19 grudnia 2008

bębenek

Wsiadła w pośpiechu do tramwaju. Była zdyszana, zziębnięta,
miała potargane włosy i rozpiętą kurtkę. Barwą zlewała się
z uśpionym tłumem, który już tkwił w wagonach. Nie była ładna,
ani zgrabna i pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi,
gdyby nie jeden szczegół. Przez ramię, przewieszony miała
mały bębenek, który bezwładnie opierał się na jej biodrach.
Patrzyłam na niego i różne myśli tłukły się w mojej czaszce.
Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego muzyka, zaklęta w nim,
milczy. Patrzyłam i zastanawiałam się, dlaczego ta dziewczyna,
nie zagra na nim, gdzie jedzie, po co i dlaczego z bębenkiem.
Przypomniałam sobie Cyganów, którzy czasem wsiadają
z akordeonami do tramwaju i zbierają pieniądze.
Nie lubię wpychania muzyki na siłę, ale teraz,
naprawdę chciałam, żeby ona zagrała dla wszystkich,
żeby coraz mocniejszym, miarowym uderzeniem palców,
wydobyła dźwięk z bębenka.
Żeby może ktoś inny, wyciągnął saksofon lub harmonijkę,
skrzypce, marakasy, cokolwiek...?
Nikt nie pstryknął nawet palcami, nikt nawet nie zagwizdał
ustami, a ona nawet nie musnęła instrumentu, popękanymi od
mrozu palcami. Cały tramwaj, bujał się na torach jak wahadło
zegara i wystukiwał kołami, jakieś nieskładne trzaski,
na szynach. Cały czas czekałam, aż choć raz ona
uderzy w bębenek, aż może ktoś, choć przez chwilę
coś zanuci, ale nic takiego się nie stało.
Czekałam na muzykę, czekałam już nawet na Cygana
z akordeonem i kubkiem na drobne, czekałam na
werbel, na skrzypce i bębenek.
Czekałam, pewnie dlatego, że siadła mi bateria w mp3.

Brak komentarzy: