30 marca 2009

ślimak

Siedziałam na mokrym krawężniku przed Twoim domem.
Słońce odbijało się w rozlanej przede mną kałuży
i raziło ostrym światłem w oczy. Co jakiś czas
tonęło w chmurach i pozwalało mi na moment odpocząć.
Między moimi stopami, na samym środku kałuży leżał kapsel
od tymbarka, co jakiś czas tylko, kiedy zawiał wiatr, unosił się
lekko na płytkiej wodzie, dryfował i kręcił się przez chwilę.
W stronę kałuży wolno i ślamazarnie sunął ślimak.
Miał żółtą muszlę z czarnym paskiem podkreślającym
każdy fantazyjny wywijas, która lekko kołysała się na boki
w czasie jego mozolnej wędrówki. Zostawiał za sobą ścieżkę
wilgotnego śluzu, wyglądało to jak ślina rozmazana butem na asfalcie.
Patrzyłam na niego i zastanawiałam się jak to jest dźwigać
wciąż swój dom na plecach, ciągnąć go wszędzie za sobą jak
wędrowny cygan swój roztańczony wóz. Nie możesz go zrzucić
z pleców nawet na chwilę, nie wychodzisz z niego nigdy tak naprawdę.
Wlecze się za Tobą z dziurawym dachem, pomazanymi oknami
i zakurzonym stołem, razem z brudem wmiecionym pod dywan
i pajęczynami zza szafy. Idziesz wciąż dalej, żeby uciec
i złapać oddech, a on skrzypiąc drewnianą podłogą podąża
za Tobą i kiedy się zatrzymujesz zamyka Cię w środku
zasłaniając niebo.
Ślimak wszedł do kałuży. Wiatr co chwilę podmywał go od spodu,
kołysał nim na boki i okręcał lekko, wpychając go pod wodę,
ale on szedł dalej. W końcu upadł pozostawiając nad wodą
tylko kawałek barwnej muszli. Jego ciało falowało bezwładnie
jak zwłoki. Patrzyłam na niego jak starał się wysunąć różki
ponad powierzchnię, ale woda była zbyt głęboka.
Wtedy przyszedłeś Ty i w roztargnieniu wszedłeś w kałużę zdeptując
ślimaka. Lekki trzask pękania muszli ginący pod Twoim butem.
Poślizgnąłeś się na mokrych zwłokach ślimaka, podniosłeś but
i spojrzałeś na podeszwę.

- Oblecha, kurwa.-Powiedziałeś strząsając ślimaka i maskując
obrzydzenie wymuszonym uśmiechem.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na to, co zostało ze ślimaka.
Kawałki muszli powbijały się w jego ciało i sterczały jak kolce,
a pozostałe pływały dookoła. Nawet w ostatniej chwili
jego życia, dom dał znać o sobie, werżnął się w jego ciało
przebijając głowę ostatnim wspomnieniem. Może tak miało być?

- No chodź.-Powiedziałeś ciągnąc mnie za łokieć.
- Moment.- Odpowiedziałam. Wyłowiłam z kałuży zielony kapsel,
odwróciłam go i przeczytałam: "Uważaj na niego". Nie wiem
do kogo to było.

Chwyciłeś mnie za rękę i odeszliśmy stamtąd.
Nad naszymi głowami przefrunął żółty motyl i zapachniało cytryną.

- Czujesz?-Zapytałam.
- Co?
- Nieważne...

Brak komentarzy: