16 listopada 2008

skafander

Przystanął na chwilę w momencie, w którym akurat próbowałam wyjść z siebie.
Spojrzał na mnie z nieskrywanym zainteresowaniem, uniósł brwi
w niedowierzaniu i lekko rozchylił usta.
Wsunął ręce do kieszeni wytartych dżinsów i przechylając głowę,
wciąż mi się przyglądał.
Ubrana w ciasny skafander ze skóry i tłuszczu, brudny od fekaliów dnia
codziennego, pocięty prozą życia, poobklejany spojrzeniami
i wyzwiskami bezpłciowych postaci i wreszcie, połatany niedbale
dobrymi radami niedoświadczonych i głupich, wyglądałam raczej dość
dziwacznie. Wzrok pomyleńca i grymasy skazańca, zaklasyfikowały mnie
w jego oczach do grupy zjawisk ciekawych.
Kiedy rwałam włosy z głowy i paznokciami usiłowałam zedrzeć
z siebie palącą skórę, zawodząc przy tym i mamrocząc jakieś bzdury,
zbliżył się do mnie na odległość kroku. Wyciągnął do mnie rękę.
- Pomogę.-powiedział.
Zupełnie zbita z tropu, spojrzałam na niego z obłędem w oczach.
- Idź stąd.
Podszedł bliżej i dotknął mojej głowy. Wzdrygnęłam się, jakby mnie
prąd kopnął.
- To z tym masz problem.-stwierdził, bez cienia wątpliwości.
- Gówno cię to obchodzi, człowieku. Spierdalaj.
Zbliżył się do mnie i dotknął ciepłymi wargami moich.
Zdecydowanie przytrzymał mnie jedną ręką w pasie,
a drugą rozchylił moje usta. Dotknął językiem mojego podniebienia
i zaciągnął się silnie moim oddechem.
Zrobiło mi się słabo i upadłam w bezsile na ziemię,
a on nawet nie starał się mnie przytrzymać.
- Teraz możesz rozpiąć swój skafander-powiedział z cwaniackim uśmiechem.
Wstałam i poczułam się dziwnie lekka, nie było to jednak błogie uczucie.
Byłam pusta jak wydmuszka i miałam wrażenie, że wszystko
zapada się we mnie do środka. Skafander spłynął po mnie do stóp
jak kropla wody po szybie. W głowie miałam chaos,
serce tłukło się w piersi jak rozpędzony pociąg po torach,
a to, co ze mnie zostało, było mdłe i bez wyrazu.
- Co mi zrobiłeś?-wyszeptałam załamującym się głosem.
- Dzięki mnie, jesteś teraz lżejsza o dwadzieścia jeden gramów.-
odpowiedział, z tym samym, co wcześniej uśmiechem.
Łzy spłynęły mi po policzkach, a on odszedł wsuwając moją duszę do kieszeni.
Pozbyłam się skafandra, ale stałam się przez to pusta i nietrwała
jak bańka mydlana-w zabawie, wypuszczona przez okno w nieznane.
Pękłam za rogiem, kiedy ktoś dotknął mojego nieopakowanego wnętrza.

Brak komentarzy: