2 czerwca 2009

piegi

"Far far, there's this little girl
she was praying for something to happen to her
everyday she writes words and more words
just to spit out the thoughts that keep floating inside
and she's strong when the dreams come cos' they
take her, cover her, they are all over
the reality looks far now, but don't go"


Yael Naim "Far far"




Kiedy go poznałam, miał dwa lata. Ja nie byłam wtedy
wcale dużo starsza, ale dokładnie pamiętam jego upaćkaną,
pulchną twarz i paluszki jak serdelki umazane błotem,
dżemem i pisakami. Zaschnięte smarki pod nosem, roztarte
na policzkach i świeża strużka spływająca wprost do ust.
Wiecznie zaśliniony, z jedzeniem poprzyklejanym do ubrania
i twarzy, włosy posklejane syropem malinowym i zaschnięty
brud pod paznokciami. Dziurawe skarpetki i brudne uszy.
Pamiętam, jak jego mama wciąż biegała za nim ze ściereczką
i ciuchami na zmianę. Pamiętam też, jak go karmiła, a on
pluł jedzeniem przed siebie opryskując cały stół i podłogę,
bo ciągle krztusił się herbatą.

Nie lubiłam go. Skutecznie mnie odpychał. Brzydziłam się
go i wstydziłam. Później tak jak on, nosiłam fartuszek.
On żeby się nie pobrudzić, a ja, żeby on nie pobrudził mnie.
Wychowywaliśmy się razem. Widywałam go codziennie
i obserwowałam, jak pomału zmienia się z dziecka
w chłopaka, z nastolatka w mężczyznę. Później nasze drogi
się rozeszły i chyba żadne z nas nie ubolewało specjalnie
nad tym faktem. Nie widziałam go wiele lat i przez cały
ten czas, ani razu o nim nie pomyślałam.

Spotkaliśmy się ponownie całkiem niedawno. Przyszedł do mnie
kilka dni temu. Spojrzał na mnie, zrobił wielkie oczy i rozchylił
wargi. Po chwili zorientował się jak głupią ma minę i uśmiechnął
się, żeby jakoś zatuszować ten nietakt. Przywitał się nieśmiało
i ostrożnie przysiadł na brzegu mojego łóżka. Przez chwilę
mówił nieskładnie coś o sobie, o żonie i dzieciach, gładząc
przy tym fałdki na białym prześcieradle. Nie pytał co u mnie.
Z lśniącej, skórzanej, czarnej aktówki, zamykanej na złote
zatrzaski wyjął podniszczony album ze zdjęciami. Otworzył go
i po kolei pokazywał mi fotografie z dzieciństwa. Z naszego
dzieciństwa. Nie chciałam ich oglądać, ale nie powiedziałam
mu tego. Wszystkie te obrazy, zakopane gdzieś głęboko w mej
pamięci, wracały co noc i tłukąc się w czaszce ponaglały oddech.
On nie rozumiał, mówił i śmiał się dalej. Przyglądałam mu się
w milczeniu i patrzyłam ze smutkiem jak drżą mu dłonie i dolna
warga. Nie chciał tu być. Ja też. Naprawdę, cholera, najbardziej
na świecie nie chciałam tu być.

W dzieciństwie drwiłam z niego, brzydziłam się nim i zupełnie
się z tym nie kryłam. Wytykałam go palcem i poniżałam przed innymi.
Dzieci są okrutne. Ja też taka byłam. Teraz z tamtego chłopca nie
zostało już nic. Wyprasowana, śnieżnobiała koszula zastąpiła brudny
fartuszek, a pozlepiane, malinowe włosy-krótko przystrzyżona fryzura.
Był ogolony i miał idealnie dopasowane spodnie z lekkim kantem.
Zawsze uważałam, że facet w spodniach z tweed'u wygląda staroświecko,
ale on prezentował się w nich naprawdę nieźle. Czyste, równiutko
spiłowane paznokcie i otulający go zapach perfum, powiewający morską
bryzą. Tamten chłopiec uśmiechał się już tylko na wyblakłych,
prześwietlonych fotografiach. Teraz siedzi przy mnie inny człowiek.
Tamtej dziewczynki też już nie ma. Zamknięta w nieruchomym ciele
wypełnia bezsenne noce niemym krzykiem i niewidzącym wzrokiem,
parzy w ślepą przyszłość. Tylko co jakiś czas otula oczy suchymi
powiekami i spogląda na piegi na nosie, które jeszcze pamiętają ciepłe,
słoneczne dni.

Brak komentarzy: