9 grudnia 2008

prezent

Opakowałam Cię szczelnie w świąteczny papier.
Przewiązałam czerwoną kokardą i nożyczkami zakręciłam
serpentyny na jej końcach. Zakleiłam taśmą miejsca,
w których papier nie przylegał do spodniej warstwy.
(Ostatecznie zużyłam prawie całą rolkę.)
Co chwilę poprawiałam papier, bo marszczył się,
podwijał, darł. Odwijałam i zawijałam Cię w niego na powrót.
Nie miałam jeszcze w domu choinki (był dopiero początek
grudnia), więc położyłam Cię pod kaloryferem, gdzie wkrótce
miała stanąć. Było Ci gorąco, a nie mogłeś się ruszyć,
ani nawet zacząć krzyczeć. Zakneblowałam Ci usta,
zasłoniłam przepaską oczy i tylko na nos wycięłam
w papierze mały otwór, żebyś się nie udusił.
Miałeś tak leżeć do Wigilii. Wtedy miałam Cię odpakować
i w euforii, wydobyć spod góry papieru.
Leżałeś tak cztery dni. Wychodziłam z domu, wracałam,
a Ty wciąż czekałeś na mnie w tym samym miejscu.
W końcu kupiłam choinkę, żebyś wyglądał efektowniej.
Faktycznie, mieszkanie jeszcze bardziej wypełniło się
bożonarodzeniową atmosferą, a Ty wyglądałeś bardziej odświętnie.
Wieczorem usiadłam w fotelu, zapaliłam papierosa,
wypełniłam kieliszek półsłodkim, czerwonym winem
i włączyłam film. Zacząłeś się szamotać,
szeleścić papierem i skrzypieć taśmą o kaloryfer.
Uciszałam Cię, mówiłam, że oglądam film i że niedługo święta.
Ciągle jednak wiłeś się po podłodze. Zrobiłam głośniej
telewizor, ale nadal nie dawałeś za wygraną. Jęczałeś coś,
charczałeś i wyłeś-starałeś się coś powiedzieć, chyba.
Poszłam do kuchni po nóż, żeby rozciąć szmatkę,
którą miałeś w ustach. Kiedy sięgnęłam po niego do szuflady,
naszła mnie myśl,że przecież nie lubię świąt,
nie od dzisiaj, że ich nienawidzę-wręczania i otrzymywania
prezentów, dekorowania choinki, przygotowywania potraw,
pasterki, księdza, składania życzeń, łamania się opłatkiem,
kłamstwa, że porozmawiam ze swoim psem, wymuszonych uśmiechów,
odświętnego stroju i całej tej szopki-nienawidzę.
Ciebie też, zatem. Jesteś moim prezentem, sama go sobie
wymyśliłam, sama zapakowałam.
Zacisnęłam palce na rączce noża
i nachyliłam się nad Tobą. Zsunęłam Ci z oczu opaskę.
Zamrugałeś nerwowo, a kiedy światło nagiej żarówki
stanęło na ostrzu, zmarszczyłeś brwi i dotknąłeś ich rzęsami.
Przesunęłam nóż po Twoich spierzchniętych ustach.
Zatoczyłam łuk od ich kącika, do kącika oka.
Coraz bardziej drżałeś, mocno zaciągałeś się powietrzem i wyłeś.
Przycisnęłam ostrze do Twojej szyi. Jeszcze szerzej otworzyłeś
oczy i wtedy właśnie zobaczyłam to, co powinnam zobaczyć wcześniej.
Szmaragd i szczypta nieba okolone kręgiem granatu.
W samym jego środku, najczarniejsza czerń i głębia.
Falujące pośpiesznie wachlarze. Przypomniało mi się,
jak zawsze na mnie patrzyłeś, jak Twój wzrok szedł za mną
jak cień, nawet kiedy zgasło światło. Zakochałam się w tych oczach.
Nie chciałam nic więcej, uwielbiałam tylko to, jak na mnie patrzysz.
Wydłubałam Ci oczy nożem, ale spłynęły krwistą mazią po moich dłoniach.
Wyglądały jak rozbite na patelni jajko.
Trzeba umieć wybierać sobie prezenty.
Teraz nie mam żadnego-tym bardziej nie lubię świąt.

Brak komentarzy: