Była śliczna i słodka jak Audrey Hepburn za młodu.
Jej twarz wśród przechodniów, wyglądała jak perła,
która nagle, nieśmiało wychylała się z chropowatej,
brudnej muszli. Poruszała się z baletową gracją;
po chodznikach stąpała lekko i zwiewnie, jakby unosiła
się ciut nad ziemią. Kiedy szła, jej zgrabne, długie nogi,
utkane w pastelowe pończochy, kusząco wychylały się
spod zrębów spódnicy. Maleńkie, wąskie stopy, schowane
w kolorowe pantofelki, z lekkim stukaniem opadały na chodnik.
Zawsze też unosił się za nią lekki zapach perfum,
który nawet w chłodne dni, przywoływał karmione słońcem
pomarańcze i pola żółtych tulipanów.
Dzisiaj się spieszyła. Wiatr co chwilę wciskał jej do oczu
pukle pszenno-złotych włosów, miotał jej ubraniem i cieniem,
a aksamitny szal, złośliwie porywał do tyłu, jakby zwodząc
ją w innym kierunku. Staranny makijaż, kołysząca się
na biodrze mała torebka, kremowa bluzka z ekstrawaganckim
żabotem i satynowa sukienka w kolorze czerwonego wina,
podkreślająca jej perfekcyjne kształty. Pospieszne stukanie
obcasów na schodach i aksamitna, mała dłoń
na podrdzewiałej klamce. Szeroki korytarz z wysokim sufitem,
i przepalonymi częściowo świetlówkami, a na końcu-uchylone,
dębowe drzwi-numer 112. Puk, puk, puk-bez odzewu-weszła.
- Hello. I want work. You want me?
- Any job?
- Yes.
- Even blow job?
- Yes.
- You're hired.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz