Wkurwiam się. Zbiegam szybko po schodach pod Kaponierę.
Widzę pod stopami ślady krwi. Czuję zapach potu, krwi właśnie
i brudnego, rozkładającego się ciała.
Podziemia ronda, to raczej małoprawdopodobne miejsce zbrodni.
Chociaż, kto wie... W końcu "te dzisiejsze czasy", no i
"ta dzisiejsza młodzież"... Mam to w dupie, właściwie.
Drażni mnie, kurwa, ten smród, ale w końcu jeszcze kawałek
i wychodzę na powierzchnię. W uszach niezniszczalny "Ghostwriter"
RJD2. Wpadam w trans i nawet jeśli pod Kaponierą, odbywałaby się teraz
rzeź niewiniątek, albo chociaż kolejne zdjęcia "Piły",
miałabym to w dupie. Po prostu idę dalej.
Krew coraz gęściej rozlewa się po ziemi, zupełnie jakby ktoś
rozwijał przede mną czerwony dywan. Tylko czemu, kurwa,
ten pierdolony dywan ujebał mi moje najki? Reklamacja,cholera.
Nie mogę już wytrzymać smrodu, daje jak z ubojni.
Obiad podchodzi mi do gardła i ciśnie się niesmakiem na język.
Przysypieszam. Wbiegam na schody spryskane krwią
jak drzwi Egipcjan, bojących się plagi zarazy.
U szczytu schodów, w kałuży krwi, leży mała główka.
Piękny widok, jak z portfolio.
Wychodzę z podziemia i idę na przystanek. Po prawej,
widzę kloszarda na ławce, z rozwalonym, rozkładającym
się kolanem. Krew tryska jak fontanna przed Operą.
I ten zapach,oblecha.
Wsiadam do autobusu i myślę o porzuconej główce.
Jak ktoś, mógł urwać główkę róży?
Pozbawił ją kolców tak bezceremonialnie
i bezczelnie rzucił w tą brudną krew męczennika.
Przypominają mi się słowa Nick'a Cave'a z piosenki
"Where The Wild Roses Grow":
"...all beauty must die..."
I tak wolę żółte tulipany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz