2 października 2008

wrzosowa sukienka

Upij mnie do bezpamięci
przytul mnie aż do bezdechu
a bezsensem tak objęci
przekrzykujmy się w bezechu

Niemy krzyk rozrywa piersi, płonie w środku jak pochodnia. Myśli jakoś nie mieszczą
mi się w głowie. Kłębią się strasznie, wirują, przybierają dziwne kształty,
ulatują w górę, by znów opaść bezszelestnie na dół.
I tak często pojawia się ona. Sunie wolno nad powierzchnią,
spowita w czarne jak skrzydło kruka sukno, w sękatej dłoni trzyma zardzewiałą
od krwi i krzyku kosę. Nie mówi nic, tylko przystaje czasem i wabi moje myśli.
Biegną jak oszalałe, tłuką się w powietrzu, tracą oddech,
ale mimo to, wciąż pędzą na złamanie karku.
Może nawet dosłownie?
Ja też tam idę, nie spieszę się, ale idę.
Senne słońce obudziło nowy dzień,  ptak zaśpiewał o tym w kilku nutach.
Jakoś smutno, jakby jedna struna pękła w jego drobnym gardle.
Nie idź rano przez wrzosowiska. Zapomnij o bosym spacerze po miękkim
i mokrym mchu. Nie patrz przed siebie, nie wąchaj lawendy dzisiaj.
Jutro też nie. Lepiej nie.
Pośród skąpanych rosą wrzosowych bukietów,
możesz nie dostrzec fioletowej sukienki.
Zbroczona krwią koronka. Poszarpana, wygnieciona i brudna
od świeżego błota. Kobieta.
Czarne pukle włosów spływają bezwiednie po ramionach,
wchodzą w uszy, oczy i do nosa, przyklejają sie do czoła.
Już teraz jej nie drażnią. Jeszcze wczoraj ze wściekłością
i pianą na ustach zrywałaby je z twarzy.
Dzisiaj już jej wszystko jedno.
Jeśli przejdziesz obok, możesz na nią splunąć,
możesz wziąć co chcesz-ciało, sukienkę.
Najedz się nią lub jej zapachem.
Jeszcze pachnie kobietą.
I nie czuj się winnym.
Popatrz-a więc umiem dawać siebie innym.

Brak komentarzy: