Pamiętam ją. Zawsze z uśmiechem i dobrym słowem na
ustach. Duszę towarzystwa, do której wszyscy garnęli
się jak ćmy do światła. Chętnie opowiadała anegdoty
ze swojego dzieciństwa. O trzech siostrach, rodzicach,
mężu i dzieciach. Przeplatane humorem i wyważonymi
przekleństwami. Nigdy nie była wysoka, ani ładna.
Nie była też bogata, ani wykształcona, ale zawsze
miała dobry humor. Poznałam ją już jako staruszkę.
Poznałam ją już jako żonę, która pochowała męża;
matkę, która pochowała syna i jako siostrę, która
pochowała trzy młodsze siostry. I choć każda jej
zmarszczka powinna wykrzywiać się w bólu i krzyku,
to wszystkie one były wypełnione pogodnym uśmiechem
i spokojnym ciepłem. Miała w sobie jakiś rodzaj magii,
która przyciągała jak magnes i chyba każdy patrząc
na nią, myślał w duchu, że właśnie tak chce iść przez
życie-energicznie i radośnie, przechowując w sercu
wszystkie dobre chwile i dary od Boga, jak biżuterię
w misternie rzeźbionej szkatułce zamykanej na srebrny
klucz. Była człowiekiem, który w każdym nieszczęściu
potrafił doszukać się powodu do radości. Pamiętam jak
opowiadała, że po śmierci jednej z sióstr-Uli,
likwidowali jej rzeczy. Znalazła wtedy w szafie granatowe,
bawełniane spodnie i zamiast wrzucić je do pieca i spalić
jak resztę, wycięła z nich sześć równych kwadratów
i obszyła białą nicią. Na każdym wyhaftowała kwiaty
z ozdobnym ornamentem. Sześć eleganckich serwetek.
Cieszyła się, że mogła zrobić z nich coś ładnego.
I wiem, że do dzisiaj przy większej okazji,
te serwetki skromnie ozdabiają obrus.
W końcu dopadła ją choroba. Kolano, którego nie chciała
leczyć, z każdym rokiem coraz bardziej odmawiało jej
posłuszeństwa. Psuł się też wzrok, a w powietrzu zawisło
widmo zaćmy. Powykrzywiały się też palce, męczone przez
lata ciężką, fizyczną pracą, relaksujące się często
przy szydełkowaniu pięknych serwet i obrusów dla rodziny
i znajomych. Dokuczliwa noga ostatecznie posadziła ją
na wózku. Otoczona zdjęciami bliskich spędzała całe dnie
w swoim małym mieszkanku. Co jakiś czas przychodziła do
niej opiekunka, żeby zrobić zakupy, pranie i trochę
posprzątać. Czasem też pojawiał się ktoś z rodziny,
a ona wtedy aż promieniowała szczęściem i za każdym razem,
z dumą i tym samym entuzjazmem pokazywała fotografie-stare
i nowe i opowiadała historie ze swojego życia.
Przerażał mnie widok jej malutkiego ciała na tym wielkim
wózku. Przerażało mnie to małe mieszkanie, które dla niej
było klatką, a dla mnie tylko chwilowym przystankiem.
Ona mogła tylko zadzwonić do mojego świata, a on i tak często
nie odbierał, bo nie miał czasu. Później i na to brakowało
jej siły. Nie pamiętała numerów, nie widziała cyfr na tarczy,
nie wiedziała co powiedzieć. Nie wiem, ale później już nie
dzwoniła. Było mi jej żal, nie chciałam tego dla niej.
Bolało mnie serce i wszystko w środku, kiedy widziałam jak
powoli gaśnie w niej światło, jak wypala się, jak dogasająca
zapałka. Przestałam ją odwiedzać, bo wszystko we mnie pękało
i rwało się na strzępy, kiedy mówiła, a ściany zdawały się
zacieśniać wokół mnie coraz bardziej i bardziej.
Nie wiem kiedy widziałam ją po raz ostatni. Dzisiaj
dowiedziałam się, że jakiś czas temu złamała biodro i leżała
w szpitalu, a na jej ciele kwitły odleżyny. Nie wiem kto wtedy
z nią był. Nie wiem ile czasu tam spędziła. Nie wiem jak
i kiedy odeszła. Mam żal do siebie, że z zimą krwią odwróciłam
się od niej, że zapomniałam, bo była już stara, schorowana,
że przypominała mi o śmierci, na którą ja miałam jeszcze czas.
Mam żal do siebie, że tyle razy chciałam ją odwiedzić i zawsze
brakowało mi siły i czasu. Ale najbardziej mam do siebie żal o to,
że żałuję dopiero teraz. Ona odeszła, a ja nawet o tym nie
wiedziałam, bo tak szczelnie pozamykałam ten mój świat.
Mam tylko nadzieję, że To Niebo naprawdę istnieje, a ona
przechadza się po nim trzymając za ręce swoje siostry,
przytula syna i rozmawia z rodzicami.
Ciociu, pozdrów ode mnie babcię Ulę. Przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz