Idę przed siebie. Mijam osiedlowy sklep monopolowy,
uśmiechem i lekkim skinieniem głowy, pozdrawiam tutejszych
degustatorów win, z niższej półki. Została godzina do południa,
a dwóch z nich już leży na glebie i w wielkim skupieniu szepczą coś
sami do siebie. Niewiadomo czy to przekleństwa, czy modły, ale dla mnie
to nieistotne. Przyspieszam. W takich monetach nie lubię bloków,
w ogóle ich nie lubię w pewnym sensie. Duszę się, nie mogę patrzeć na odrapane
mury i marne tagi pseudo grafficiarzy. Irytują mnie osikane bramy,
w których całodobowo sterczą obywatele-sportowcy. Browar w łapie
i tani papieros w ustach, z których dodatkowo, co chwilę tryska porcja śliny,
służąca chyba oznakowaniu terytorium. No i te panny-kolczyk z Bema w pępku
świeci jak latarnia morska. Lato, zima, trzydzieści na plusie, czy na minusie-
bez różnicy-światło z latarni obecne jest zawsze, na wierzchu,
dostępne dla wszystkich. Irytują mnie też zasiedziałe stare baby,
które z poduszką pod łokciem i dzielnym, utuczonym, krótkonogim psem,
okiem reportera patrolują ulicę. Taka darmowa telewizja. Reality show,
świeże newsy z dzielnicy.
Mam wrażenie, że ta szarość zaraz mnie połknie,
a techno atakujące mnie z maluchów, co mają cztery rury wydechowe,
przyciemniane szyby i ryk lwa przy stracie, rozpieprzy doszczętnie
moje membrany. I znowu zastanawiam się, jak ktoś
(kto pewnie jest człowiekiem), mógł wymyślić coś takiego, powiedzieć,
że to muzyka i dać to ludziom? Ale fenomen tego zjawiska polega na tym,
że im się to podoba. Rozumiem, ze człowiek jest w stanie przyzwyczaić się
do wszystkiego, ale żeby świadomie zaprzyjaźnić się z jakąś,
niepełnosprawną i daleką krewną muzyki?
Idę coraz szybciej w stronę rzeki.
Denerwują mnie mijający mnie ludzie. Patrzą pod nogi,
nie sprawiają wrażenia myślących, ani wrażliwych, są beznamiętni.
Takie sobie mięso po prostu, jakby to mógł powiedzieć Grochowiak.
Znajduję wreszcie miejsce, gdzie nie ma nikogo. Siadam na trawie. Milczę.
Po chwili spoglądam w górę. Patrzę jak chmury leniwie płyną po niebie,
zmieniają kształty, zlewają się w jedno. Biała jak mleko bita śmietana,
tuż nad moją moją głową. Patrzę na wodę i widzę, jak obłoki tańczą i toną
w niej razem z promieniami słońca. Czubkami palców stąpaja lekko po falach
i znikają mi z oczu. Słyszę krzyk ptaków i szelest motylich skrzydeł.
Znowu patrzę w niebo i zastanawiam się tylko, czemu człowiek,
choć większy, silniejszy i mądrzejszy od motyla, nie ma skrzydeł?
Ktoś kiedyś zapytał mnie po co mi skrzydła, skoro nie potrafię latać,
odpowiedziałam, że do nauki latania. Właściwie to trudno rozwinąć
skrzydła, kiedy podcina Ci je codzienność. Dzisiaj nie polecę na pewno,
idę do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz