31 stycznia 2010

traktat o śmierci

"Tak. Są telefony, żeby ludzie o sobie
nie zapomnieli. Tylko możesz nie zdążyć
podnieść słuchawki, kiedy akurat będę
umierała."


autor nieznany
znalezione w starym zeszycie pełnym dziwnych tekstów.



Prześladuje mnie myśl o śmierci;
Twojej, jej, jego, ich i mojej własnej.
Widzę Was martwych każdego dnia, widzę ich
wykrwawiających się na nagim asfalcie, jęczących,
płaczących i skamlących rzężącym oddechem. Widzę
ją, jak patrzy w sufit i oddycha prze rurkę
i już nie może powiedzieć światu niczego, nawet tego,
że chce umrzeć. Widzę, jak on wraca do domu,
szczęśliwy i zmęczony, a potem pada rażony gromem,
spalony na węgiel, tlący się trup, który właśnie doszedł
do końca i nie ma już żadnych marzeń. Wreszcie widzę
siebie pod kołami pociągu, rozwleczoną po torach wraz
z podręcznym bagażem doświadczeń i zwątpień, kruchą,
brzydką i już nieważną, na początku nieuchronnego zapomnienia.

Codziennie widzę śmierć, której nie ma. Widzę śmierć, która
może nadejść i nadejdzie. Nie wiem tylko kiedy, do kogo
i dlaczego.
Widzę jak umiera człowiek w przepoconej pościeli, jak
gasną jego oczy, żółknie skóra, jak spłyca się oddech.
Słyszę, jak spowalnia rytm jego zmęczonego serca.
Widzę, jak zdycha pies uwiązany na zaśniedziałym łańcuchu,
jak z tęsknotą spogląda za płot, który stanowi nienaruszalną
granicę jego jedynej rzeczywistości.
Widzę, jak usycha drzewo, jak opadają z niego liście
i jak chwieje się przy silniejszych podmuchach wiatru,
by w końcu zwalić się ciężko na ziemię w ostatniej
swojej godzinie.
Widzę, jak pisklę wypada z gniazda, po raz pierwszy
i ostatni zderzając się z rzeczywistością tępym uderzeniem
głowy o beton.

Nie potrafię przestać patrzeć, ani myśleć. Kiedy zamykam
oczy jest jeszcze gorzej, bo moja myśl maluje pod powieką
okrutne obrazy, przed którymi nie da się uciec. Myśli,
wizji i wyobraźni, nie da się pohamować. Są silniejsze,
szybsze i zakorzeniają się w głowie na długo.
Ty też umierasz, a kiedy Cię nie ma boję się i tracę
równowagę. Histeryczny śmiech, brutalne uderzanie głową
o ścianę, tracę oddech... Marzę wtedy, żeby zdurnieć
do końca i z uśmiechem na ustach dać się zamknąć
w pokoju bez wyjścia i bez okien.
Potem wracasz i wiem, że jesteś, ale wciąż się boję,
a serce wali jak młotem, aż słyszę jak krew przelewa
się w moich uszach.
Chciałabym to naprawić, jakoś Was uzdrowić i unieśmiertelnić.
Wiem, że się nie da, a może tylko ja tego nie potrafię.
Skoro jednak nie mogę nic dla Was zrobić, to nie umierajcie
chociaż na moich oczach, w zasięgu moich uszu, ani
z moją ręką w swojej własnej.

Brak komentarzy: