5 listopada 2008

tramwajem do Barcelony

Zdyszana wbiegam do tramwaju. To pierwszy przystanek,
więc jestem sama w wagonie. Wyjmuję książkę i zaczynam
czytać czternasty rozdział. Miarowe stukanie kół, powoli
wprowadza mnie w świat średniowiecznej Hiszpanii.
Jest wcześnie. Wiem, że wszyscy spieszą się do pracy,
że miasto jest zatłoczone i że zaraz do tramwaju,
drzwiami i oknami, zaczną wdzierać się rozwrzeszczane
dzieciaki i ospali dorośli. Nie odrywam wzroku od kartek.
Staram się zamknąć uszy i w ciszy spacerować uliczkami
Barcelony, kilka kroków za moimi bohaterami.

Przystanek pierwszy.

Do mojego wagonu, wsiadają z siatami pełnymi zniczy,
spóźnieni goście sztywnych bliskich.
Część z nich to hadlarze.
Bez paniki-wysiadają na następnym, a ja czytam dalej.

Przystanki drugi i trzeci można opuścić,
bo wsiada na nich zaledwie kilka osób,
a handlarze i goście wysiadają.

Przystanek czwarty.

Zaczyna się. Obok przystanku jest hotel. Stoi między blokami,
rozsianymi tak gęsto, jak trawa na pastwisku.
Wsiadają dzieciaki, które krzyczą coś do siebie przeżuwając
resztki śniadania. Wsiadają też dorośli, którzy zapatrzeni
w jeden punkt, zdają się kontynuować przerwany już sen.
Wsiadają też studenci. Uczepieni jak małpy na uchwytach
tuż pod dachem, czytają poranną gazetę lub przeglądają notatki.
Jeszcze inni-mniej rozwinięci chyba-z zapartym tchem wpatrują
się w wyświetlacze komórek.
Robi się tłoczno. Moja Barcelona, co jakiś czas przestaje
istnieć. Ktoś kaszle, ktoś gada jak najęty przez telefon,
ktoś słucha muzki tak głośno, że cały wagon w myślach nuci
tandetny kawałek i nie zdziwiłabym się, gdyby za chwilę
motorniczy tupał nogą do rytmu.

Przystanki od piątego do dwunastego.

Mam wrażenie, że od początku trasy, wysiadły może cztery osoby.
Jest duszno. Może to tylko ja się duszę. Uwięziona w szczelnej puszce
sunącej po torach, staram się wrócić do Barcelony.
Pojawiam sie tam na chwilę, by za moment wyrwał mnie stamtąd płacz dziecka,
kichnięcie emeryta, albo kaszlnięcie kloszarda.

Przystanek trzynasty.

Żegnam się z Barceloną. Wysiadam. Zaciągam się powietrzem
i znowu mam w głowie jedną myśl..Tramwaj numer trzynaście,
przystanek numer trzynaście i tak codziennie, tam i z powrotem,
czasem po kilka razy. Czy naprawdę niemożliwe jest, żeby tramwajem
dojechać do Barcelony?

Brak komentarzy: