Otwarte drzwi niezawsze oznaczają, że trzeba w nie wejść i że dzięki nim
wejdzie się w światło. Trzeba umieć widzieć to światło,
ale pamiętać również,że gdyby nie ono, nie byłoby cienia.
Spojrzałam przed siebie i jak Alicja w krainie Czarów,
stojąc na wielkiej szachownicy, zastanawiałam się, którą klamkę nacisnąć.
Jedna z nich była ładna, wyświecona i wyślizgana od dotyku innych.
Podeszłam bliżej i spojrzałam przez dziurkę od klucza.
Zamknięta w centymetrze kwadratowym utopia.
Zbyt proste i zbyt banalne, zbyt niemożliwie namacalne.
Drugie drzwi były wielkie i ciężkie jak wrota gnieźnieńskie,
a klamka mosiężna, lecz od lat nie muśnięta nawet ludzką ręką.
Dziurka od klucza, choć osnuta gęstą pajęczyną,
subtelnie zdradzała drugą stronę.
Droga przez las, gęste, ołowiane chmury, ani śladu utopii,
ludzkiej stopy, czy nawet echa zagubionego oddechu.
Nacisnęłam klamkę i z całej siły popchnęłam drzwi.
Z jęczącym skrzypnieniem, kapiąc rdzą jak krwią, otworzyły się.
Weszłam do środka, poczułam przeciąg na plecach i ułyszałam
huk zatrzaskiwanych drzwi. Odwróciłam się tylko,
nie chiałam wracać- poszłam przed siebie.
Siedzę w kinie w ostatnim rzędzie i nie śledząc fabuły,
męczę w palcach bilet z ostatniego seansu.
Nie wiem nic i mam tylko ochotę, leżąc obok, porozmawiać z tobą
o niczym, albo tylko patrzeć w sufit i choć kątem oka,
widzieć, jak ciepły cień wylewa się z twoich ust,
popychany przyśpieszonym oddechem.
Uśmiecham się do tej myśli i przypominam słowa:
"I jak ten głupiec u mądrości wrót stoję
i tyle wiem co wprzód"
Faust
J.W.Goethe
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz