Choć już dawno skończyła podstawówkę nadal czesała się
w dwa warkoczyki związane na końcach gumkami z biedronką,
motylkiem, albo innym gównem. Kolorowe, znoszone sukienki
i białe skarpetki z koronką. Od dawna passé.
Na nadgarstkach brzęczące, plastikowe bransoletki
z magazynów dla nieletnich i zegarek z cukierków pudrowych.
Codziennie ten sam. Nienadgryziony. Nawet nieliźnięty.
Druciane, pokrzywione okulary z zapaćkanymi szkłami,
ciągle zsuwające jej się z nosa. Poprawiała je wyuczonym
ruchem i bezbłędnie trafiała środkowym palcem w drucik
łączący szybki. Nie goliła nóg, pach, nie używała
antyperspirantów. Z błogim uśmiechem na ustach, mrucząc
coś do siebie i żywo gestykulując, spacerowała dookoła swojego
domu. Czasem bawiła się lalką. Woziła ją wtedy w małym
wózeczku w kolorowe wzory i rozmawiłą z nią. Co jakiś czas
płakała zamiast niej i strasznie przejęta tuliła ją w ramionach.
Dzieciaki się z niej śmiały. Wiadomo. Wytykały ją palcami,
pluły, strzelały do niej z procy i przezywały "Jebnięta".
Normalne. A ona miała to w dupie. Nie wiem, zupełnie się
tym nie przejmowała. Nawet jak kiedyś dostała od Łysego
kamieniem w tył głowy tak mocno, że aż rozciął jej skórę,
a krew przesiąknęła białą sukienkę i kapała z blond warkoczy,
nie powiedziała nic. Zapłakała cicho, pozbierała zabawki
i poszła do domu. Łysy dostał wtedy taki wpierdol od starego,
że że przez dwa tygodnie nie wychodził z chaty. Nawet do budy
go starzy nie puszczali.
A ona już następnego dnia, z ogromnym bandażem na głowie,
krążyła z tym swoim wózkiem po okolicy. W końcu spotkaliśmy
Łysego. Był wkurwiony. Mówił, że rozstrzaśnie Jebniętej
okulary na tym jej krzywym ryju i skróci długi jęzor.
Łysy sam był niezłym popierdoleńcem. Wydawało mu się,
że pozjadał wszystkie rozumy, a naprawdę był tępym matołem
i gdyby nie to, że potrafił się bić po chamsku i brutalnie
jak cholera, to nie umiałby nic. Jak już ktoś mu podpadł,
koniec końców zawsze miał obite gnaty. Z Jebniętą było inaczej.
Ta panna serio nie miała piątej klepki i przez to była dzieckiem
specialnej troski całego osiedla. Oczywiście my nie podpisywaliśmy
się pod tym. My mogliśmy jej nienawidzić, ale po cichu, kiedy
nikt nie patrzy. Generalnie Jebnięta była nieszkodliwa. Chłopaki
z nudów jej dokuczali, a dziewczyny z nudów im w tym pomagały.
Ja byłam tam tylko przelotem i miałam mieszane uczucia.
Nie robiło na mnie wrażenia pierdolenie Łysego o tym jak zmiażdży
Jebniętą. Wiedzieliśmy, że ponad połowa z tego, co gada, to
gówno prawda. Po jakimś czasie jednak Łysy zaczął przeginać.
Więcej ćpał, ciągle był wstawiony i totalnie się nie kontrolował.
Powoli nasza ekipa robiła się coraz mniejsza. Nikomu nie chiało
się słuchać przechwałek tego palanta. Ja też przestałam się z nimi
spotykać. Każdy z nas znalazł dla siebie zajęcie i nie interesował
się resztą. Po jakimś z resztą czasie musiałam stamtąd wyjechać
do domu. Wróciłam tam znowu dopiero dwa lata później. Chudy
i Ola wyjechali z miasta. Młoda wyszła za mąż, bo wpadła z jakimś
typem. Paweł wyjechał za granicę do pracy. Tylko Ola cały czas
pracowała w osiedlowym spożywczaku i od niej wiem to wszystko.
O Łysego nie pytałam, sama zaczęła gadać. Sam fakt, ze siedzi
w więzienu nawet mnie nie zdziwił. Koleś z taką agresją, która
zdawała się być wytatuowana na jego skórze, ćpun i handlarz,
nie mógł dobrze skończyć. Zapytacie za co kibluje? Kutas zwgałcił
i zabił Jebniętą. Przywiązał ją do drzewa, zasłonił oczy i zatkał
usta. Najpierw zerżnął ją jak zwierzę, a potem narysował jej kredą
biały krzyż na czole, odsunął się na kilka kroków i strzelił.
Wykonał egzekucję jak na chorym koniu, ale zasłonił oczy,
które mówiły tak wiele i nic zarazem. Nie wiesz pewnie jak patrzy
na Ciebie koń, który wie, że za sekundę zwali się na ziemię.
Piękne, wielkie, błyszczące, kasztanowe oczy. Ona też takie miała.
No i powiedz sam, kto z nich był bardziej jebnięty?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz