Wróble na trakcjach kolejowych są jak nuty
na pięciolinii. Te pierwsze, skacząc z gracją
po drutach, intonują melodyjne preludium.
Idę wolno wzdłuż torów, a one wzlatują i siadają
w coraz to innych miejscach, ciągnąc melodię dalej,
jakby nie miała końca. Niektóre siedzą rządkiem obok
siebie-są wielokrotnością jednego dźwięku, inne pojedyńczo,
z dala od wszystkich. Te, nagłym krzykiem zderzają się
z ciszą, biegnącą na paluszkach po przewodach.
Jeszcze inne podrywają się nagle do lotu,
tworząc niewygodne pauzy. Niestety, wiele jest
też gawronów, które siadają gdzie popadnie, burząc harmonię
chaotycznym trzepotem skrzydeł, stroszniem piór
i zachrypniętym skrzekiem. Są głuche na krzyki wróbli,
nie słyszą kolejowego grania, nie wiedzą gdzie ich mejsce.
Dzisiaj też przylatuje kilka czarnych ptaszysk, które drąc się
do siebie, psują wszystko, co do tej pory udało się zagrać.
Potłuczone dźwięki skrzypią i brzęczą w moich uszach jak
włochaty chrząszcz majowy. Przyspieszam kroku, żeby ominąć
ten fragment, który już nie jest melodią, tylko skrzępem nut
poplątanych z rozdzierającym krzykiem, ale one, drażniąc wróble,
co chwilę siadają w innym miejscu i klaskaniem aksamitnych,
granatowcyh skrzydeł tną jak nożem powietrze, w którym
jeszcze unosi się mgła kolejowej muzyki. W uszach huczy i dudni
kakofonia w takim natężeniu, że aż nagle rozlega się dzwonienie
w samym środku mojej czaszki, które oznajmia zapelnie się
czerwonej kontrolki. Zaczynam biec, zatykam uszy, ale
im bardziej staram się je zamknąć, tym bardziej tracę równowagę
i potykam się o wszystko, co mam pod stopami. Nie mogę uciec.
Zastrzymuję się więc, opuszczam ręce i schylam się.
Ciskam kamieniami z nasypu, w stronę ptaków.
Nie patrzę gdzie rzucam, po prostu wypryskują z moich rąk
w niebo jak wrzątek z kipiącego garnka, płosząc ptaki i bezowocnie
upadając na tory. Ze złością i rezygnacją wyrzucam ostatni,
największy. Nie staram się już trafić w gawrony, po prostu
pozwalam mu lecieć jak one. Wiruje w górze jak siatka popychana
wiatrem i kręcąc się szybko, opada. Odwracam się i idę w stronę
domu. Nagle za plecami słyszę rozdzierający, smutny krzyk.
Biegnę za nim. Na torach, z otwartym brzuchem, leży mały
wróbel, a obok jego głowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz