Lato zaczęło się na dobre. Od kilku dni rozgorączkowany słupek rtęci wskazuje ponad trzydzieści stopni. Siedzę na ławce przed fontanną i czuję jak krople wody mieszają się z potem na pulsującej skroni, sól krystalizuje się na moich piersiach. Oddycham ciężko i szybko, mimo tego wyciągam z kieszeni magiczne pudełko Marlboro i wkładam do ust wymiętego papierosa. Wysoki płomień pospiesznie wyskakuje z zapalniczki, a jego temperatura chyba niewiele różni się od temperatury powietrza. Mrużę oczy i zaciągam się mocno, wsłuchując się w głębię głosu Tracy Chapman, który tak dobrze miesza się teraz z moimi myślami. Przy każdym kolejnym wdechu, czuję jak tytoń drażni przełyk i rozedrgane struny głosowe. Robi mi się jeszcze cieplej. W takie upały okoliczny element gromadzi się nawet przy najmniejszym źródle wody, złazi się z tajemnych kryjówek, idąc półcieniami z przymrużonymi od słońca oczami i spalonymi nozdrzami wyszukuje wody. Moczą opuchnięte stopy, brodzą w wodzie depcząc złote grosze wrzucone na szczęście, kotłują się w jakimś dziwnym rytuale razem z osiedlowym ptactwem. Gołębie zraszają wodą poparzone skrzydła, piją zaszczaną przez dzieciaki wodę i z niechęcią wzbijają się znowu w rozgrzane, spocone niebo.
Obserwuję ludzi dookoła fontanny. Siedzą w tym magicznym okręgu, zajmując kolejne ławki, które kojarzą mi się ze stacjami jakiegoś popierdolonego pociągu z bajek dla dzieci, jeżdżącego w kółko-niby ciągle gdzieś jedzie, a jednocześnie nigdy donikąd nie dojeżdża. Ja też siedzę w tym kręgu i ławka po ławce, stacja po stacji, przyglądam się każdemu. Mam wrażenie, że farba z ławki topi się na mojej skórze.
Koło mnie siedzi jakaś panna-szara mysz w spłowiałej koszulce w paski i w przetartych, beżowych spodenkach. Ma mleczną skórę, dość mocne okulary, z wielkim zaangażowaniem produkuje jakiegoś smsa. Przygryza usta i w zaaferowaniu ściąga brwi, jakby miała przy nich jakiś sznurek. Może ktoś ją rzucił i boi się zadzwonić, żeby go zbluzgać. Mogłabym to zrobić za nią, ale żal mi jakoś rozstawać się z Tracy, chociaż przesłuchałam te płytę przynajmniej kilkadziesiąt razy i znam na pamięć każde słowo. Nie pasjonuje mnie moja sąsiadka, monotonna jak niedzielna msza. Wieje od niej przejmująca nudą, ale chociaż coś porusza tutaj zastanym powietrzem.
Za nią dwóch facetów w wieku średnim, odzieżowo wpasowują się idealnie w pokoleniowy brak polotu i totalną ignorancję dla sklepów, w których nie płaci się za kilogram, a za sztukę. Znoszone adidaski i skarpetki do sandałów, obowiązkowo t-shirty ciasno wciśnięte w spodnie. Pitolą coś sobie na przerośnięte uszka, siedząc noga na nogę, w jednej ręce dzierżąc puszkowany browar. Ukradkiem przechylają napój i zachłannymi łykami doją nagrzane puszki. Światło odbija się od złotego aluminium Warki Strong. Ploteczki z dzielni z bezrobotnej ręki. Od czasu do czasu znad ich ławki unosi się dym tanich papierosów. Obstawiam Viceroy’e.
Kolejną ławkę można by w zasadzie pominąć-siedzi na niej sklejona ze sobą parka, obściskująca się jakby na zapas, jakby zaraz mieli iść. Nie pójdą, no jasne, że nie. Pewnie siedzą tu od rana i posiedzą jeszcze do jutra. Ciągle im nie starcza czasu, żeby nagadać się tą mową napalonych ciał, pożegnać się werbalnie i iść do swoich domów. To oczywiste, że mieszkają osobno, gdyby tak nie było, to siedzieli by od siebie w odległości minimum dwudziestu centymetrów, trzymając się z grzeczności za ręce i uśmiechając się leciutko, co jakiś czas spoglądaliby sobie głęboko w oczy. Po jakimś czasie intensywność i kierunek spojrzenia zawsze słabnie, na końcu osiągając zawsze najbardziej frapujący punkt na gołej ścianie, dlatego ja z nikim nie chodzę do parku.
Trzy następne stacje okupują grubymi dupskami cyganie (Romowie-jeśli miałoby być grzeczniej. Brzmi chujowo, nie?) z rozwrzeszczanymi bachorami. Naprawdę nie lubię dzieci, a tych małych brudasów ze smoczkami na złotych łańcuchach, skrzących się w słońcu jak plomba, którzy od stóp do głów parują barokowym przepychem, tandetą i gównem przypudrowanym brokatem, wysiedliłabym do baraków kilkadziesiąt kilometrów za miastem, a najlepiej gdzieś dwa skrzyżowania za końcem świata. Oblewają się wodą z fontanny, drą się wielogłosem tak głośno, jakby nagle znaleźli się w epicentrum trzęsienia ziemi. Rzucają butelkami, matki szarpią dzieci za pulchniutkie, opalone rączki. Nic dziwnego, że kolejne dwie ławki są puste.
Dalej w plisowanych spódnicach do połowy łydki, siedzą dwie staruszki. Pomarszczone nosy dźwigają siermiężne, druciane okulary. Białe loki, zmiany pigmentowe na spłowiałej skórze, pastelowe kolory starości. Trzymają w trzęsących dłoniach papierosy i synchronicznie przykładają je do ust. Zaciągając się tak mocno, że prawie dopochwowo, wysysają przez pożółkłe filtry całe zło tego świata. Przyprawia to ich pogniecione czasem twarze o jakiś dziwny grymas, gęby wydłużają się niemal dwukrotnie i nagle każda zmarszczka znajduje swój prawidłowy bieg w zapadniętych policzkach.
Na następnej ławce siedzę ja w mglistym towarzystwie zaszczepionej dousznie Tracy. Obserwuję dzieciaki biegające jak popieprzone satelity dookoła fontanny. Jeżdżą na rowerach, mieszają magiczne mikstury z wody, zielska i piasku, opalają wątłe kończyny i szczerzą do siebie w pośpiechu mleczne zęby. Ciągle schodzą się nowi admiratorzy źródełka, nawet ten stary, siwy wariat, którego już tak dawno nie widziałam. Mógłby być motorniczym naszego pociągu, bo łazi powłócząc nogami od ławki, do ławki i zagaduje każdego swoją istotną refleksją. Macha rękami, rozkazuje coś dzieciakom, na przemian śmieje się i wkurwia, jak kobieta w menopauzie. Mnie omija, bo wybudowałam dookoła siebie nieprzekraczalny mur milczenia. Siada koło mojej sąsiadki i gada coś do niej z zaangażowaniem, nie wiem nawet o czym. Ona na moment odrywa podwójny wzrok od ekranu komórki. Po jej mimice wnioskuję, że wariat nie jest w jej ocenie bardziej interesujący, niż treść płodzonego wciąż smsa. W końcu dziadek odchodzi i zmierza w stronę staruszek przyssanych do filtrów.
Pociąg wciąż krąży w kółko.
Nie patrzę już na to, co się dookoła mnie dzieje, zaglądam na chwilę do środka samej siebie. Myślę o tym, co mnie czeka tego lata. Pamiętasz? Miałeś zabrać mnie w jakieś tylko nasze miejsce, schować mnie przed światem i szeptać do ucha pikantne komplementy. Moglibyśmy znowu wykąpać się o północy w jeziorze w towarzystwie nawołujących nad głową ptaków i szeleszczących skrzydeł nietoperzy. Usiadłbyś potem koło mnie na pomoście, dotknąłbyś mojego uda i nic nie mówiąc zamknąłbyś cały świat w otaczającym nas metrze sześciennym powietrza. Moje długie włosy przyklejałyby się do twojej skóry. Nikt by nas nie widział. Nikt nie widziałby jak przy wschodzie słońca tracę oddech dźwigając cię na obsypanych świeżymi piegami piersiach. Jezioro parowałoby zapachem olejku do opalania.
Takiego lata już nie będzie. Wysiadam z pociągu i zmieniając playlistę idę do domu.
2 komentarze:
widzę, że nie tylko mnie zdarza się jazda tym pociągiem.
niedawno kręcił się z czubkiem urzędującym w gaciach i szklanką piwa w ręce. po prostu elegancko...
;)
Prześlij komentarz