14 lutego 2009

zima

Zadzwonił wieczorem i zaproponował spacer.
Był wczesny, zimowy wieczór, śnieg skrzył się
w bladym blasku latarń, skrzypiał pod butami
jak mak w zębach, a jego świeże płatki przyklejały się
nam do twarzy, włosów, wpadały do ust i oczu.
Szliśmy razem w niewygodnej ciszy, co jakiś czas tylko
uśmiechając się do własnych myśli. On wyraźnie chciał
coś powiedzieć, ale i tak cały czas milczał.
Zerkał na mnie i wzdychał, jakby z pretensją.
W pewnym momencie stanął, spojrzał w niebo
i znowu się uśmiechnął. Nie patrząc na mnie,
powiedział, że lubi kiedy płatki śniegu rozpuszczają
mu sie na rzęsach, a później łzy przymarzają mu do policzków.
Powiedział, że wtedy jest prawdziwa zima.
Nie spoglądając na mnie, wolnym krokiem ruszył przed siebie.
Ja stałam cały czas w tym samym miejscu i patrzyłam na ślady,
które zostawiał na śniegu. Jakoś tak niezdarnie stawiał nogi.
Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam.
W końcu odwrócił się i zaczął iść w moją stronę.
- Co z tobą? Idziesz?
- Właściwie to nie mam ochoty na spacer.
Chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku domu.
Znowu nic nie mówił, cały czas tylko mocno trzymał mnie za rękę.
Stanęliśmy na schodach mojego domu i dopiero wtedy
znowu się odezwał.
- Nie lubisz zimy, co?
- Nie.
- Dlaczego? Zawsze lubiłaś.
- A pamiętasz zimę stulecia, kiedy martwe ptaki spadały z drzew
na zamarznięty śnieg? To była zima.
Wiedział, że nie oczekuję jego odpowiedzi, więc po prostu odszedł
kręcąc głową.

Brak komentarzy: