Odgruzowuję w bibliotece mej pamięci obrazy z przeszłości.
Są stare jak ja, oprószone kurzem jak głowy starców siwizną
i czasem mokną. Część przywołuję stęsknionym uśmiechem,
część grzebię na prędce w komórce "Nie wspominać",
część analizuję dogłębnie, nieświadomnie marszcząc brwi
jak zafrasowany matematyk.
Większość jednak z tych wspomnień, spływa po mnie bolesnymi
ciarkami. Wiem co to oznacza, wtedy chyba nic nie myślę.
Skrywane skrupulatnie pokłady wrażliwości,
wylewają się porami skóry na powierzchnię
i zdają się krzyczeć do mnie.
Tę wrażliwość, często budzi muzyka-tak, jak dzisiaj.
Wstaję rano, jest jeszcze ciemno-gdyby nie zegarek
i moja świadomość-powiedziałabym, że jest noc.
Czarny jak ziemia dywan cienia, wlewa się przez drzwi balkonowe
do mieszkania.
Zaparzam wodę w czajniku, choć i tak nie wypiję herbaty-
lubię po prostu sam szum. Nie uważam, żeby to było dziwne.
Kiedyś, często odrabiałam lekcję siedząc na kafelkach łazienki
i opierając się o pracująca pralkę. Jakoś lepiej mi się myślało.
Przy czajniku nie było sensu-choćbym nie wiem jak się uparła,
to tempo wrzenia i tak zawsze było większe od mojego pisania
i myślenia przede wszystkim, chyba.
Woda się zagotowała, co właśnie oznajmił mi pstryczek od czajnika.
Nie ma sensu włączać go ponownie, bo woda jest za gorąca.
Podchodzę więc do wieży i włączam "Epitaph" Fingathing.
Refleksyjny kawałek-odpowiedni jak na ponury, ciemny, jesienny poranek.
Muzyka sączy się z głośnika pełnią harmonii i trafia niczym niezmącona
do moich uszu. W chwili bezruchu, dopadają mnie dźwięki skrzypiec
i coraz głębiej wdrążają się w moją głowę. Czuję jak ciśnienie rośnie,
ale wiem, że towarzyszy temu również niezmordowany koncert Eustachiusza,
więc niczym się nie martwię.
Otwieram komórkę "Nie wspominać", a raczej pokątną jakąś-
"Lepiej nie wspominać". W myślach staje obraz sprzed wielu lat.
Mieszkanie babci, pachnące starymi książkami, suszonymi grzybami
i lawendą, która-choć zamknięta w szafie-snuje się dykretnie
po wszystkich pokojach i rzekomo, odstrasza mole. Mam może sześć,
może siedem lat-trudo ocenić. Bręcząc i męcząc dziadków,
w końcu udaje się mnie i mojej siostrze namówić babcię,
by otworzyła futerał. Jest czarny, skórzany, ma starte,
metalowe zatrzaski i zawiasy. Jest już lekko sfatygowany i-
jak to się mówi-nadgryziony zębem czasu.
W środku-puszysty, ciemnozielony welur, a na nim-przepiękne,
drewniane skrzypce, rzeźbione jakby ręką mistrza.
Wytarte struny prężą się nadludzko, naciągnięte na lśniące,
srebrne klucze. Skrzypce przypominają mi kobietę.
Mają lekkie, zmysłowe, gruszkowate kształty.
Główka, zakręcona finezyjnie, wygląda jak starannie spięty kok,
tylko te cięcia na pudle jakoś nie pasują...
Obok skrzypiec, wdzięcznie i bezwałdnie, spoczywa smyczek z końskiego włosia.
Kilka włosków plącze się gdzieś obok, przyklejając się elektrycznością
do wszystkiego.
Wyciągam skrzypce jako pierwsza. Babcia pokazuje mi, jak powinnam je trzymać.
Są jakby za duże na drobne ręce i ciężko leżą na słabym ramieniu.
Smyszek zdecydowanie za długi i nie daje się uprosić,
żeby wylądował na strunach.
Dziadek wstaje z kanapy i wrażliwym, pełnym ciepła i troski ruchem,
dotyka mojej dłoni. Smyczek posłusznie trafia na swoje miejsce,
a później, fałszem spływa w dół.
Ogromne rozczarowanie, śmiech pozostałych. Chcę spróbować jeszcze raz,
ale kolej na siostrę. Podbudowałam się, kiedy jej też się nie
udało, zwłaszcza, że była większa ode mnie
i łatwiej uchwyciła prawidłowe ułożnie rąk i głowy.
Po chwili, zdegustowana, oddała i mi skrzypce.
Spróbowałam ponownie obudzić w instrumencie duszę-swoją, albo jego.
Nie udało się. Ostatecznie, poirytowana babcia,
schowała skrzypce do futerału i znaczącym trzaskiem wieka,
zabrała mi muzykę. Pamiętam jak powiedziała, że skrzypce
nie służą do zabawy, ale do gry na nich.
Nigdy jej nie powiedziałam, że potraktowałam to wydarzenie naprawdę poważnie.
Nigdy nie nauczyłam się grać na skrzypcach. Najbardziej jednak zabolało
mnie to, że po latach, babcia sprzedała je Akademii Muzycznej.
Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak się stało.
Ciekawe, co by powiedział pradziadek, bo przecież do niego należały,
a ona nigdy nie umiała wydobyć z nich żadnej, poprawnej nuty.
Nie lubię o tym myśleć. W imaginacji wylewam naftę na te obrazy i zapalam
zapałkę. Odchodzę gdzieś, ciagnąc za sobą swój cień na łańcuchu jak żałobny kir.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz