22 lipca 2009

frozen in time

And I can't see straight
feel myself shakin'
feel my eyes closin'
tryin' regain control
in time frozen

I don't wanna close my eyes
but I can't move
and the air's real thick
so I'm as well just drift


Ghost - "Frozen in Time"




Nie było go w mieście przez dwa lata.
Żadnego telefonu, żadnej wiadomości gdzie jest,
co robi. Pewnego dnia po prostu zniknął.
Skończył pracę wieczorem, zjadł hamburgera w pobliskim
barze, wychylił kilka strzałów, a później nikt go już
nie widział. Po prostu się rozpłynął jak kamfora,
jak ziarenko piasku w pustynnej burzy. Przepadł.
Kumple szybko zapomnieli. Rodzina też.
To był kawał skurwysyna, mówili. Włóczył się tylko
po barach, chlał na umór i ćpał tak, że nie był
w stanie wydobyć z siebie niczego, poza jednym
nie kontrolowanym rzygiem na zlany piwem chodnik.
Klepał się w klubach za byle co, za to, że ktoś
dotknął jego ręki kiedy odpalał szluga i gasł mu
płomień. Posuwał panny w toaletach, rozprowadzał
dragi w podstawówkach, kradł w sklepach, na ulicy.
Patrząc na niego, odnosiło się wrażenie, że wszystko
czego dotknie, co zrobi, zamienia się w ogień,
że w jego żyłach płynie krew tak czarna jak smoła,
a oczy wypalają Ci duszę, drążąc w ciele ropiejącą
ranę. Pewnie w końcu go ktoś sprzątnął, mówili.
Pewnie w końcu kutas dostał za swoje. Może siedzi
w pierdlu, a może gnije w jakimś dole. Doigrał się skurwiel.
Nikogo nie obchodziły jego losy. Dzięki temu, że zniknął
zrobiło się spokojniej na ulicach. Nie było już ręki
rządzącej i grożącej i nikt nie chciał nawet przejmować
jego fuchy. Spokój w dzielnicy ogarniętej bezrobociem,
nękanej nędzą, naszpikowanej brzuchatymi małolatami na haju
jak tort bakaliami-powiesz, że to niemożliwe? A jednak.
Był spokój. Na swój pojebany, patologiczny sposób naprawdę,
kurwa, był. Nie wyprostujesz tego, co jest chore w zarodku,
ale uwierz mi, że tym ludziom żyło się lepiej.
Tylko, ze życie pisze różne scenariusze, stawia Cię różnych
sytuacjach, wkleja Cię w miejsca jak znaczek do klasera.
Czasem głaszcze Cię po głowie, czasem pluje Ci w twarz,
a czasem ciągnie Cię gdzieś, tak po prostu-
po raz pierwszy lub gdzieś z powrotem. Nawet jeśli nie chcesz.
On też wrócił. Tak, jak zniknął-nagle. Bez słowa dosiadł
się do kumpli w barze. No siemasz bracie, mówili poklepując
go po zgarbionych plecach. Trochę cię tu nie było. Gdzie Cię
poniosło? Uniósł rękę nad głowę i dwukrotnie kiwnął palcami.
Piwo, krzyknął i zamilkł na dłuższą chwilę.
Mam córkę, wyszeptał wręcz pochylając głowę nad schłodzonym
kuflem, wodząc palcem po jego brzegu jak melancholijna panna,
która próbuje być sexy.
Nie byli zdziwieni. Nawet gdyby chcieli, nie zdołaliby nigdy
zgadnąć ile panienek miał w łóżku, toalecie, na masce
swojego bordowego BMW i w różnych innych miejscach.
Wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął z niej pomięte białe
pudełko. To dla niej, powiedział. Przyjechałem, żeby jej
to dać. Kumple zarżeli i zaraz otworzyli pudełko. Były
w nim różowe buciki niemowlęce z czerwoną różyczką na boku.
No, tatuś, nieźle się szarpnąłeś na to cacko!...Krzyknął jeden
i parsknął śmiechem, a po chwili dołączyli się do niego
pozostali. To w takim razie zdrowie małolaty! Wychylili
do końca zawartość swoich kufli. On wciąż siedział przygaszony.
Obracał w palcach mały bucik, który był mniejszy niż wnętrze
jego dłoni.
Chodź,stary, mam dla ciebie coś ekstra. Kumpel mrugnął do niego
okiem i pociągnął go w stronę kibla. Przez chwilę stał do niego
tyłem, po czym odwrócił się i podał mu załadowaną strzykawkę.
Trzymaj, to prezent. Wyluzujesz się.
Spojrzał na strzykawkę, i długą, cienką jak włos igłę.
Nie mogę. Weź. Nie mogę, kurwa, daj mi spokój. Weź, wiesz,
że TO robi dobrze na wszystko. Nie, daj spokój. Już tego
nie biorę. Jak chcesz, tylko proponowałem, powiedział
i wyciągnął do niego rękę. Podał dłoń kumplowi, a ten
przygarnął go do siebie ramieniem i jedną dłonią objął kark.
Drugą zamachnął się i wbił mu igłę prosto w nabrzmiałą
od wkurwienia tętnicę szyjną. Opadł na kolana i spojrzał
w mrugająca nad nim świetlówkę. Zawirował sufit, drgawki,
bulgot krwi przelewającej się przez mózg, pulsującej jak
tąpnięcia tektoniczne na jego kruchej czaszce.
Ty skurwysynu, wyszeptał. Moja córka.. Urwał wijąc się
na posadzce jak mysz, którą wąż boa owija śmiertelnym
uściskiem, a ona drga jeszcze chwilę, łapiąc w nozdrza
ostatnie drobinki powietrza.
Dwadzieścia pięć miligramów
koki wystarczy, żeby odlecieć w dookołagalaktyczny lot
kończący się katastrofą.
Kumple wyszli z knajpy, a na zachlapanym stoliku stały
wciąż moje małe, różowe buciki. Dziękuję, tato.

Brak komentarzy: