Stanął nade mną w rozkroku, przekrzywił głowę w lewą
stronę i jakoś chamsko się uśmiechnął. Obracał w palcach
zapaliczkę i wiedziałam, że zaraz wyciągnie z kieszeni
pomiętą paczkę papierosów. Patrzył na mnie tępo,
cały czas miał do ust przyklejony ten głupkowaty uśmiech.
Bolały mnie kostki, nadgarstki i tyłek. Siedziałam
na połamanym krześle od wczoraj rana. Nie mogłam
się ruszyć, bo on tak chciał. Nie mogłam się ruszyć,
bo on po prostu miał taki kaprys i sobie tego nie
życzył. Czasem rozmawiał ze mną szeptem i delikatnie,
gładził mój policzek, odgarniał włosy z twarzy
i z namaszczeniem, składał czerstwy pocałunek na moich
spierzchniętych ustach. Po chwili kopał mnie w brzuch,
a ja odbijałam się razem z krzesłem od ściany lub
upadałam od razu, cały czas siedząc. On wtedy śmiał się
tak, jakby oglądał najlepszy w swoim życiu kabaret.
Wiedziałam, co kiedy nastąpi, kiedy mnie uderzy,
a kiedy pogłaszcze. Robił to zawsze w takt muzyki.
Miał świetny gust, ale też bolesne wyczucie rytmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz