11 lutego 2012

neverending

Nie wiem czy czasem nie tęsknię do tych niedogaszonych świateł,
które wciąż tlą się po cichu w tym małym pokoiku na zapleczu mojego ja.


Nigdy nie myśl, że kiedy znikasz, to odchodzisz w całości – zdecydowanie,
całym sobą, bez zawahań i ścieżki powrotu. Nawet jeśli nie chcesz
wracać, to jakaś część ciebie ulatnia się osiadając wilgotną parą
na rozrzuconych niedbale przedmiotach, przenika przez ściany
i wsiąka w nie jak perfumy w jedwabny szalik. Zostajesz tam, choćbyś
nie wiem jak tego nie chciał. Odchodzisz fizycznie, a metafizycznie
wciąż unosisz się w powietrzu i tkwisz w tym miejscu jak napełniony
helem balon przywiązany do drzewa.

Gorący lipcowy wieczór, centrum miasta, chodniki parują potem i rozlaną
wodą mineralną. Idą za rękę środkiem krzywego chodnika. Ona patrzy na
swoje stopy i co kilka kroków przeskakuje przez linie między płytami.
On ściska jej dłoń i spogląda na przejeżdżające obok samochody.
Migające reflektory na przemian wydłużają i skracają ich cienie.
Nie patrzą w ogóle na siebie. Rozhuśtani we własnych myślach,
przesuwają się wolno do przodu. Ona co jakiś czas mówi coś nieskładnie,
a on każdą kropkę kończącą wypowiadane przez nią zdanie,
akcentuje lekkim kiwnięciem głową. Kiedy ona pyta, on odpowiada
jej beznamiętnym mruknięciem.

Chciał wyjechać. Daleko. Do Afryki. Dowiedział się od kumpla
o misji pod znakiem krzyża w Kairze. Prawie za darmo. Tylko bilet,
ubezpieczanie i jakaś opłata dla bógwiekogo.
Miałby pomagać dzieciakom w szkole. Nie wiedział dokładnie w czym,
ale nawet go to nie interesowało. Pieniądze też go nie interesowały.
Ze znakiem krzyża miał raczej niewiele wspólnego. Może tylko to,
że ostatnio stawiał go na wszystkich swoich kumplach.
Chciał jak najszybciej wydostać się z Polski. Po prostu uciec.
Zostawić rodzinę, dom, ludzi, wszystkie porażki i sukcesy,
niezapłacone mandaty i nieodebrane przesyłki na poczcie.
Zabrać podręczny bagaż, wyjechać. Żegnając się z rodziną mówić:
„tak, zadzwonię” i „nie martw się, mamo, to tylko pół roku”,
a potem na lotnisku wyrzucić kartę sim z telefonu i być już
zawsze nołnejmem w morzu innych emigrantów.


Ona? Najlepsza laska w liceum. Piękna szatynka o oczach tak zielonych,
jak świeża mięta. Szczupła, średniego wzrostu, lekko śniada cera
i mlecznobiałe zęby, piegi na twarzy i lekko zadarty, filigranowy nos.
Zawsze dobrze się uczyła. Skończyła podstawówkę z wyróżnieniem.
Dyrektor, gdyby mógł, z powodu ekscytacji jej średnią,
pewnie zapiąłby ją gdzieś w krzakach zaraz po akademii wręczenia świadectw.
Od przedszkola uczęszczała na lekcje gry na fortepianie.
Uczyła się trzech języków. Rok w rok wygrywała konkursy recytatorskie,
olimpiady matematyczne i biologiczne. Piękna, skromna, cholernie inteligentna,
towarzyska i zawsze skora do pomocy.
W drugiej klasie liceum coś w niej pękło. Spóźniała się do szkoły,
ciągle przychodziła nieprzygotowana i niewyspana, w jakiejś wymiętej
koszulce tyłem na przód, w mokrych włosach i niewytuszowanych rzęsach.
Przestała się wyróżniać na tle klasy. Kiedy padało pytanie nauczyciela,
ona- zawsze z ręką w górze i zadartą dumnie brodą – siedziała skulona
pod oknem bazgroląc coś na marginesie zeszytu w kratkę. Nie udzielała się
już w żadnych dodatkowych zajęciach. Wszystkie konkursy odbywały się bez niej.
Fortepian zakurzył się i pokrył kółkami od rozlanych kaw z mlekiem
i dwiema łyżeczkami cukru. Nikt nie wiedział co się z nią dzieje.
Nie odbierała telefonów, coraz rzadziej wychodziła z domu.
Z dnia na dzień coraz bardziej gasła, cichła i słabła. Znikała,
a inni przestali się nią przejmować.

Nie pojechał. W furii cisnął bagaż w kąt pokoju. Zdzierał z siebie ubrania,
hacząc do krwi delikatną skórę obgryzionymi paznokciami.
Zatrzasnął za sobą drzwi łazienki, usiadł na brzegu wanny i odkręcił wodę.
Wsunął stopy do wanny i patrzył jak woda powoli je zakrywa.
Potem zsunął się po kafelkach i zanurzył nagie ciało w gorącej wodzie.
Kryjąc twarz w dłoniach płakał, a woda nadal płynęła po jego plecach.
Obudziło go dopiero walenie pięścią w drzwi i przeraźliwy krzyk matki.

Ostatnia noc. Mroźny, grudniowy poranek. Ona przytulona do niego brzuchem
i udami, ciepłym oddechem ogrzewała jego zziębniete plecy.
Jeszcze wieczorem się kłócili, wygrażali sobie przekleństwami.
Ona płacząc krzyczała, że nie chce go znać i odwracając się plecami mówiła,
żeby już nigdy do niej nie dzwonił. I znowu jakoś tak się stało,
że zimny wieczór wzbudził w nich potrzebę ciepła,
że z podgrzanych wrzasków na mroźnym powietrzu, zrodziły się szepty
pod puchową kołdrą. Stanowcze nie, zastąpiło milczące tak.
Zamiast nowej nuty, na gramofonie kręcił się znowu przeterminowany staroć.

Ten spacer nic nie zmienił. Po nim zapadli się znowu w swoich objęciach
i pocałunkach. Odcisnęli ślady mokrych stóp na kaflach jej łazienki.
Ona zwilżyła poduszkę mokrymi włosami, nasączyła ściany
swoim krzykiem rozkoszy. On zostawił w niej kilka gram siebie,
a potem wstał,
zapiął spodnie
i wyszedł.

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

I really like your blog - discovered it when looking for Ippon - Piano. I can read Polish texts but not writing.

FFLiL aka Furria pisze...

Actually I have no idea what I have in common with Ippon, but I appreciate your comment, so thank u. (P.S. I don't get any word from your blog)

Unknown pisze...

cholernie bolesne słowa, ale w jakiś dziwny sposób oczyszczające. przyjemności zaglądania przez dziurkę od klucza, dzięki.

FFLiL aka Furria pisze...

Dzięki za zrealizowaną chęć podzielenia się refleksją. Lubię i doceniam.

Unknown pisze...

Wena zgasła?