16 października 2008

po prostu

Poznałam je wszystkie jesienią, rok, albo dwa lata temu.
Nie wyglądały interesująco. Kaśka była trzydziestoletnią matką
i chodziła w takiej żółtej piżamie. Pamiętam, że salowe,
śmiały się, że wygląda jak wielkanocny kurczak. Później
zmieniła ją na czerwoną. Na to, już nikt nie miał jakoś
komentarza.
Sandra miała piętnaście lat. Była zaniedbana-miała wiecznie
tłuste włosy i brudną, przepoconą piżamę, a do tego obgryzione
i brudne paznokcie. Nie lubię takich ludzi, brzydzę się nimi.
Nie wiem jak dziewczyna może się doprowadzić do takiego stanu.
Patrycja przyszła ostatnia, nawet się nie przywitała. Od razu
poszła do łóżka i odwróciła się twarzą do ściany. Przez chwilę
płakała. Miała kolczyk w nosie i tlenione włosy.
Nie rozmawiałyśmy ze sobą na początku. Czułam się tam tak,
jakbym była naga. One patrzyły na mnie znad gazet, książek
i wyświetlaczy komórek. Ja patrzyłam na nie i irytowało mnie,
że tam są. W końcu każda się przyznała, co wzięła, co się takiego
działo w ich życiu, że nie mogły juz dalej iść. Pootwierały się 
jak książki. Każda z nich, miała w sobie zapisaną inną historię
i tajemnicę.
Kasia wzięła paracetamol z jakimiś gratisami-końska dawka-wiedziała,
że to rozwali jej już słabą wątrobę. Ledwo ją odratowali.
Leżała na OIOM'ie pod dwiema kroplówkami na raz,
a pielęgniarz cucił ją klaśnięciem o nieprzytomny policzek. 
Sandra pomieszała z czymś  relanium. Też leżała na "intensywnej".
Rekordzistka. Była tam już chyba czwarty raz. Piętnaście lat
gówniara. Umiała mistrzowsko zwracać na siebie uwagę. Wysługiwała
się każdym. Mistrzyni gry na szpitalnym korytarzu.
Patrycja też nie była tu pierwszy raz. I znowu relanium.
Tym razem, dawka wystarczająca, żeby nie obudzić się przez
tydzień. Dodała coś jeszcze, ale już nie pamiętam.
Ja nie powedziałam co wzięłam, bo brałam wszystko.
Starannie odmierzyłam sto tabletek. Miały różne kolory.
Nie interesowało mnie co leczą, co niszczą. Siedząc na łóżku,
układałam je w różnych kobinacjach. Żółta do żółtej, a może do
niebieskiej? Zbierałam je przez kilka dni. Zastanawiałam się,
ile powinno ich być. Sto to taka piękna, okrągła liczba.
Mówi się sto lat, a jak w kasie płacisz banknotem o tym nominale,
to jesteś kimś, dla tego pierdzącego w stołek, zaściankowego 
palanta, po drugiej stronie lady. Na chwilę zwątpiłam.
Krótki film mojego życia. Głównie czarno-biały, kolory wyblakły
około ósmego roku życia. Na chwilę zastanowiłam się, która szala
przeważy, czy ta z kolorem, czy ta bez niego. Wygrały odcienie
szarości, bo to przecież one rządzą naszym życiem. Poporcjowałam
mój posiłek na kilka garści i tak, jedna po drugiej, łykałam 
bez zastanownienia, popijając wodą. Najpierw zwariowało moje serce.
Kołatało i szarpało się w piersi tak, jakby chciało wyszkoczyć
i zotawić mnie już na tym etapie. Pompowało jednak dalej zatrutą
krew, która przepływała przez cały mój organizm i powoli, zachłannie
odbierała mi siły. Poźniej wyrzygałam się pod prysznicem.
Jeden, niekontrolowany paw, prosto na moje nagie i mokre stopy. 
Rano, jak gdyby nigdy nic, wstałam i poszłam do szkoły. Nie miałam
siły, serce wolno pracowało, wszystkie mięśnie bolały, nogi nie
chciały nieść. Każdy krok, każdy schodek, był dla mnie wyzwaniem
na miarę Mont Everestu. Poźniej trafiłam tutaj. Nie powiedziałam
dziewczynom, co wzięłam i dlaczego, bo ani tego, ani tego-nie
wiedziałam. Są takie momenty, że stoisz na rozdrożu, że probujesz
otworzyć drzwi, by iść dalej, a wszystkie z nich są zamknięte.
Dookoła nie ma nikogo.Czujesz się tak, jakby nagle, podczas
Twojej pracy na wieży Babel, Bóg pomieszał języki, kiedy Ty
akurat potrzebujesz pomocy. W takim momencie każde, nawet
najmniejsze potknięcie, jest dla Ciebie gwoździem do trumny,
ostatnim strzałem prosto w serce. Czujesz się tak, jakby nagle
zabrakło Ci tlenu, jakby będąc na pustyni, nigdzie nie było wody,
ale nie jest Ci to potrzebne. Nie potrzebujesz ani wody, ani tlenu.
Nie chcesz pić, choć umierasz z pragnienia, nie chesz oddychać,
chociaż juz tracisz przytomność. Po prostu stoisz przed tymi
zamkniętymi drzwiami i sam łamiesz sobie kark. Po prostu będąc
na wieży, rzucasz się z niej na oczach tysięcy bezrozumnych.
Po prostu czołgasz się po gorącym piasku i nawet jeśli jakiś beduin
nagle pojawi się przed Tobą, to odtrącasz jego rękę z bukłakiem wody.
Każda z  nas wyszła stamtąd i zaczęła nowe życie.
Kasia wróciła do męża i ukochanej córki.
Patrycja zeszła się ze swoim chłopakiem i wróciła do szkoły.
Sandra pogodziła się z matką.
Ja też wyszłam inna. Na jakiś czas, nie brakowało mi tlenu,
nie brakowało wody, ani języka w gębie. Na jakiś czas, 
wszystkie drzwi były otwarte, a drogi rozplątały się zupełnie.
Czasem chcę tam wrócić, bo mój zapas tlenu i wody już się kończy,
a na mojej wieży, jest co raz więcej obcokrajowców.

Brak komentarzy: