Szósta na tarczy. Siedzę przed lustrem i z namaszczeniem maluję
usta, czerwoną jak dojrzały pomidor szminką. Czarną kredką obrysowuję
oczy dookoła. Doczepiam sztuczne rzęsy i proszkiem do pieczenia
wybielam zęby. Gryzie kurwa w dziąsła, ale trudno.
Zakładam szpilki dwunastki i małą czarną z dużym dekoltem.
Stopy męczą się strasznie w drastycznym wygięciu.
Znowu spuchną mi kostki.
Wkładam na głowę filcowy kapelusz i osłaniam twarz czarnym woalem.
Wyglądam jak tania dziwka w żałobie.
Wychodzę z domu i idę na cmentarz.
Siadam na ławce, wkładam do ust papierosa. Od dawna nie palę,
więc tylko anemicznie żuję filtr.
W końcu, podnoszę się energicznie i staję na płycie nagrobnej.
Zaczynam nucić jakąś sprośną piosenkę, a w takt melodii,
tańczę i rozbieram się. Zadzieram lubieżnie sukienkę,
choć już wcześniej, zbyt wiele nie zasłaniała. Po chwili zsuwam
ją z ramion, a później z bioder.
Ściągam majtki i sikam na złote litery. Zapalam papierosa i wbijam
go w doniczkę z kwiatami. Zapalam go dla Ciebie, zamiast znicza.
Nawet po śmierci muszę Cię kusić i doprowadzać do szału.
Wiem, że dławiłbyś się teraz złością i nie mieściłbyś się w spodniach.
Wszystko dzieje się w mojej głowie. Sama Cię pogrzebałam na cmentarzu
mej pamięci, ale jeśli kiedyś dostąpię spełnienia i stanę nad Twoim
grobem, to tak właśnie się zachowam. Tymczasem, czerwoną szminką,
piszę na płycie epitafium:
"Niech Ci ziemia mokrą będzie. Spoczywaj w podnieceniu, skurwysynie."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz