6 sierpnia 2009

papierowy przyjaciel

W moich oczach biały szron,
Krajobrazy skute mrozem.
On mych pragnień kruszy lód,
Nieporadny, pełen ciepła mały człowiek.
W moim sercu już się zrodził
Niepojęcie mały ktoś.
Mały człowiek, niby nikt,
Wielkie morza moich myśli ułagodził.

Śpij mój mały synku,
Zaśnij, nie płacz dłużej.
Twój maleńki, biały okręcik
Stoi bezpieczny w wielkiej kałuży.
Twój maleńki okręt
Piękną ma pogodę.
Ile jeszcze deszczów przeminie,
Nim ruszysz tam, całkiem sam na wielką wodę?

"Mały Człowiek"
Krewni i Znajomi Królika




Jej mały przyjaciel był z papieru. Patrzył na nią
czarnymi kropkami narysowanymi szkolnym flamastrem
i uśmiechał się równie nieprawdziwym uśmiechem.
Był naprawdę niewielki. Mieszkał na statku z okładki
folderu biura podróży i dryfował nim po blaszanej misce
wypełnionej deszczówką.
Spędzała z nim każdy dzień, godzinami rozmawiając z nim
i wymyślając rozmaite zabawy. Wrzucała mu do miski czysty
piasek i muszle znad morza piszcząc przy tym z radości.
Kolebała miską rozlewając wodę, a mały stateczek niepewnie
kołysał się na rozhuśtanych falach.
Nie bój się, mówiła. Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić,
mój przyjacielu. Uśmiechała się do niego serdecznie
i ciepłym oddechem starała się osuszyć go z kropli wody.
Jego statek z każdym dniem nabierał coraz więcej wody,
dno przemakało, a burty rozmiękały jak ciasto. Ona jednak,
pochłonięta zabawą, nie zwracała na to uwagi. Po deszczu
dolewała do miski wody, która zdążyła się zebrać pod rynną.
Śmiała się widząc, jak stateczek kręci się w kółko
po spienionej tafli. Z czasem, woda zaczęła się przelewać.
Każdy krok, postawiony na drewnianej podłodze
powodował, że po brzegu miski spływał coraz to większy
wodospad, tworząc na podłodze wciąż powiększającą się
kałużę. Ona ciągle się śmiała i klaszcząc w dłonie, krzyczała:
Widziałeś ile masz już wody?! Jeszcze trochę i będziesz
żeglował po pokoju! Cieszysz się?
Przyjaciel patrzył na nią jednak niezmiennym spojrzeniem
i uśmiechał się tak, jak zawsze.
O tej porze roku deszcz padał bardzo często, więc wiaderko
ustawione pod rynną napełniało się przynajmniej raz dziennie.

Biegała akurat boso po deszczu, kiedy zauważyła, że z wiaderka
zaczyna wylewać się woda. Podbiegła do rynny, chwyciła wiadro
za pogiętą, metalową rączkę i chlustając na boki strumieniami
ciepłego deszczu, pobiegła do domu. Zbliżyła się do miski,
którą otaczała metrowa już kałuża, uniosła wiadro nad biodra,
a kiedy chciała je przechylić, metalowy pałąk pękł na pół.
Wiadro z łoskotem wpadło do miski, która chybocząc się
dramatycznie, ostatecznie wywróciła się do góry dnem.
Wiadro bębniąc i dzwoniąc toczyło się dalej, wywracając
przy tym wszystko, co spotkało na swojej drodze.
Woda płynęła przez pokój-po linoleum i wzorzystych dywanach,
a wraz z nią sunął mały, papierowy okręcik. Kręcił w wodzie
kołowrotki, zanurzał się pod falami i coraz bardziej
rozmakał i pęczniał. Papierowy przyjaciel zniknął gdzieś
wcześniej, a ona, posuwając się teraz wolno na czworakach,
zataczając dłońmi szerokie koła, płacząc i krzycząc,
szukała go wśród przemokniętych przedmiotów.
Chwyciła wiadro i cisnęła nim w złości przed siebie.
Sięgnęła po miskę, odwróciła ją i wtedy go zobaczyła.
Leżał na dnie miski, bezwładny i martwy. Kratka jego
papieru rozmazała się, tworząc chaotyczny i smutny obraz.
Twarz też miał zamazaną. W miejscu oczu i dawnego uśmiechu,
tkwiły teraz czarne kleksy. Sflaczały, mokry i cieknący
jak zużyty kondom, leżał tam, na dnie miski, nieświadomy
swojej śmierci, ani wcześniejszego życia. A ona?
A ona płakała; zanosiła się płaczem, rozmazując przy tym
na twarzy łzy razem ze smarkami. Zawsze tak się kończyło.
To był jej dziesiąty papierowy przyjaciel w tym miesiącu.
Miała trzydzieści siedem lat, chorobę psychiczną i cholerną
potrzebę bycia kochaną.

Brak komentarzy: