy dźwigają siermiężne, druciane okulary. Białe loki, zmiany pigmentowe na spłowiałej skórze, pastelowe kolory starości. Trzymają w trzęsących dłoniach papierosy i synchronicznie przykładają je do ust. Zaciągając się tak mocno, że prawie dopochwowo, wysysają przez pożółkłe filtry całe zło tego świata. Przyprawia to ich pogniecione czasem twarze o jakiś dziwny grymas, gęby wydłużają się niemal dwukrotnie i nagle każda zmarszczka znajduje swój prawidłowy bieg w zapadniętych policzkach.

Na następnej ławce siedzę ja w mglistym towarzystwie zaszczepionej dousznie Tracy. Obserwuję dzieciaki biegające jak popieprzone satelity dookoła fontanny. Jeżdżą na rowerach, mieszają magiczne mikstury z wody, zielska i piasku, opalają wątłe kończyny i szczerzą do siebie w pośpiechu mleczne zęby. Ciągle schodzą się nowi admiratorzy źródełka, nawet ten stary, siwy wariat, którego już tak dawno nie widziałam. Mógłby być motorniczym naszego pociągu, bo łazi powłócząc nogami od ławki, do ławki i zagaduje każdego swoją istotną refleksją. Macha rękami, rozkazuje coś dzieciakom, na przemian śmieje się i wkurwia, jak kobieta w menopauzie. Mnie omija, bo wybudowałam dookoła siebie nieprzekraczalny mur milczenia. Siada koło mojej sąsiadki i gada coś do niej z zaangażowaniem, nie wiem nawet o czym. Ona na moment odrywa podwójny wzrok od ekranu komórki. Po jej mimice wnioskuję, że wariat nie jest w jej ocenie bardziej interesujący, niż treść płodzonego wciąż smsa. W końcu dziadek odchodzi i zmierza w stronę staruszek przyssanych do filtrów.
Pociąg wciąż krąży w kółko.

Nie patrzę już na to, co się dookoła mnie dzieje, zaglądam na chwilę do środka samej siebie. Myślę o tym, co mnie czeka tego lata. Pamiętasz? Miałeś zabrać mnie w jakieś tylko nasze miejsce, schować mnie przed światem i szeptać do ucha pikantne komplementy. Moglibyśmy znowu wykąpać się o północy w jeziorze w towarzystwie nawołujących nad głową ptaków i szeleszczących skrzydeł nietoperzy. Usiadłbyś potem koło mnie na pomoście, dotknąłbyś mojego uda i nic nie mówiąc zamknąłbyś cały świat w otaczającym nas metrze sześciennym powietrza. Moje długie włosy przyklejałyby się do twojej skóry. Nikt by nas nie widział. Nikt nie widziałby jak przy wschodzie słońca tracę oddech dźwigając cię na obsypanych świeżymi piegami piersiach. Jezioro parowałoby zapachem olejku do opalania.

Takiego lata już nie będzie. Wysiadam z pociągu i zmieniając playlistę idę do domu.