21 listopada 2008

w klatce

Otwieram srebrną klatkę. Wkładam do niej świeże mięso,
zmieniam wodę na świeżą i czystą.
Wczorajsza porcja pokarmu wciąż nietknięta.
Nic nie jesz i nie pijesz.
Jesteś taki piękny, jakby silny-piękny bezsiłą jednak.
Nie rozmawiasz ze mną i nie patrzysz na mnie.
Nie myślisz i nie mówisz o mnie.
Dbam o Ciebie ciągle, otaczam Cię troską i ciepłem.
Staram się, by było Ci najlepiej.
Pokryty gęstym, biało-beżowym puchem i strojny w pióra,
wyglądasz tak dostojnie. Patrzę na Ciebie godzinami,
głaszcząc Twoją kształtną głowę i szepcąc do Ciebie uspokojeniem.
Masz złamane skrzydła, skręcony kark, połamane nogi
i dziurę w brzuchu z zakrzepłą krwią na brzegach.
Ktoś głupotą ściągnął Cię z błękitu i tak, "ideał sięgnął bruku" znowu.
Przypominasz mi Sokoła Boccaccia,
nikt jednak nie ofiarował Cię w imię czegokolwiek.
Nie jesteś dowodem miłości, jej owocem, ani nagrodą,
ani pocieszeniem. Głupia śmierć.
Ja trzymam Cię w tej klatce jako dowód, że złamane skrzydła
przestają krwawić po pewnym czasie, że ze wszystkimi
ułomościami nadal można istnieć, bo przecież jesteś-
nieobecny i beznamiętny, ale jesteś.
Nie polecisz już, a co ze mną nie wiem.
Kto jest głupi, a kto głupszy?

1 komentarz:

mloda harda sucz pisze...

czytasz, czytasz i na końcu zastanawiasz się dlaczego tak krótko. Po zamknięciu strony łapiesz się na tym, że nadal o nim myślisz.I co? Okazuje się, że go nie rozumiesz. Szukasz więc sensu. Na końcu okazuje się, że w każdym z nich jest jakaś mała cząsteczka Ciebie...