Przywieźli ciebie dzisiaj, o siódmej rano.
Było zimno. Zaparzyłam sobie kawę, obficie zmieszałam
ją ze śmietaną i cukrem. Nad filiżanką majaczyła
lekka mgiełka. Aromat świeżej arabskiej
kawy płynął po zmarzniętych kaflach.
Powoli rozpięłam czarny worek, w którym już
gniło Twoje ciało. Fetor padliny, zmieszał się
z kawą. Sine oczy i usta, skóra biała jak mleko,
podszyta siatką granatowych żył. Brudne, obgryzione
paznokcie, pozlepiane włosy.
Napełniłam strzykawkę niebieskim płynem i zrobiłam
ci cztery zastrzyki-po dwa w brzuch i opłucną,
żebyś nabrał koloru, nie zepsuł się od środka,
żeby nie zalęgły się w twoich wnętrznościach
insekty, ani myszy.
W ciągu kilku godzin, płyn rozchodzi się po twoim
organizmie, przeciska się przez pozatykane żyły,
nasącza tkanki, aż w końcu z policzków znikają sińce,
a skóra zaczyna wyglądać naturalnie. Wyglądasz jakbyś spał,
po raz pierwszy tak spokojnie. Popijam kawę.
Rozbieram cię z namaszczeniem i myję całego, wolno przesuwając
gąbkę po Twoim zimnym, nagim torsie. Skóra delikatnie połyskuje
od wody w bladym świetle prosektorium. Osuszam wilgotne ciało
miękkim ręcznikiem frotte. Myję Ci włosy szamponem malinowym,
suszę, czeszę i układam. Golę wielodniowy zarost, depiluję brwi
i nogi. Nakładam na twarz krem z formaliną, masuję też szyję
i dłonie. Giną sińce, twoje wszystkie piegi i blizny, które
tak lubiłam.
Pudruję twoją twarz, maluję rzęsy, nakładam hennę na brwi,
żeby stały sie bardziej wyraziste. Kładę fioletowy cień
na powieki. Czyszczę i piłuję paznokcie, obcinam skórki,
przyklejam plastikowe tipsy z kiosku i maluję je na czerwono.
Obramowuję usta czerwoną kredką, wypełniam kontur szminką
i robię połysk błyszczykiem. Wkładam ci na głowę perukę
pożartą przez mole, z rudych, pogniecionych loków.
Na szyi ciasno oplatam sznur sztucznych pereł, z drogerii
za rogiem. Na każdy palec nasuwam tandetne pierścionki
z automatów nad morzem-złote, srebrne, z oczkiem lub bez-
wszystkie plastikowe, wszystkie od ciebie dla mnie-
teraz dla ciebie ode mnie.
Zakładam ci na nogi fioletowe rajstopy z latexu, a na dupę-
krótką, czerwoną, sukienkę na szerokich naramkach. Zamek
na plecach nie zapina się nawet do połowy. Wypycham biust
garściami waty szklanej. Nasuwam Ci na stopy ślubne, białe
pantofelki, numer 38-zawisają jedynie na sztywnych, długich
palcach. Do lewej ręki wkładam ci małą, zieloną torebkę
w pomarańczowe groszki-jeszcze teraz pachnie chińszczyzną z bazaru.
Chciałeś, żebym to ja tak wtedy wyglądała.
Kazałeś mi się ubrać w te wszystkie komedianckie
szmaty i cyrkowe dodatki. Chciałeś, żeby wszyscy wytykali
mnie palcami, żeby śmiali się i drwili.
Prowadziłeś mnie przed sobą popychając za każdym razem,
kiedy stawałam w miejscu i ze wstydu zwieszałam głowę.
Krzyczałeś, żebym nie płakała, bo rozmaże mi się makijaż.
Twoi znajomi klaskali, po kościele niósł się ich szyderczy
rechot; moich tam nie było. Teraz też ich nie ma i nie ma
nikogo, poza Tobą i mną. Tylko my dwoje, milczymy i rozumiemy
się tak dobrze, jak w udanym małżeństwie. Jest tak bardzo,
bardzo cicho, że słyszę mruczącą wysoko nad moją głową jarzeniówkę.
Słyszę też twój oddech w swojej głowie i słyszę też jak mróz
kłuje szyby w oknach i powoli maluje między nimi swoje chore wizje.
Całą swoją siłą szarpię twoim zmarzniętym, ciężkim ciałem
i usiłuję położyć je w trumnie. Peruka nasuwa się na zamknięte
oczy, łamiesz kilka paznokci, pęka pierścionek ze środkowego
palca lewej ręki.
Patrzę na Ciebie po raz ostatni. Wyglądasz śmiesznie, wiesz?
Wkładam Ci do ust swoją obrączkę. To na dobrą podróż.
Żebyś przy pierwszym słowie w zaświatach, udławił się
naszym małżeństwem-tak, jak ja dławiłam się nim każdego dnia.
Nie wracaj nigdy. Zamykam wieko, a echo jeszcze przez
chwilę błądzi po pokoju. Wypijam ostatni łyk kawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz