Praca w sklepie zoologicznym stanowi dla mnie niebywały wręcz zaszczyt, stwarza mi ona tę wyjątkowa okazję do bezsprzecznie fascynującej, prawie codziennej-przerywanej nudnymi i zupełnie niepotrzebnymi przerwami, nieuchronnymi dniami wolnymi i czasem na sen, (którego też mogłoby nie być, bo i po co?)-konwersacji z niewiarygodnie czarującymi klientami. Aż się wierzyć nie chce, że tak absolutnie fantastyczni ludzie stąpają po tym ziemskim padole i w swej wyjątkowej łasce zstępują właśnie tu, gdzie pracuję i właśnie MNIE zwiastują swoją dobrą nowinę. Zaprawdę powiadam
Wam, że nie ma na ziemi szczęśliwszego sprzedawcy, niż ja.
Powiesz ironia, sarkazm? Posłuchaj człowieku-opowiem ci kilka historyjek z mojego barwnego życia zawodowego i-głowę daję-będziesz siedział i słuchał urzeczony, z rozdziawioną gębą, a potem powiesz sobie w myśli "K...a, ta dupa to ma cholerne szczęście!...".
Historia numer jeden.
Chwila po dziewiątej-rano, rzecz jasna. Do sklepu wchodzi pierwszy klient. Mija mnie oczywiście, bo jakżeby inaczej, skoro lada, za którą stoję, ciągnie się prawie od samych bramek. No ale on mnie nie widzi, żadnego "dzień dobry", skinienia głową, czy choćby spojrzenia w moją stronę. Wchodzi gość jak do siebie, a przecież jest U MNIE. Facet kręci się przy psich karmach, schyla się, sapie, coś gada pod nosem, szarpie się z czymś, znowu sapie i gada. Podchodzi w końcu do lady, czerwony jak pomidor, wściekły i nadęty jak purchawka, którą-zdawałoby się-lekkie nawet muśnięcie doprowadziłoby do eksplozji-i zadzierając nos do góry, rzęzi przez zaciśnięte zęby:
- Podejdzie pani do mnie, czy potrzebuje pani specjalnego zaproszenia?
- Wystarczyłoby zwyczajne "dzień dobry", "przepraszam", albo "czy mógłbym".
- Dobrze, w takim razie proszę o przyniesienie do kasy tej piętnastokilowej karmy, która leży na samym dole.
- W porządku, skoro nie ma pan wystarczająco dużo siły z samego rana i musi się pan wyręczać kobietą niższą i słabszą od siebie, to proszę bardzo.- To powiedziawszy, podchodzę do góry worków z karmą i po kolei rzucam je na podłogę. Zupełnie nieopatrznie jedna z nich ląduje na bucie ów jegomościa, za co oczywiście serdecznie przepraszam. Dokopuję się do ostatniej, (tej jedynej!) i z błyskiem w oku, zarzucam ją sobie na ramię. Facet dębieje. Lekko wygięta na bok targam karmę do kasy. Facet bąka za moimi plecami, że może jednak pomoże. Proszę się nie fatygować-ucinam krótko. Gość daje mi pieniądze, chowa resztę wraz z paragonem do sfatygowanego, skórzanego portfela i... nie może podnieść worka. Ja triumfuję w środku. Próbuje na drugą rączkę-też nic. W końcu łapie worek za dwa rogi i ciągnie go za sobą jak zwłoki. Na odchodne, siny z wysiłku, ciska mi gniewne spojrzenie i znowu przez zęby cedzi: do widzenia i miłego dnia. A ja? Udaję, że nie słyszę.
Historia numer dwa
Paryskim krokiem, nóżką numer 38, odzianą w kozaki z pantery, wkracza do sklepu dama-jakaś poirytowana, o ustach ściągniętych tak ciasno, jakby ktoś obwiązał je sznurkiem. Podchodzi do kasy i wymachując mi przed oczami rękami w aksamitnych rękawiczkach oraz cętkowaną torebką, krzyczy:
- Czy ma pani coś na zęby dla psa?!
- Oczywiście-pasty, przysmaki, spreje, tabletki...- Wymieniam i widzę, jak kobiecie stopniowo powiększają się oczy.
- Ja potrzebuje coś, no, żeby nie wypadały, bo ciągle tylko po chacie zęby zbieram i do tego nieziemsko mu z pyska jedzie!- Krzyczy i dalej wymachuje torebką i łapami.
- A w jakim wieku jest pani pies?
- No..yyy...Jakieś trzy miesiące ma...Chyba...
Od razu myślę-tępe babsko, książek nie czyta, na psach się nie zna i pewnie jeszcze myśli, że "siad" i "leżeć", to szczeniak z mlekiem matki w pakiecie wysysa. Zachowując powagę, pytam jednak:
- A czy pies ma już stałe zęby?
- Jak to stałe?
- Inaczej, czy wypadły mu już mleczaki?
- A to psy mleczaki mają, jak ludzie?!-pyta ona, a jej oczy, a raczej ich zawartość,albo wszystko naraz chyba zaraz chlusną mi na twarz. Potakuję głową, a ona przykrywa wszystko nerwowym, histerycznym śmiechem i krztusząc się, piszczy: A ja myślałam, (No na pewno!) że on jest chory! Hahahahahaha, ach no, dziękuję pani po stokroć! Nagle z impetem rzuca mi się na szyję, aż jej z torebki coś wypadło i całuje mnie tymi ściągniętymi ustami. Wyrywam się z potrzasku, że to niby chcę pozbierać szpargały z jej torebki. Spoglądam pod swoje nogi i-ku mojemu zdziwieniu-widzę małego szczeniaka, a wokół niego kilka śnieżno białych, mlecznych zębów.
Historia numer trzy
Standardowo bez "dzień dobry", wpada do sklepu zaaferowana, głośna, czteroosobowa rodzinka (jak się domyślam: mama, syn, córka i "coś", co mogłoby być ojcem). Drąc paszcze, nastoletnie dzieciaki, ciągną matkę i "coś" do regału z psimi puszkami. Obserwuję ich z boku i czekam. W końcu młody, nawet do mnie nie podchodząc, krzyczy:
- Jakaś pucha dla yorka! (tu: Yorkshire terrier-szczególnie popularna ostatnio rasa, rodzaj psa kieszonkowego, szczególnie lubującego się w przebierankach, spineczkach i innych szaradach. Nawet jeśli na rasowego nie wygląda, jego właściciel z pewnością będzie twierdził inaczej.)
Hamując nerwy podchodzę. Kolejno wymieniam i pokazuję rozmaite puszki i pasztety, zaczynając oczywiście od lepszych, a więc takich, które mają więcej, niż 4% mięsa i mniej, niż 96% wody. Na opakowaniu pierwszej z nich widnieje wizerunek west'a (tu: West highland white terrier-szczególnie popularna ostatnio rasa, rodzaj psa kieszonkowego, szczególnie lubującego się w przebierankach, spineczkach i innych szaradach. Nawet jeśli na rasowego nie wygląda, jego właściciel z pewnością będzie twierdził inaczej.) Rodzinka patrzy na mnie jak cielęta, a młody rzuca rozjuszony:
- Co pani mi tu pieprzy?! Przecież widzę, że to nie jest karma dla yorków, nie?!
- No fakt, to jest karma dla psów. Przykro mi, ale te dla yorków już się nam skończyły.
No i powiedz teraz sam, czy nie zazdrościsz mi tego, że codziennie na mojej drodze Bóg stawia same najznakomitsze osobistości? Czy nie jest tak, że od tej chwili Twoim największym marzeniem jest choć przez chwilę być na moim miejscu? Usłyszałbyś wtedy jeszcze inne historię, np. tę o kameleonie, którego właścicielka karmiła kurczakiem (bo tak słodko jadł!), do momentu, aż nie wyszła mu na wierzch kloaka. Albo tę o papudze żako, która została zabita przez pewnego mężczyznę, chcącego zemścić się na byłej dziewczynie za to, że od niego odeszła. Albo tę o pieskach kieszonkowych, które w porze deszczowej załatwiają się do kuwety, bo nie lubią moknąć. Albo wreszcie tę o yorku, którego podczas spaceru nad Wartą porwał jastrząb i nigdy już nie zaznał (ten york) ziemskich rozkoszy. Uwierz, że historii takich są tysiące, że mogę sobie nimi wytapetować pokój, przedpokój i wszystko, co zechcę. Sęk tylko w tym, że nie chcę, że duszę się w tej morowej atmosferze wypełnionej cudzymi, bzdetnymi problemami-typu, że piesek dzisiaj na spacerku zjadł kupkę i to nie swoją. Moje motto na dziś: żyj i pozwól żyć innym-najlepiej z dala od siebie.
2 komentarze:
M. wreszcie się ożywiłaś! Tekst po prostu genialny i wierz mi, że nie tylko w Twojej branży są takie przypadki...Jak tam mój O?
OM śpi w szufladzie.
Prześlij komentarz